niedziela, 29 czerwca 2014

Niedziela z obrazem (6)

Jan Vermeer "Dziewczyna z perłą" (ok.1664)


Do spopularyzowania tego obrazu na pewno przyczynił się film opowiadający historię jego powstawania. Oczywiście jest to wizja filmowa wymyślona przez twórców, ale jest to piękna opowieść w pięknej scenerii.
Ten obraz również stał się materiałem do wersji hafciarskich - z różnym skutkiem (jak to bywa z przeróbkami).

niedziela, 22 czerwca 2014

Niedziela z obrazem (5)

Władysław Czachórski "Dama w liliowej sukni" (ok.1903)


Obraz w klimatach malarstwa holenderskiego, którego autor już za życia był krytykowany za komercję i marnowanie talentu. O ile dobrze pamiętam to również Magdalena Samozwaniec wybrzydzała w "Marii i Magdalenie" na jego styl i warsztat (malowanie z fotograficzną dokładnością). Od początku, gdy zetknęłam się z tymi opiniami pierwszą moją myślą, było "w jakim stopniu są one podyktowane zwykłą ludzką zazdrością. W tym przypadku zazdrością o sukces finansowy i popularność. Ale ja nie jestem zawodowcem, mnie się takie malarstwo podoba.

Obrazy w tym stylu stały się także materiałem do wykorzystania w hafcie krzyżykowym. W internecie można znaleźć zdjęcia takich prac polegających na przeróbce tego obrazu na schemat do haftu. I to niestety jest masakra. Podkreślam, że mam na myśli ten konkretny obraz, nie przeróbki obrazów na haft  w ogóle. Widziałam kilka wyhaftowanych prac i dalej wolę się nie wypowiadać. Podstawa klęski leży w samej przeróbce obrazu (już sam wzór proponowany przez "wiodącą" polską firmę jest oględnie mówiąc "piękny inaczej")  i wykonanie niewiele może tu uratować. Szczególnie ręka (prawa) dotykająca kwiaty i twarz modelki to koszmarki malarskie.
Naprawdę, czasami lepiej pozostawić oryginał w spokoju...

piątek, 20 czerwca 2014

Kalendarium - Aleksander Fredro

20 czerwca 1793 roku urodził się hrabia Aleksander Fredro.



Zbigniew Kuchowicz "Aleksander Fredro we fraku i w szlafroku", KAW, Łódź 1989
Krystyna Poklewska "Aleksander Fredro", Wiedza Powszechna, Warszawa 1977


niedziela, 15 czerwca 2014

Niedziela z obrazem (4)

Od lat fascynują mnie obrazy, które są zapisem dawnej rzeczywistości. Zapisem, a właściwie malarską fotografią.
Twórca portretujący model z największą starannością i dokładnością mimo woli przekazuje nam coś jeszcze... coś co w założeniu było tłem, dodatkiem. A my teraz, w zupełnie innej rzeczywistości dostajemy dokumentację epoki.

Kilka lat temu, gdy odkryłam internet i niezmierzone możliwości poszukiwań, natknęłam się na pierwsze zdjęcia obrazów z motywem robótek ręcznych. Zaczęłam szukać i znalazłam ich bardzo dużo.
Obraz, który jest tematem dzisiejszego wpisu nie był tym pierwszym odkryciem, ale wybrałam go ze względu na prawdziwie rokokowe bogactwo i przepych.

Jednak na tym obrazie nie bogaty strój, ani sama osoba markizy mnie interesuje, ale piękne i drogie zapewne krosno oraz "niezbędnik robótkowy", czyli stolik podręczny. Nieodzowny mebel w pokoju damy lubiącej robótki.


środa, 11 czerwca 2014

Było... minęło... (18) - "Kto ty jesteś? Polak mały"


Wszystkie podane w książeczce informacje edytorskie widoczne są na okładce i stronie tytułowej.


Nigdzie nie podano natomiast roku jej wydania, za to książeczka posiada wpisaną dziecinnym pismem dedykację zawierającą przedświąteczną datę z 1948.
Miejsce druku - Tłoczono w Drukarni Diecezjalnej w Opolu.
Ja stawiałabym na fakt powojennego wydania tego zbiorku - wydaje mi się, że brakuje korony w orzełku na żołnierskiej czapce chłopca. Zbiorek rozpoczyna niepełna wersja tytułowego wiersza - trochę dziwne, prawda? Bardziej dociekliwy tropiciel doszedłby do czasu powstania niektórych, mniej znanych wierszy - być może powstały dopiero po 1945. Ale to zagadka do rozwiązania. 
Mnie przekonywałaby raczej opcja powojenna, ze względu na dobór wierszy i grafikę - wszystko w tonie ludowo-socjalistycznym.



