czwartek, 1 maja 2014

Pierwszego maja - z okazji święta


"Przygoda na Mariensztacie" - ileż razy ja widziałam ten film! (emitowany w telewizji nie przypadkowo w dniu Święta Pracy) - jedna z dostępnych w sieci stron filmu.

Pierwszy polski pełnometrażowy barwny... Sztandarowe dzieło stalinowskiego kina - polskiego!
Nie.. nie wyśmiewam, nie szydzę, nie wołam "precz z komuną!", ani "komuno, wróć!" - do wszystkich książek i filmów powstałych w czasach socrealizmu mam specyficzny stosunek. Widzę wszystkie jego ciemne strony, rozumiem zakłamanie i propagandowe wypaczenia na każdym kroku, ale jednocześnie łączą się z tym moje wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa. W moim rodzinnym domu zachowało się wiele wydawnictw z tamtych czasów. I ja pamiętam jak je kiedyś oglądałam i czytałam. Nie zostały wyrzucone, ani spalone - u nas nie wyrzuca się książek. Leżą w piwnicznych szafach jako dokument tamtych czasów. Każda władza ma swoją propagandę, dziś także, chociaż żyjemy w innych czasach...

Dla ludzi ponad osiemdziesięcioletnich - pokolenia moich rodziców to film przypominający im młodość - to nic, że wypadła w tak trudnych czasach, a jeszcze gorsze czasy to dzieciństwo i wojna... że sami musieli podlegać tamtym prawom i nakazom (takim jak przymusowy nakaz pracy gdzieś na dzikich ziemiach odzyskanych, prawie zmilitaryzowanie w brygadach SP - Służba Polsce, obowiązkowej pracy fizycznej przy odbudowie stolicy).
To były ich piękne lata i dziś z autentycznym wzruszeniem patrzą na kolorowe obrazy filmu. Wiem, bo nagrałam ten film dla mojego taty, który teraz też go obejrzał po raz kolejny, ale z innym odbiorem niż dawniej.
Film powstał w 1953 roku, jest podręcznikowym wręcz przykładem socrealistycznej twórczości. I tak trzeba go odbiera dziś, tłumacząc młodemu widzowi chociażby podstawy założeń programowych socrealizmu.
Z drugiej jednak strony, porównując z innymi propagandowymi filmami z tego okresu, nie jest tak nachalny i prymitywny. W jakiś sposób jest zrobiony inteligentnie i da się go oglądać, w czym niewątpliwie pomaga także muzyka i piosenki zespołu "Mazowsze".
Film określany jest jako komedia obyczajowa... a gdyby tak odrzucić propagandowe tło i wkleić scenariusz w inne, na przykład współczesne realia, otrzymamy komedię romantyczną.
Do Warszawy przyjeżdża na wycieczkę zespół świetlicowy ze Złocienia - na platformie ciężarówki! (dzisiaj to niedopuszczalne). Hanka Ruczajówna, znudzona wariackim tempem zwiedzania narzuconym przez przewodnika (w tej roli doskonały Edward Dziewoński), "urywa się" z wycieczki, żeby samodzielnie popatrzeć sobie na Warszawę. Poznaje młodego murarza... chyba jest zakochana. Wraca do Warszawy, żeby uczyć się i pracować - oczywiście jako murarka. Ponowne spotkanie młodych, ich wspólna praca, "trójki murarskie", niechęć starych murarzy do młodego entuzjastycznego pokolenia, sprzeczki i współzawodnictwo zakochanych..szczęśliwe zakończenie...
Jaką Warszawę widziała Hanka w czasie spaceru?
Taką, jaką  zobaczymy na zdjęciach wydawnictwa "Wędrówki po Warszawie", wydanego w tym samym  - 1953 roku. Teksty uzupełniające fotografie są koszmarne z dzisiejszego punktu widzenia, ale to właśnie jest ów dokument tamtych czasów. A sytuacje aranżowane i reżyserowane to też nie ulega wątpliwości.. chyba tylko budynki nie dały się zmanipulować, choć także można je różnie pokazać. I jeszcze jedno spostrzeżenie - jak puste były ulice pod względem motoryzacyjnym, nikomu się chyba nie śniły takie ilości samochodów, jakie zapychają Warszawę dzisiaj.
Wstawiam zdjęcia w małym formacie, żeby post to wytrzymał - po kliknięciu powiększą się.

