poniedziałek, 19 maja 2014

Było... minęło... (14) - "Księżniczka" przeczytana

Wracam do powieści dla dziewcząt, którą odkryłam kilka dni temu - pisałam o niej TU
Nie mam możliwości sprawdzenia tej lektury u młodej czytelniczki, dla której była przeznaczona.
Sama oczywiście już inaczej ją odbieram, ale starałam się spojrzeć na powieść od tej strony.

Czyta się ją dobrze - akcja dość szybko wciąga, a język powieści nie jest tak archaiczny jak można było się spodziewać (sądząc po czasie powstania). O wiele bardziej pod tym względem zestarzał się w niektórych powieściach język i styl Marii Rodziewiczówny.

Nie ma tu również zbyt nachalnego pozytywistycznego pouczania i moralizowania. Owszem, główna bohaterka musi wysłuchiwać kolejnych "kazań" dotyczących jej nierozsądnego postępowania z pieniędzmi, jej wielkopańskich manier i lekceważącego stosunku do ludzi niższego stanu, a także wielu nauk nie tylko jak pracować i oszczędzać, ale także jak samodzielnie dbać o siebie i o porządek wokół siebie.
To tylko nauki podstawowe, a obok nich jeszcze gorsze i mało przyjemne zderzenia dotychczasowych poglądów i kierunku wychowania "księżniczki" jako "panny na wydaniu" z rzeczywistością.
To oczywiście powieść z morałem, ale mamy tu dodatkowo ciekawy zapis obyczajów i skutków niedostosowania się pewnej warstwy społecznej do nowych czasów i nowych warunków.

Helenka - wychowana w bogatym domu, panna myśląca kategoriami salonów, nagle dowiaduje się o ciemnej stronie życia związanej z finansami. Wychowana w cieplarnianych warunkach, nie ma pojęcia o prawdziwym życiu i gdy następuje jej pierwsze przebudzenie i pierwsza samodzielna decyzja o podjęciu pracy nawet w tym nie dałaby sobie rady. Tylko dzięki pomocy mądrego człowieka, który ją ukierunkowuje i u którego znajduje zatrudnienie, Helenkę nie spotka tragiczny los wielu kobiet. To była powieść przeznaczona dla panienek, więc autorka nie mogła pójść w tym kierunku, ale taką możliwość widzimy już na początku. Gdy niedoświadczona osóbka wyobraża sobie, że pojedzie do Warszawy i tam bez trudu znajdzie pracę. Zna przecież języki, umie malować... Tu na miejscu nie mogłaby podjąć pracy jako domowa nauczycielka, bo nie zniosłaby takiego wstydu w oczach środowiska.
Podjęcie pracy fizycznej nigdy nawet nie przyszłoby jej na myśl... jej, która wcześniej  nigdy sama się nie uczesała.

4 komentarze:

  1. Wyciągnięta z maminej biblioteczki, pierwsza książka "dla dużych", którą przeczytałam. Bardzo dobrze ją wspominam! Byłam z siebie niezwykle dumna, że przeczytałam taką grubą książkę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie miałam tej okazji w swoich nastoletnich latach. Zawsze żałuję tych nieprzeczytanych w odpowiednim wieku lektur. W dorosłości to już nie to samo. :)

      Usuń
  2. Jak widzę okładkę to mam nieoparte wrażenie, że czytałam te książkę, ale w moich młodych latach tak uroczych okładek było sporo więc nie dałabym głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, wtedy było trochę książek z podobnymi okładkami - nic dziwnego, jeśli były ilustrowane przez Antoniego Uniechowskiego. Ja na pewno wtedy nie czytałam, jednak cokolwiek pamiętałabym :)

      Usuń