Prawdę mówiąc teraz nie mam czasu na szczegółowe badania, chociaż byłoby to nawet ciekawe.




poniedziałek, 9 czerwca 2014

Co czytać w upale?

A wszystko można czytać, tylko od nas zależy wybór.
Przede wszystkim można w ogóle nie czytać, oddając się błogiemu nicnierobieniu bujając się na hamaku w cieniu drzew.
Wczorajsza temperatura, czyli 31 stopni w cieniu na werandzie Leśnego Domu (w mieście na pewno było więcej), odbierała chęć do jakiekolwiek wysiłku fizycznego. I z umysłowym nie bardzo chciało się wytężać.
Zabrałam ze sobą oczywiście robótkę - bardzo prostą i nie wymagającą wielkiego skupienia. To jeszcze wielkanocne truskawkowe jajko, które jest już prawie gotowe, ale oczywiście na święta nie było skończone. Postawiłam kilka krzyżyków i tyle było mojej aktywności robótkowej.
Wyciągnęłam więc czytnik - to między innymi na wyjazdowe czytanie chciałam go mieć... i z listy książek wypukałam babskie czytadło (tak przewidywałam, chociaż nie jestem na bieżąco z  tzw. literaturą kobiecą). Nie wypożyczałabym takiej książki z biblioteki, ale skoro dostałam w pakiecie razem z czytnikiem to przeczytam.
Podeszłam do tej lektury z odpowiednim (jak sądzę) nastawieniem i to dało mi lekką rozrywkę czytelniczą. Wiedząc po jakiego rodzaju książkę sięgam, nastawiam się na taki a nie inny poziom tekstu i nie przeżywam rozczarowań. Wiadomo, że będzie to historia młodej kobiety, zawiedzionej przez mężczyznę/związek/uczucie/, która rozpoczyna nowy etap życia - wyjazd/nowa praca/zmiana środowiska; w pewnym momencie spotyka nową miłość - mężczyzna z czystą kartą/mężczyzna po przejściach/nieszczęśliwy wdowiec, a w finale mamy oczywiście happy and... Akcja jest przewidywalna, autorki nie męczą czytelniczek filozoficznymi rozważaniami, zbędnymi opisami przyrody, ani wnikliwą charakterystyką poszczególnych bohaterów.

Powieść Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak czyta się łatwo i szybko. Podobnie jak to, w jaki sposób jest napisana. Prostym językiem, chwilami miałam wrażenie zapisu języka potocznego. Plusem całości jest humorystyczny opis bohaterów i sposób narracji - kilka razy roześmiałam się naprawdę szczerze. Problemy bohaterów, chociaż bardzo poważne, nie są przedstawione w czarnych barwach. Autorka wybrała drogę "z lekkim przymrużeniem oka", żartobliwą formę opowieści.

Przeczytałam i jak oceniam?
Na pewno nie jestem grupą docelową czytelniczek - to powieść raczej dla nastolatek i początkujących studentek.
I ze względu na treść i ze względu na język. Dopiero po przeczytaniu poszukałam informacji o autorce, która okazała się osobą z pokolenia mojej córki. I to widać w tej książce - współczesność realiów i współczesność zachowań. Porównując "Niebieskie migdały" z powieściami moich nastoletnich czasów widzę jak bardzo to inne światy, choć pewne zachowania początkującej w kuchni młodej matki przypomniały mi własne kuchenne "pierwsze razy" sprzed lat.
Jedynie rzeczywistości dzisiejszej porodówki nie da się porównać z tym, co było w szpitalach PRL-u. Tego się nie da opisać, to trzeba było przeżyć, a teraz cieszyć się, że nasze córki mają lepsze doświadczenia.

