wtorek, 13 maja 2014

"Verte"- czyli z cyklu "nie wiem, co poeta miał na myśli"

A dokładniej co autorka powieści - Helena Mniszkówna, miała na myśli.
Obawiam się,  że podczas procesu twórczego raczej mało, skoro sama w liście do Kornela Makuszyńskiego pisała: „Mam w sercu ten nieszczęsny nerw bazgrania” 
Wspomniałam w poprzednim poście, dotyczącym parodii "Trędowatej", o swoim prawie zerowym kontakcie z powieściami Mniszkówny. Nie szukałam ich nigdy, więc nawet nie wiedziałam o tym, że zostały one w PRL-u objęte zapisem cenzury i podlegały wycofaniu z bibliotek.

Jednak, gdy w 1989 roku - na początku nowej epoki wydawniczej,  zobaczyłam nagle na wystawie księgarni książkę z jej nazwiskiem, byłam tym faktem tak zaskoczona, że weszłam i natychmiast kupiłam. Chciałam powieść przeczytać, żeby mieć bezpośrednią możliwość oceny pisarstwa Mniszkówny. Nie uznaję krytykowania, ani zachwalania, jeśli coś znamy tylko z przekazów pośrednich.

Przed lekturą nie zaglądałam do notki od wydawcy - tak robię najczęściej. Po pierwsze, żeby wydawca nie psuł mi przyjemności czytania swoim zbyt szczegółowym streszczeniem. Po drugie, żeby nie przeżyć rozczarowania w przy przypadku, gdy notka od wydawcy nijak się ma do fabuły. A tak też się zdarza, szczególnie w ostatnich latach pogoni za sukcesem kasowym.

Przeczytałam to rozwlekłe powieścidło, chociaż z trudem dobrnęłam do końca i nadal nie wiedziałam, dlaczego autorka dała taki tytuł. Zajrzałam więc na okładkę:
"Verte (1919/1920) to powieść o fatum, które prześladuje bohaterkę, a które w chwilach hossy każe jej przewrócić szczęśliwą kartę i odwrotną jej stronę zapisać czarno. Stąd tytuł"

Mhm... dla mnie to zbyt daleko posunięte rozumowanie.
Może łatwiej byłoby mi dostrzec takie odniesienia, gdyby tekst był łatwiejszy do przeczytania.
Nie.. nie jest to zbyt trudne w sensie konstrukcji, czy użytego słownictwa.
To jest po prostu słowne morze... swego rodzaju słowotok, który zalewa czytelnika. Powieść liczy 380 stron klasycznego formatu książkowego. Z tego dałoby się spokojnie wycisnąć jedną trzecią, z pożytkiem dla nerwów potencjalnego odbiorcy.

Według wydawcy powieść ta do roku 1927, czyli w ciągu siedmiu lat, osiągnęła 5 wydań. To bardzo dużo, jak na przedwojenne realia i tym samym potwierdza popularność autorki. Co w takim razie podobało się wtedy, a czego może nie dostrzegam dziś? Chyba jest to zupełnie inny rodzaj odbioru - teraz czytamy bardzo szybko i chcemy mieć do czytania odpowiedni tekst, bo mamy jeszcze do dyspozycji niezwykle rozwinięte inne media, takie jak radio i film (wtedy już obecne, choć nie dla wszystkich) oraz wynalazki nieznane w czasach Mniszkówny (telewizja, a przede wszystkim internet).
Dzisiejsza czytelniczka nie ma czasu na delektowanie się wielostronicowymi wynurzeniami bohaterki w sytuacji, gdy ma za sobą dzień pracy zawodowej, gospodarstwo domowe bez służby i bogaty pakiet rozrywki intelektualnej do dyspozycji na wyciągnięcie ręki. A jeszcze gorzej jest, gdy te wynurzenia napisane są tak dziwnym językiem.

Wybrałam zdjęcie jako formę cytatu, bo naprawdę szkoda mi czasu na przepisywanie takich dużych fragmentów.

