wtorek, 6 maja 2014

Odbrązowienie pomnika


Tak mogę nazwać swój stan świadomości po przeczytaniu książki Rafała Podrazy.
Nie jest to typowa książka biograficzna, stworzona tekstem autora.
To zbiór wypowiedzi osób, które osobiście znały Magdalenę Samozwaniec.

Kilkadziesiąt fragmentów, w niektórych przypadkach z irytująco powygryzanymi częściami, co daje wrażenie sieczki wrzuconej do jednego worka. Dlaczego autor zbioru uznał akurat te części za niepotrzebne, zbędne? Nie wiadomo. W przypadku takich wspomnień wolałabym jednak czytać całość wypowiedzi - to akurat tutaj jest ważne.
Nie wiem, co autor opracowania wyrzucił, nie lubię, jak ktoś decyduje za czytelnika, czy ma coś czytać, czy nie.

Jak pisałam w tym poście mam teraz pewien mętlik w głowie, bo tak naprawdę już nie wiem, komu wierzyć... w co wierzyć?... I to nie chodzi o różne postrzeganie samej osoby pisarki, różne subiektywne oceny, ale przede wszystkim o interpretację faktów lub ich podważanie.
Spotykamy się z dwiema wersjami tego samego - co uznać za prawdę?
"Była piękna... - była brzydką kobietą...
elegancka dama... - krzykliwy makijaż...
nie kochała córki, nie zajmowała się nią ... - kochała córkę, chciała się z nią porozumieć...
była hazardzistką i wyprzedawała biżuterię matki i pamiątki po Kossakach... - nieprawda, starała się te pamiątki ocalić i skupowała je...
była tchórzem w czasie wojny... - była odważna...
odbiła sympatię córce... - spotkali się i zakochali"
itd itd itd


Podsumowując - tyle prawd, ile osób. Tylko jak się one mają do rzeczywistości?

Przez wiele lat znałam tylko i wyłącznie obraz rodziny Kossaków i młodej Magdaleny do momentu wybuchu II wojny światowej w jedynej wersji - oczywiście z powieści "Maria i Magdalena". Nie było żadnych innych źródeł, które dawałyby bardziej obiektywne informacje o ich losach powojennych - oczywiście bez rodziców, bo oboje już nie żyli. Ja przynajmniej takich źródeł nie miałam.
Dopiero po zmianach 1989 roku.  wraz z rozwojem technicznych zabawek XXI wieku docierają do mnie wiadomości na różnym poziomie - od plotkarskich rodem z magla do poważniejszych wydawnictw książkowych.
Tu link do artykułu (ale w tabloidzie, więc nie daję wiary), tam link do audycji radiowej. Wreszcie pamiętniki samej Lilki, która zabroniła ich wydania.
I zebrane w tej książce wspomnienia - w większości (tak mi się przynajmniej wydaje, nie liczyłam specjalnie),  dotyczą czasów powojennych. A więc mówią o kobiecie, która ma już pierwszą i kolejną młodość za sobą, czego jak widać z jej zachowania nie zauważyła lub nie chciała zauważyć.
Tu dochodzę do momentu odbrązowienia tego pomnika, przez lata kojarzącego mi się z osobą Magdaleny Samozwaniec. Odkładając na bok zaspokojoną ciekawość co do Jej  powojennych losów oraz losów innych członków rodziny, czuję duży niesmak i pewien żal za utraconym idealnym obrazem.
Niesmak związany z tym, że jednak nie wykazała klasy łapiąc na męża dużo młodszego mężczyznę. Czyżby była tak zakochana... w sobie samej, że nie przewidziała przyszłości? Niesmak, że tak się literacko rozmieniała na drobne w pogoni za kasą. Niesmak, bo ja nie uznaję zadzierania nosa z powodu samego pochodzenia z rodziny Kossaków, traktowania ludzi w mało kulturalny sposób (jakaś dziwna metoda odchamiania społeczeństwa), bo przecież  JA jestem prawdziwą damą.- co jedno drugiemu zaprzecza w praktyce. Niesmak, gdy wspomnienia tworzą obraz mocno starszej pani mizdrzącej się w przedwojennym stylu "taka mala".

To nie do końca jest tak, że uwzięłam się i wydłubałam z tekstu tylko negatywne opinie, żeby coś udowodnić.
Oczywiście, że są także pozytywne, miłe wspomnienia, ale jak zawsze złe zapamiętuje się bardziej.
Na pewno po tej lekturze już na zawsze zmieniły się pewne obrazy - osób i sytuacji.
Celowo nie czytałam wcześniej innych opinii o tej książce. Teraz zajrzałam i cóż widzę? - że jakoś szczególnie mocno mnie to obeszło. Ludzie piszą z zachwytami o książce, dostrzegają oczywiście różnorodność wypowiedzi, że nie jest to laurka "ku czci"... a ja tu tak krytycznie... no cóż, upadki ideałów są bolesne.

Myśląc o bohaterce tych wspomnień przede wszystkim jako o kobiecie, widzę bardzo zakompleksioną osobę, którą całe życie przytłaczała wielkość innych rodzinnych talentów. Przecież nawet sprawa jej oficjalnego debiutu do dziś ciągnie za sobą falę plotek i domysłów. Miała dar dowcipnej wypowiedzi, więc poszła w tę stronę.
We wspomnieniach powtarza się opinia, że o wiele barwniej potrafiła opowiadać "na żywo" niż pisać.
A po wojnie, gdy straciła swój najbliższy rodzinny krąg, pozostała niezmiernie samotna. W dodatku zmuszona do życia w warunkach obcego jej wychowaniu ustroju politycznego. I tu może tkwi przyczyna przyjęcia takiej a nie innej postawy... może to, co wywołało taką moją reakcję to tylko maska?

Przy okazji jeszcze słów kilka o wrażeniach po lekturze z czytnika.
Ta książka to pierwsza moja lektura elektroniczna. I niezbyt fortunnie wybrana, jak się okazało.
W takim formacie trudno się ogląda zdjęcia, nie mówiąc już o doczytaniu szczegółów na kopiach ręcznie pisanych listów. W przyszłości raczej będę tylko czytać w tej formie powieści - przewiduję, że bez obrazków. Chyba, że będą mocno nieprzyzwoite, wtedy ochoczo sobie powiększę.
Ta pierwsza lektura obfitowała w pokonywanie technicznych pułapek, ale jakoś się udało.
Tak jak przewidywałam, nie stanie się czytnik moim ulubionym narzędziem (nie spędzam dużo czasu w codziennych podróżach środkami lokomocji), ale przyda się czasami...

2 komentarze:

  1. Przyznam, że ja czytałam tylko Marię i Magdalenę i to niezwykle dawno temu. I można rzec, że nie znam Samozwaniec w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam kilka książek u siebie, czytałam też dawno temu powieść "Krystyna i chłopy", ale zupełnie nie pamiętam treści. Tak więc w pewnym stopniu znam ten dorobek literacki.

      Usuń