To dla mnie lektura jednorazowa, ale nie zniechęcam nikogo do sięgnięcia po nią... szczególnie w czasie letniego wypoczynku -  w ramach miłego relaksu... ewentualnie w pociągu, w tramwaju, w autobusie, gdy musimy w każdym momencie lekturę przerwać, bo właśnie wysiadamy...

niedziela, 8 czerwca 2014

Niedziela z obrazem (3)

Василий Владимирович Пукирев "Неравный брак"


Na reprodukcję tego obrazu patrzyłam często w czasie gdy jest się szczególnie wrażliwym na uczucia...
Byłam nastolatką... i wielokrotnie zatrzymywałam się przy stojącej za szybą regału pocztówce... przyciągała wzrok nie tylko swoim realizmem, prawie fotograficzną dokładnością oddania realiów, ale także dużym ładunkiem emocji...
Obraz mocno oddziaływał na moją wyobraźnię i od początku miałam własną wymyśloną historię wyczytaną z niego - Młodziutka panna młoda, zmuszona wbrew swojej woli do małżeństwa z obleśnym starcem i stojący za nią młody, przystojny mężczyzna, będący niewątpliwie jej ukochanym.

Historię tego obrazu można przeczytać m.in. na tej stronie  - uprzedzam, że to wersja w języku rosyjskim.
Chociaż jak się okazuje można sobie poradzić z tekstem, jeśli mieliśmy w szkole do kontakt z językiem obcym (nawet sporo dziesięcioleci temu). Przekonałam się na własnym przykładzie, że jak mówi przysłowie "nauka nie idzie w las" i mimo braku chęci do nauki rosyjskiego, po tylu latach biernego przyswajania jednak coś w pamięci zostało.

piątek, 6 czerwca 2014

Jak mi dobrze, że nie piszę recenzji

... recenzji książek przysyłanych przez wydawnictwa.
Wczoraj przeczytałam o kuriozalnej moim zdaniem sprawie dotyczącej bezpośrednio współpracy blogersko-wydawniczej - TU
Nie mam nadal konta na LC (bardzo mi przeszkadza ograniczenie FB w niektórych opiniach o książkach), więc nie mogę zabrać głosu w dyskusji na portalu. Napiszę więc tutaj.
Już na początku, zanim dotarłam do wszystkich dostępnych linków, w tym także do usuniętej z bloga recenzji (będącej powodem całej sprawy), nie miałam wątpliwości co o tym myśleć. I przy okazji potwierdziły się moje obawy dotyczące ewentualnej współpracy z wydawnictwami, które mam od początku prowadzenia tego bloga. Początkowo odmawiałam mailowo zgody na taką współpracę, później wstawiłam na stałe odpowiednią informację na pasku bocznym. Zgadzając się na taką współpracę miałabym cały czas poczucie działania pod presją, bo przecież wydawnictwo oczekuje raczej pozytywnych opinii o swojej pracy. I myślę, że czasami wydawnictwa podchodzą do współpracy z blogerami tak jak producenci żywności, którym kilka torebeczek sosu w proszku wydaje się godziwym zadośćuczynieniem za darmową reklamę jaką jest post na kulinarnym blogu.
Ja na szczęście już nie jestem na etapie dorabiania się życiowego i kompletowania domowej biblioteczki, więc nie skuszę się na darmowe jej uzupełnianie "w zamian". W zamian za co? za ocenzurowanie myśli?

Postawa tego wydawnictwa (bez kryptoreklamy) i każdy kolejny ruch z jego strony tylko pogarsza sprawę, szczególnie że nie ma racji. Czy ludzie tworzący ten zespół nie dostrzegli jeszcze siły internetu? Reakcje komentujących są różne, ale ogólnie ocena postępowania przedstawicieli wydawnictwa jest negatywna. Nie zauważyłam ani jednego komentarza, który opowiedziałby się po ich stronie. Może jedynie kilka anonimowych trolli  (jak zwykle oczywiście), usiłujących coś sprowokować. Każda kolejna wypowiedź, czy oficjalny komunikat od wydawnictwa, to dalsze brnięcie w tym samym kierunku - z przedziwnymi argumentami, które mnie wcale nie przekonują.
Jak można twierdzić, że recenzent nie jest uprawniony do wytykania błędów w omawianym przez siebie tekście. A szczególnie niezależny recenzent blogowy, który pisze na swojej własnej stronie.
Każdy z nas jest uprawniony i nie musi do tego celu podpierać się dyplomem szczególnego fachowca. Wystarczająca jest znajomość języka polskiego na poziomie szkolnym.
Jestem szczególnie wyczulona na błędy w tekście - błędy każdego rodzaju. Mam taką wrodzoną przypadłość, że je zauważam do razu. Nie powinno być niczyjej zgody na taką bylejakość obniżającą poziom wydawniczy.
Czy zgadzamy się użytkować towar z ewidentnymi brakami i wadami? Nie - jak najszybciej zgłaszamy go do reklamacji.
Wydawnictwo na pewno zaszkodziło sobie bardzo od strony wizerunkowej i straciło część ewentualnych klientów. Przynajmniej na pewien czas, nim sprawa nie przycichnie.