A jest to fragment stanowiący całość, jedną myśl, podobnie jak wszystkie inne w tej powieści -  ciągnącą się w nieskończoność.
Wybór jest przypadkowy, nie ma szczególnego znaczenia, bo cała powieść jest właśnie tak przegadana nie do wytrzymania.(po naciśnięciu na zdjęcie tekst się powiększy)





Być może inny czytelnik dostrzeże głębię psychologiczną lub jakieś inne wartości pisarskie. Ja tego nie znajduję.
Czytam i męczę się w gąszczu afektowanych opisów, grafomaństwa do potęgi. Czytając czujemy się spychani przez autorkę do poziomu umysłowego przedwojennych służących (bez obrazy dla tej grupy społecznej). Narracja jest tak subiektywna, że nie mamy szans na własne oceny i wyrobienie zdania o postaciach pojawiających się w akcji. Mniszkówna odrabia to za nas, wprowadzając bohatera lub bohaterkę z przyklejoną już etykietką dotyczącą jej osobowości.
Subiektywizm, o którym mówię jest obecny stale - przejawia się w snobistycznych zachwytach nad wszystkim co zagraniczne. A słowo "rasowy" to najwyższy stopień uznania i najcenniejsza zaleta - tylko połączenie "rasowego" z "angielskim" wybija się jeszcze wyżej.

Akcja powieści?..  jest...
Jak się nam uda wydłubać kolejne wydarzenia z zalewu opisów i wewnętrznych rozterek głównej bohaterki, musimy jeszcze oczyścić je z pustosłowia rozmów poszczególnych postaci między sobą, które dodatkowo zamulają akcję.

Główna bohaterka - Elża Gorska, z domu Burbianka, pojawia się w jednym z majątków rodziny Burbów.
Przyjeżdża "ze świata" i za tym dalekim światem tęskni, chociaż uciekła od niego broniąc się przed uczuciem do pewnego rasowego (oczywiście) Anglika. Tu na Wołyniu męczy się biedna w warunkach zaściankowości, co nie przeszkadza jej rozkochać w sobie prawego i uczciwego kuzyna, Tomka. A także drażnić swoim wielkoświatowym szykiem i erudycją kobiecych rywalek i męskich adoratorów.

Przeglądając powieść teraz po latach zwróciłam specjalną uwagę na tło społeczno-historyczne - biorąc pod uwagę czas jej powstania. Owszem, jest trochę opisów  i odniesień do miejscowego ludu, ale giną w całości, która jest z założenia ckliwym romansem. A chyba ta warstwa powieści jest dla nas dziś bardziej wartościowa jako zapis realiów.

Początkowo miałam zamiar przypisać do tego posta etykietę "nie polecam", jednak po namyśle tego nie zrobię.
Warto chociaż raz przeczytać ten utwór, ale podchodząc do lektury z odpowiednim nastawieniem. Przenosi nas bowiem zarówno w świat minionych bezpowrotnie czasów polskich Kresów, jak i archaicznego pisarstwa dla pewnego rodzaju czytelnika, którego świat również przeminął.

2 komentarze:

  1. Poza "Trędowatą" nie znam innej książki Mniszkównej. Ale Elu nie ma się co dziwić. Miała kobieta "w sercu ten nieszczęsny nerw bazgrania” i bazgrała. Pisała na miarę swoich czasów i jak to dzisiaj inteligenci ładnie wyrażają do targetu / co za słowo!/ a tym targetem były młode dziewczęta, które lubiły czytać o miłości, wyższych sferach itp. Dzisiaj one nie są strawne, chociaż u nas wydaje się książki np. amerykańskie pisane takim językiem, że aż żołądkiem rusza od lukru/ zdarzyło mi się taką jedną przeczytać/. A poza tym i dzisiaj mnóstwo właśnie pań pisze do podobnego znów użyję tego nielubianego przez siebie słowa, targetu co Mniszkówna kiedyś.

    Gdybym miała więcej czasu to może bym się jeszcze skusiła na którąś z jej książek, bo nie miałam pojęcia, że ona ich trochę jednak napisała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że było zapotrzebowanie, więc produkowała. Dzisiaj także mamy podobny nurt, zgadzam się z Tobą.
      Tak jak napisałam w poście - wszystko rozbija się o ten straszny styl i język (krótkich cytatów byłoby mnóstwo). Fabuła jest nawet nie najgorsza, w ramach romansowego gatunku. Są również wątki związane z I wojną światową i losem polskiego ziemiaństwa na Wołyniu. Ale nie dodaję tej powieści do projektu "Rok 1914", bo są za bardzo przytłoczone motywami miłosnymi.

      Ja również z braku czasu nie będę szukać kolejnych książek do przeczytania, chociaż byłabym ciekawa "Gehenny" - ze względu na przedwojenna ekranizację.

      Usuń