poniedziałek, 9 czerwca 2014

Co czytać w upale?

A wszystko można czytać, tylko od nas zależy wybór.
Przede wszystkim można w ogóle nie czytać, oddając się błogiemu nicnierobieniu bujając się na hamaku w cieniu drzew.
Wczorajsza temperatura, czyli 31 stopni w cieniu na werandzie Leśnego Domu (w mieście na pewno było więcej), odbierała chęć do jakiekolwiek wysiłku fizycznego. I z umysłowym nie bardzo chciało się wytężać.
Zabrałam ze sobą oczywiście robótkę - bardzo prostą i nie wymagającą wielkiego skupienia. To jeszcze wielkanocne truskawkowe jajko, które jest już prawie gotowe, ale oczywiście na święta nie było skończone. Postawiłam kilka krzyżyków i tyle było mojej aktywności robótkowej.
Wyciągnęłam więc czytnik - to między innymi na wyjazdowe czytanie chciałam go mieć... i z listy książek wypukałam babskie czytadło (tak przewidywałam, chociaż nie jestem na bieżąco z  tzw. literaturą kobiecą). Nie wypożyczałabym takiej książki z biblioteki, ale skoro dostałam w pakiecie razem z czytnikiem to przeczytam.
Podeszłam do tej lektury z odpowiednim (jak sądzę) nastawieniem i to dało mi lekką rozrywkę czytelniczą. Wiedząc po jakiego rodzaju książkę sięgam, nastawiam się na taki a nie inny poziom tekstu i nie przeżywam rozczarowań. Wiadomo, że będzie to historia młodej kobiety, zawiedzionej przez mężczyznę/związek/uczucie/, która rozpoczyna nowy etap życia - wyjazd/nowa praca/zmiana środowiska; w pewnym momencie spotyka nową miłość - mężczyzna z czystą kartą/mężczyzna po przejściach/nieszczęśliwy wdowiec, a w finale mamy oczywiście happy and... Akcja jest przewidywalna, autorki nie męczą czytelniczek filozoficznymi rozważaniami, zbędnymi opisami przyrody, ani wnikliwą charakterystyką poszczególnych bohaterów.

Powieść Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak czyta się łatwo i szybko. Podobnie jak to, w jaki sposób jest napisana. Prostym językiem, chwilami miałam wrażenie zapisu języka potocznego. Plusem całości jest humorystyczny opis bohaterów i sposób narracji - kilka razy roześmiałam się naprawdę szczerze. Problemy bohaterów, chociaż bardzo poważne, nie są przedstawione w czarnych barwach. Autorka wybrała drogę "z lekkim przymrużeniem oka", żartobliwą formę opowieści.

Przeczytałam i jak oceniam?
Na pewno nie jestem grupą docelową czytelniczek - to powieść raczej dla nastolatek i początkujących studentek.
I ze względu na treść i ze względu na język. Dopiero po przeczytaniu poszukałam informacji o autorce, która okazała się osobą z pokolenia mojej córki. I to widać w tej książce - współczesność realiów i współczesność zachowań. Porównując "Niebieskie migdały" z powieściami moich nastoletnich czasów widzę jak bardzo to inne światy, choć pewne zachowania początkującej w kuchni młodej matki przypomniały mi własne kuchenne "pierwsze razy" sprzed lat.
Jedynie rzeczywistości dzisiejszej porodówki nie da się porównać z tym, co było w szpitalach PRL-u. Tego się nie da opisać, to trzeba było przeżyć, a teraz cieszyć się, że nasze córki mają lepsze doświadczenia.

To dla mnie lektura jednorazowa, ale nie zniechęcam nikogo do sięgnięcia po nią... szczególnie w czasie letniego wypoczynku -  w ramach miłego relaksu... ewentualnie w pociągu, w tramwaju, w autobusie, gdy musimy w każdym momencie lekturę przerwać, bo właśnie wysiadamy...