Nie chcę rozpisywać się szczegółowo, bo sprawa dla mnie jest jednoznaczna i jasna.
Szkoda tylko, że trafiła na młodą osobę, dając jej tym samym niemiłą lekcję życia.
Na szczęście autorka bloga wykazała się niespodziewanym opanowaniem, a cała sytuacja i szum medialny niewątpliwie przyczyniły się do wzrostu popularności jej bloga...

środa, 4 czerwca 2014

Było... minęło... (17) - "Doktor Dolittle i jego zwierzęta"

"Dawno, bardzo dawno temu - w czasach, gdy nasi dziadkowie byli jeszcze małymi dziećmi - żył doktor, który nazywał się Dolittle - Jan Dolittle, dr med. "Dr med," to znaczy, że był to prawdziwy doktor i że umiał bardzo dużo.
   Mieszkał w Anglii w małym miasteczku Puddleby nad rzeką Marsh. Młodzi i starzy znali go bardzo dobrze, a kiedy szedł ulicą w swym wysokim cylindrze, szeptano: "idzie doktor! O, to mądry człowiek!" A wszystkie dzieci i psy biegły za nim i towarzyszyły mu; nawet wrony, gnieżdżące się na kościelnej wieży, krakały i kiwały głowami".


Hugh Lofting "Doktor Dolittle i jego zwierzęta"


Tytuł oryginału angielskiego: "The story of Dolittle"
Przełożyła Wanda Kragen
Ilustrował Zbigniew Lengren
Instytut Wydawniczy "Nasza księgarnia"
Warszawa 1968 r, wydanie V
Nakład 20 000+277 egz.


"Pensjonat pod różą" (2004-2006)

Już najczęściej nie pamiętamy, a młodszym widzom trudno uwierzyć, że tak niedawno (?) mieliśmy możliwość oglądania jednego programu (dziś nazywanego kanałem), później dwóch -  w jedynej państwowej telewizji. A teraz nadmiar stacji przyprawia o ból głowy, bo nie da się oglądać kilkudziesięciu filmów jednocześnie.
Wracają filmy, które widzieliśmy jeden raz kiedyś-tam przed laty, a teraz pojawiają się w tym samym czasie nawet na kilku kanałach. Mamy też stacje, które specjalizują się w wielokrotnym emitowaniu filmów i seriali telewizyjnych.
Właśnie po raz kolejny wrócił serial "Pensjonat pod różą"
Na pewno serial przeznaczony dla jednej grupy, czyli kobiet. I bohaterkami głównymi są także kobiety - trzy przyjaciółki, których codzienne życie przeplata się z wydarzeniami i losami gości tytułowego pensjonatu.
Czytałam różne opinie na temat tego serialu - od zakwalifikowania go gatunki opery mydlanej, poprzez dużą krytykę, aż do pozytywnych ocen od widzów.

Mnie się podoba ciepły klimat tego filmu, dobry scenariusz i naprawdę dobre aktorstwo jak na dzisiejsze serialowe produkcje.
W obsadzie filmu widzimy w większości znane nazwiska, dużo dobrej młodzieży aktorskiej,  ale także aktorów, których można zobaczyć już tylko na tym archiwalnym nagraniu - pełna obsada (tak twierdzi strona FILMWEB), czyli 587 osób.
Lubię takie produkcje, które nie męczą i nie powodują nerwicy widza, ale dostarczają dobrego relaksu... co - jak widać na tym przykładzie,  wcale nie musi oznaczać bylejakości i niskiego poziomu...


wtorek, 3 czerwca 2014

Było... minęło... (16) - Poezja dla dzieci

Nie jest to książeczka z naszych dziecięcych biblioteczek, bo kupiłam ją już "w dorosłości", ale zawiera wiersze i wierszyki znane nam z dzieciństwa.


Bardzo pożółkła stojąc na półce "od frontu" - jak widać ten rodzaj papieru mocno przegrywał ze światłem. Taki sam los spotkał także inne książki z tego wydawnictwa (mamy ich kilkanaście).
Wydanie sygnowane rokiem 1981, chociaż druk ukończono dopiero w 1982.
Na okładce nie ma już wydrukowanej ceny, jak to robiono wcześniej. Cena ustalana odgórnie obowiązywała wtedy wszystkie księgarnie, niezależnie od miasta, czy miasteczka, w  którym się mieściła. Natomiast ciekawym zapisem tamtych czasów jest odręczna notka z antykwariatu - rok 1990 i cena: 12.000 zł.