 




















A na zakończenie tego długiego posta (tak jakoś się rozrósł w czasie pisania), fragmenty parodii nowelki produkcyjnej, autorstwa Magdaleny Samozwaniec.

W  ODLEWNI

- Jeszcze i tu musieli nam babę wtrynić - zrzędził stary mistrz-odlewnik, Marcin Klepka, zerkając spode łba na dorodną postać młodej dziewczyny, stojącej przed nim w skromnym, aczkolwiek gustownym ceratowym fartuchu, o włosach czarnych i kręconych jak wełna żużlowa.
- Nie gniewajcie się, ojczulku - rzekła miękko i delikatnie, pogładziła go po ramieniu dłonią w azbestowej rękawicy. Pod tą niewinną pieszczotą stary zmiękł.
- No trudno - rzekł - skoro was już tutaj przydzielili, to niech tak będzie, żeby mi tylko wypadków w ludziach nie było. Zakocha się w was który z tych młokosów i robota na tym ucierpi. Słyszane to rzeczy, aby baby odlewy robiły - zamamrotał prze usta, co było jego zwyczajem.
- Czasy, kiedy dziewczęta tylko rodziły dzieci i karmiły męża, minęły bezpowrotnie - zauważyła twardo. Przy tych słowach oczy dziewczyny zabłysły, jak gdyby ktoś na niezapominajki wylał roztopioną stal.(...)
   W obszernej hali dudniło, brzmiało i klaskało, jak na sali koncertowej podczas V symfonii Bacha. Młoty uderzały w kotły, a kotły w trąbki Eustachego tworząc razem jakąś dziką sarabandę najczystszych tonów. Jak węże syczały wentylatory. Jasiek skoczył na podwyższenie i rozpoczął komendę:
- Zatrzymać, powoli popuszczać, powoli, w imię Postępu!
   Dźwig z wypełnioną po brzegi wanną, z której buchały płomienie żółte, zielone, czerwone i tęczowe, zaczyna spływać pomału. Jeden niebaczny ruch, jedno nieopatrzne słowo, a ognista ciecz może się wylać i spalić wszystko dookoła nie wyłączając ludzi. Nagle - co to?  (...) Wanna przechyla się złowieszczo na bok (...) Wszyscy mężczyźni potracili głowy z wyjątkiem niej!
   Bohaterskim ruchem rzuca się na wannę - jak lwica na swoje młode - i jednym wprawnym pociągnięciem przywraca równowagę. (...)
- A czy wiecie - wtrącił wesoło Jasiek Miętus - że wy mogliście być pierwsi spaleni żywcem, gdyby się było nie udało?...
- Co tam życie wobec odlewu - odparła z prostotą.
   Gdy to wyrzekła, Jasiek poczuł, że ona i on i że na całe życie...
- No, teraz dość zabawy i gadaniny - idźcie zobaczyć, koleżanko, czy odlew wystygł i czy go można wydobyć z formy - rzekła, a te słowa zabrzmiały dla niej jak pocałunek, jak miłosne wyznanie..."

Nie znalazłam konkretnej daty powstania tego tekstu. Ja mam go w wydaniu zbiorku "Moja wojna trzydziestoletnia" z 1975 roku, ale widziałam daty wydania z 1954. Tylko nie wiem, czy ta nowelka w tym pierwszym również się znajduje.

2 komentarze:

  1. Film też oglądałam kilkakrotnie i śpiewałam piosenki z niego.
    Wspomnienia, wspomnienia.
    My dzisiaj patrzymy krytycznie, śmiejemy się z absurdów tamtych czasów, ale oni w nich żyli i odbudowywali kraj w trudzie i biedzie.
    Mój ojciec, który już nie żyje i Twój. I tylu innych.

    Dobrej niedzieli Elu.

    OdpowiedzUsuń