niedziela, 11 maja 2014

"Na ustach grzechu"

W myśl przysłowia "do trzech razy sztuka" dziś ostatni post z tematyki samozwańczej i na razie przerwa.
Cofam się w historycznym czasie do początków, czyli literackiego debiutu Magdaleny - wówczas jeszcze nie Samozwaniec. Właśnie przy tej okazji narodził się także ów pseudonim.

"Na ustach grzechu", rok pierwszego wydania - 1922, to powieść mająca być satyryczną zemstą na polskim czytelniku masowym zachwycającym się grafomańskimi wypocinami domorosłych twórców, a właściwie twórczyń.
Dokładnie mówiąc to "Trędowata" w oparach czystego nonsensu.
Jak wspomniałam na swoim blogu filmowym (przy okazji adaptacji "Trędowatej") nie pamiętam treści tego dzieła. Oczywiście ogólne zarysy akcji są znane, ale ja przeczytałam powieść tak dawno, że nic nie pamiętam. Jeszcze w czasach szkolnych (podstawowych) dostałam na krótko egzemplarz tragicznie wręcz zaczytany i przekazywany jak relikwia z rąk do rąk. Słyszałam, że krążyły także  w społeczeństwie egzemplarze książki ręcznie przepisywane! To dopiero była determinacja...
Natomiast słyszałam rodzinną opowieść (podobno autentyczne zdarzenie), o tym, jak pewnego dnia służąca (nazwijmy ją umownie Marysią), przebywając w dalszych rejonach mieszkania (kuchnia, albo służbówka) nagle wybuchnęła wielkim płaczem, zawodząc przy tym:
- Umarła... umarła..
- Kto, Marysiu?!
- Stefciaaa!!!
Powyższa scenka potwierdza powszechną przedwojenną opinię, że była to literatura dla kucharek i służących

Powieść "Na ustach grzechu" oficjalnie figuruje od początku jako dzieło jednego autora.
Krążą jednak różne wersje dotyczące powstawania tekstu i nawet sama M.S. wspomina o tym (chociaż dość niejasno) w "Marii i Magdalenie". Mówi się, że właściwymi autorami byli Lilka i jej ówczesny mąż - Pawlikowski, że zasługi Magdaleny to jedynie pomysły, że doszło do kłótni o wydanie książki z nazwiskami trzech autorów, ale Pawlikowscy odpuścili dla świętego spokoju... itd. Ponieważ "mówi się" różnie, więc nie ma sensu dalej drążyć.

Nie będę streszczać utworu, bo fabuła jest tutaj najmniej istotna. Najważniejszy jest język - pełen dowcipu, humoru, aluzji, nonsensu właśnie - na najwyższym poziomie... I nawet nie ma sensu opowiadać treści, bo tego się nie da opowiedzieć. Trzeba po prostu przeczytać całość - można się naprawdę pośmiać....

"Chciała podciąć bułanka szpicrutą i ruszyć z miejsca szalonym kurzgalopem, ale hrabia Zenon chwycił konia mocno przy pysku za cugle  i wżarłszy się w nią szponami swych kuszących, czarnych źrenic, rzekł ze stłumionym zręcznie skowytem:
- Nie odjedziesz, nie, nie puszczę cię jedyna, o, choćbym miał zginąć trupem i cały paść martwy  pod twe kolana. - Ja cię pragnę i pożądam!- krzyczał martwo, po czym puścił nagle cugle i zdarł ją jakimś nieludzkim wysiłkiem z końskiego siodła. Ale ona wyrwała mu się obcesem z ramion i ruchem młodocianego kota śmignęła mu przez twarz, ze szczególnie drwiącym chichotem, ostrą jak stal szpicrutą".

"- Usta mi zaschły, jedyna - poprosił - patrząc w oczy z ufnością...
   Steńka nie broniła się, przymknęła z lekka powieki i nagle poczuła, jak wielki żar i ulga  wpłynęły jej do serca, a na ustach jej niby dziki tygrys na piaszczystych pustyniach Sahary, usiadły palące się wargi Zenona.
   - Kocham!... szaleję!...mawiał z cicha w przerwach pocałunków. - Ty moja, moja na wieki.
   I oboje wsparci tak o siebie, bytowali jak zakochana para, jak królewskie państwo z długiej bajki Andersena, wielkiego bajarza skandynawskiego.
   Różne uczucia miotały duszą dziewczęcia. Ból, męka, rozkosz i nadzieja. Tak, dziwnym jej się to stało, że ona, niezłomna, zimna na oko, niby królewna, ona, którą żaden żyjący mężczyzna  do ręki nie wziął, teraz bez wahania, bez oporu, oddała usta swe dziewczęce jego straszliwym całunkom.
   Tak! - ale to się powtórzyć więcej nie powinno. Jakżeby śmiała stanąć później, oko w oko, czoło w czoło, przed matuchną. Na samą myśl o tym można dostać raka."

"- Jak widzę, hrabicz Zenon nową ofiarę porwał w swe szpony. Ale strzeż się, owieczko z białego dworku, byś się nie stała tym, czym ja teraz jestem. - Zostaw to niewinne dziewczę, Zenonie. Oto ja, hrabina Wampyr, jakeś mnie nazwał w chwilach naszych upojeń, ja cię zaklinam wyrzuć ją, i kochaj mnie, kochaj, całuj mnie, ach całuj! - Ja kocham cię i nienawidzę - pragnę i potępiam!
- Mówiąc to dzikim półtonem, padła mu do nóg, wijąc się wkoło nich w jakichś rytmicznych podrygach i prysiudach zawrotnych, z których znać było, że pradziad jej był atamanem kozackim i że w niej płynie dzika nieokiełznana krew stepowych dzieci. Z oczu jej, zielonych jak Veronez, padały łzy jedna  za drugą, kałużąc się na ziemi."