"Antologia..." jest dość pokaźnym tomikiem - 416 stron.

Jak zawsze w opracowaniach Ossolineum książka zawiera obszerny wstęp dotyczący głównego tematu zbiorku, czyli poezji dla dzieci. W notce wydawniczej podano także zasady wyboru utworów do tego zbiorku.
"Na teksty Antologii składają się wiersze tworzone i drukowane ze świadomą intencją przekazania ich dziecięcemu odbiorcy, a wydawane najczęściej w zbiorkach specjalnych lub w książeczkach obrazkowych, a także wiersze pisane nie z myślą o dziecku jako ich odbiorcy, ale z biegiem czasu zaadaptowane dla dzieci oraz przez dzieci i z kolei przeadresowane przez wydawców w książkach i podręcznikach szkolnych."

Przy nazwisku każdego cytowanego autora jest krótsza lub dłuższa notka informacyjna (wraz z datami życia).
Na przykład u Adama Asnyka - (1838-1897). Poeta i dramaturg. Nie pisał dla dzieci.
A niżej wiersz "Słonko" - o spotkaniu słonka z sierotą.

Przeglądając spis treści znalazłam tylko kilka nieznanych mi nazwisk i naturalne jest pytanie - na ile jest to wybór niepełny? Podyktowany względami politycznymi, biorąc pod uwagę czas wydania Antologii. Których nazwisk zabrakło, bo autorzy nie mieścili się w dozwolonych cenzuralnie kanonach?

"Antologię..." otwierają "Kołysanki dziecięce" barokowego poety Stanisława Grochowskiego (ok.1542-1612), przeznaczone "na kolędę" księciu Władysławowi, późniejszemu królowi polskiemu Władysławowi IV.

DORAMI, SANCTE PUELLULE
Uśnij, dziecie, uśnij moje,
   Uspokój członeczki swoje.
Niech cię kaszel nie morduje
   Niechaj ci nic snu nie psuje 
                             (fragm.)

A zamykają anonimowe wierszyki, kołysanki, oraz wyliczanki - jakże przydatne w tzw. "zabawach kołowych ze śpiewem", grupowych zabawach dziecięcych na podwórku, na szkolnym boisku w czasie przerwy. Ich treść też jest świadectwem swego czasu...

Siedzi baba na cmentarzu
Trzyma nogi w kałamarzu,
Przyszedł duch - babę w brzuch,
Baba fik, a duch znikł.

Ostatnia w zbiorku, wtedy chyba jedna z najnowszych

Raz, dwa, trzy, cztery,
Maszeruje Huckleberry,
Za nim idą Pixi, Dixi
Wykąpane w proszku IXI,
A za nimi krowy dwie,
Wykąpane w proszku "E"
[albo:] Wykąpane w "Pollenie"

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Było... minęło... (15) - "Co okręt wiezie"

Od początku tworzenia tego bloga szukałam formuły wpisów dla kategorii książek przeznaczonych dla młodego czytelnika, ale naznaczonych już piętnem czasu. Nie miałam w planach tworzenia kolejnego bloga wydzielającego tę część literatury, szczególnie że już jest kilka takich blogów i nie chciałabym powielać tych pomysłów. Do tego jeszcze problemy z nazwą - samo słowo "klasyka" też w pewnym sensie mnie ogranicza, bo chcę wspominać książki, które dla wielu klasyką nie są - a nawet mogą być uznane za niegodne zaliczania do tej kategorii.
Początkowo dołączyłam do blogowego projektu Klasyka młodego czytelnika, ale w pewnym momencie zrezygnowałam ze względów fejsbukowych.
Ciągle też wahałam się, czy jest jakikolwiek sens w wyciąganiu tych książek i książeczek z mroków zapomnienia. Jednak przy okazji wczorajszego Dnia Dziecka i własnych wspomnień czytelniczych, zdecydowałam się na przypomnienie książek - moich dawnych lektur i niektórych książek z dziecięcych lektur mojego męża.
To będzie całkowicie subiektywna lista, a kolejność publikacji dowolna i przypadkowa - po prostu którą książkę wyciągnę o tej napiszę. Posty też będą różne - nie zakładam żadnych obszernych studiów i analiz, napiszę więcej, mniej lub wcale o samej książce i jej autorze. W niektórych przypadkach to będzie tylko prezentacja.