8 komentarzy:

  1. My czytałyśmy kiedyś inne książki dla młodych kobiet a nasze córki inne. Taka kolej rzeczy.
    Czasem dobrze poczytać o tym jak myśli i czuje młode pokolenie.
    Ja jednak preferuję już 50 + w literaturze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że każde pokolenie ma swoją literaturę. Ja również nie szukam specjalnie tych książek, ale jak się trafiła to przeczytałam.
      Myślę, że w drugą stronę byłoby o wiele gorzej. W jakim stopniu powieści nastolatek z lat 60-tych, 70-tych mogą zainteresować dzisiejsze nastolatki? Chyba w niewielkim, szczególnie z powodu niezrozumienia wielu realiów.

      Usuń
    2. To chyba jest regułą. Nam trudno było zrozumieć nasze równolatki żyjące wcześniej, ale jednak faktycznie między naszym pokoleniem a pokoleniem naszych dzieci ta różnica jest jakby dwupokoleniowa.

      Usuń
    3. A jak jeszcze dodamy różnice językowe, to już w ogóle przepaść. Chodzi mi o to, że młodzież nie zrozumie dzisiaj wielu słów i określeń z potocznego języka naszych czasów. Często wiązały się z zawodami, albo instytucjami, których dzisiaj nie ma - "podjedź do cepeenu" (wiadomo było, że tylko po benzynę, a nie po wódkę, "wykręć numer" (my wiemy, że w telefonie) itd

      Usuń
  2. Cóż za przewrotny tytuł i pierwsze zdania. Wszystko, albo nic:) Mnie się udało zalec wczoraj z książką na kanapie na parę ładnych godzin - w ramach uczczenia przedłużenia gwarancji przydatności do użytku o rok :) tak nazywam okresowe badania lekarskie (od czasu, kiedy jeden z przeglądów wykazał niepokojące anomalie) I były to Listy Van Gogha do brata. Jakoś nie umiem skupić się na takiej babskiej literaturze (a może bardziej jak piszesz młodzieżowej), ale może i do tego kiedyś dojrzeję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano tak :) - przecież to zależy od nas, jak znosimy upały i czy jesteśmy w stanie czytać traktaty filozoficzne, albo ciężkie opracowania teoretyczne o jakiejś krwawej wojennej jatce. Czy lekturę całkowicie wyłączająca trud umysłowy.
      Ja nienawidzę upałów, bardzo źle je znoszę, ale to nie znaczy, że będę się męczyć z babską literaturą.
      Nie biorę pod uwagę dojrzewania do niej, bo po prostu nie potrzebuję takiego czytania. Nie szukam pocieszenia, ani nie chcę żyć życiem bohaterów - a już na pewno nie szukam tam jakichś recept na życie (nie z moją metryką). Jeśli więc czasami coś przeczytam z tej półki, to raczej będą przypadkowe lektury.
      Mnie też wiszą nad głową konieczne badania, a czas ucieka i termin przydatności dawno minął :)

      Usuń
    2. Moje dojrzewanie do takiej literatury- to był taki żarcik, bo jakoś nudzi mnie ona i męczy. Co do upałów witaj w klubie nieprzystosowanych- nie chcę nawet pisać, bo dla wielu zabrzmi jak herezja, ale dla mnie zamiast lata mogłaby dwa sezony królować wiosna, nie toleruję upałów, temperatury powyżej 24 stopni doprowadzają mnie do stanu nieprzydatności do życia. Co do terminu gwarancji to od czasu owych anomalii zdrowotnych, staram się ich przestrzegać, zbyt wiele zdrowia mnie kosztowały. Pozdrawiam ciepło, ale nie upalnie

      Usuń
    3. Tak myślałam,że to jednak żarcik był :)

      Jak napisałam dzisiaj u Ani - czekam na mroźną zimę, chociaż w przypadku dużego śniegu mam przyjemność machania łopatą i sporo do odśnieżenia. Nienawidzę upałów od zawsze, a teraz to już podwójnie. Muszę odnaleźć zdjęcie, które kiedyś zrobiłam w parku - ono wyraża odpowiednio moją miłość do prawdziwej zimy.
      Niech nam upały nie dokuczają :)

      Usuń