"- Panna Steńka zemdlała! Ratuj w imię Boże! - krzyczał Kotwicz, po czym przedłożył aranżerowi konieczność ratunkowego mazura w stronę cieplarni. Sam zaś przez otwarty wirydarz wbiegł do chłodnawej apoteozy pokoju nocy, gdzie jak wściekły pies rzucił się głową naprzód w lustrzana taflę jeziora".

Przy okazji lektury nieodparcie nasuwa się myśl, że autorka/autorzy tego świetnego tekstu musieli także znaleźć się w gronie licznych czytelników literatury romansowej dla kucharek. Inaczej nie powstałaby ta parodia stylu i  słownictwa z kręgu "Trędowatej". Jaki był ten styl? Tego tym bardziej się nie da opowiedzieć własnymi słowami, trzeba przeczytać kilka oryginalnych fragmentów i jako suplement pojawi się jeszcze jeden post - tym razem poświęcony samej Mniszkównie przy okazji jednej z powieści.

Mam dwa wydania "Na ustach grzechu". Jedno stanowi część zbioru "Moja wojna trzydziestoletnia", drugie znalazłam niedawno w jednej ze starych szaf.
Ten znaleziony egzemplarz to wydanie z 1957 roku, z rysunkami Gwidona Miklaszewskiego.
Jednak dużym zaskoczeniem tego konkretnego wydania był dla mnie wstęp autorstwa Jerzego Waldorffa "Kilka słów do wnuków" (chyba chodziło o wnuków czytelniczych, nie rodzinnych). Ów wstęp wyjaśnia powojennemu czytelnikowi (czyli jak to oceniali niektórzy w większości inteligentowi z awansu) - czym było polskie ziemiaństwo. I skąd wzięło się zapotrzebowanie na ten rodzaj literatury.
"Dosyć skomplikowana i różnorodna całość stosunków panujących wśród naszego ziemiaństwa interesować mogła polityków, socjologów, w najlepszym razie - ogół inteligencji polskiej. Półinteligencja wybierała te tylko elementy, które odpowiadały jej strzelistym tęsknotom. Więc przepych wiejskich pałaców, pańskie maniery arystokracji, oszałamiające kawalkady na arabczykach, chłopów stworzonych przez dobrego Pana Boga tylko po to, żeby miał kto w pas kłaniać się karmazynom. Wreszcie: pieniądze, pieniądze, pieniądze umożliwiające każdej chwili jazdę nad Morze Śródziemne, oczywiście "lazurowe", lub w Alpy, oczywiście "sine", albo do Monte Carlo, gdzie, co słychać? - oczywiście brzęk złota."

Waldorff przy okazji podważa opinię Magdaleny Samozwaniec, że dzieje Stefci Rudeckiej mają cechy  autobiografii Heleny Mniszek.
"Sadząc jednak po "Tredowatej", Mniszkówna nie mogła być nauczycielką, czyli osobą przebywającą w towarzystwie chlebodawców. Raczej pracować musiała w charakterze dziewczęcia kredensowego, gdzieś za kuchnią, dokąd jedynie docierały znoszone przez lokajów wieści o tym, jak państwo żyją, bawią się i co mówią."

Ciekawa teza, prawda?
Współczesne źródła podają inną wersję młodzieńczych kontaktów Mniszkówny z arystokracją - np . TU
Magdalena Samozwaniec, "Na ustach grzechu", Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1957


7 komentarzy:

  1. Świetny post Elu.
    Mam nieodparte wrażenie, żem ja te " Na ustach grzechu " czytała. Kiedyś, daaaaaaaaaawno temu. Jakoś tak tytuł mi się kojarzy.
    Trędowatą oczywiście czytałam. I pamiętam pewno dzięki filmowi, który jeszcze nie dawno temu oglądałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu - dziękuję :), po raz kolejny mnie zawstydzasz.
      W pierwszej wolnej chwili odezwę się do Ciebie przez pocztę.

      Usuń
  2. Słuchałam w formie audiobooka w interpretacji pani Ireny Kwiatkowskiej - świetna lektura na poprawę humoru, choć generalnie nie przepadam za tego typu literaturą. Bardzo ciekawa recenzja. Widzę, że robisz przerwę po pięciu wpisach na temat M.S, ja zrobiłam sobie przerwę po czterech przeczytanych książkach Madzi, z czego i tak najmilej wspominam M i M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobiłam przerwę, żeby nie zamęczyć czytelników bloga :) Mam jeszcze kilka tytułów do opisania, ale niech sobie trochę poczekają - mam tyle tematów, że i tak nie daję rady.

      Usuń
    2. A jeszcze dodam, że pamiątam interpretację Ireny Kwiatkowskiej z radia - jak nie przepadam za słuchaniem tekstu czytanego przez kogoś, to w tym przypadku było doskonałym uzupełnieniem.

      Usuń
  3. Oj to prawda, tematów, o których chciałoby się napisać cała moc, ale gorzej z czasem i natchnieniem :) Dla mnie audiobooki są ratunkiem dla coraz słabszego wzroku, choć coraz trudniej mi się na nich skupić, jeśli nie porywają to czasami muszę po kilka razy wracać do odsłuchiwania. Miłego dnia życzę

    OdpowiedzUsuń