I od takiej prezentacji zacznę.
Irena Tuwim "Co okręt wiezie"


Ilustrował Juliusz Makowski
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy "Nasza księgarnia"
Warszawa 1962, Wydanie I
Nakład 60 000+234 egz.
Cena 16 zł

Książeczka, której słownictwo wcale nie jest archaiczne. Oczywiście pewne słowa trzeba dziecku przybliżyć, bo już trudno je znaleźć w codziennym języku, ale to pojedyncze przypadki.





niedziela, 1 czerwca 2014

Pierwsze samodzielne czytanie

Dziś kolejny wpis wspomnieniowy... wiadomo z jakiego powodu.
Kiedyś pewna komentatorka na którymś moim blogu stwierdziła, że ja strasznie lubię wspominać. I to niestety miał być zarzut - jaka to ja jestem nudna i męcząca i w ogóle archaiczna z tym swoim ciągłym wracaniem do przeszłości... bo kogo to obchodzi...
Wtedy mnie obeszło, bo to był jeszcze czas przejmowania się tym co ludzie powiedzą, a właściwie co ludzie napiszą pod moimi tekstami. Teraz na szczęście już z tego wyrosłam - najwyższa pora! biorąc pod uwagę status rodzinny i starą metrykę.
Siedzę przy komputerze w pełnej ciszy nocnej - nareszcie pod moimi oknami ucichły wrzaski grupowej wersji kultu młodości, terroryzującej okolicę hałasami nie nadającymi się do druku.
A ja zamiast spać myślę sobie o Dniu Dziecka mojego dzieciństwa. I niestety, zupełnie nie pamiętam czegokolwiek specjalnie świątecznego. Totalna amnezja. Żadnej imprezy, żadnych prezentów... Być może znalazłabym coś w moim dziecięcym pamiętniku, ale dziś jakoś nie mam chęci szukać...
Szukam więc w pamięci - pod hasłem "które książki czytałam najdawniej". Co prawda to zabrzmiało jak coś "z otchłani wieków", ale prawie tak samo się czuję, usiłując dotrzeć do najdalszych zakamarków pamięci.
Nie wiem, jak inni, ale moja pamięć działa w tym momencie na zasadzie "pamiętam, bo czytałam wielokrotnie".

To kilka książek, które tworzą ten zbiór ulubionych. Musiały być ulubione, inaczej nie wracałabym do nich.
Kolejność przypadkowa...
I jeszcze uwaga techniczna - wszystkie te książki mam u siebie, ale odnalezienie niektórych w moich zbiorach wymaga dużo czasu, więc do dzisiejszego posta wykorzystałam zdjęcia dostępne w sieci.
"W dolinie Muminków" - o moim spotkaniu z Muminkami napisałam TU


"Kichuś majstra Lepigliny" - czytałam i wierzyłam w każde słowo.
Wykorzystałam zdjęcie z tej strony, ponieważ mój własny egzemplarz jest gdzieś mocno schowany między książkami. Ale mam go na pewno i gdy znajdę Kichuś będzie miał swój osobny wpis.


"Baśń o ziemnych ludkach" - wtedy czytając również wierzyłam w świat ludków, a szczególnie uwielbiałam (tak, to akurat odpowiednie słowo) oglądać piękne ilustracje. Przemawiały do mnie na równi ze słowem.
źródło zdjęcia
"Pan DOREMI i jego siedem córek" - książka bardzo ważna dla mnie, pisałam o niej tutaj



"Pan Drops i jego trupa" - długo nie mogłam zrozumieć o co chodzi z tym czerstwym pieczywem. A przecież wystarczyło zapytać rodziców.


"Sto bajek" Jana Brzechwy - wiersze samodzielnie czytane na długo przed tym, zanim Pan Kleks Fronczewski zaśpiewał niektóre z nich.
"Porwanie w Tiutiurlistanie" Wojciecha Zukrowskiego - jeden z pierwszych imieninowych prezentów nie od rodziny, a od koleżanki.

I jeszcze kilka innych... ale uciekły z pamięci...
Nie ma wyjścia, trzeba je wyciągnąć z realnych kątów, odkurzyć i zapisać tu na blogu - może jeszcze wzbudzą zainteresowanie właśnie tamtymi starymi wydaniami.