czwartek, 29 maja 2014

"Ja, Don Giovanni" (2009)

Połączenie pięknych zdjęć ze znaną muzyką klasyczną daje najczęściej dobry efekt.
Ogląda się i słucha z przyjemnością.


"Wenecja, rok 1763. Pisarz Lorenzo da Ponte prowadzi rozpustne życie. Kiedyś był księdzem, ale liczne skandale i romanse sprawiły, że został wydalony do Wiednia. Wspierany przez przyjaciela i mentora, Giacomo Casanovę, zostaje przedstawiony ulubionemu kompozytorowi cesarza - Salieriemu i nowoprzybyłemu na dwór Wolfgangowi Amadeuszowi Mozartowi. Próbując zaszkodzić karierze Mozarta, Salieri przekonuje cesarza Józefa II, by ten zatrudnił nieznanego libertyna, jako autora libretta do "Wesela Figara". Stanie się jednak inaczej. Namiętny charakter da Ponte, który znów zakochał się do szaleństwa i jego sentymentalne spacery po Wiedniu posłużą mu także za inspirację do napisania genialnego libretta do jednego z najpiękniejszych i najmocniejszych dzieł Mozarta - "Don Giovanniego".

Lekkie czytadło retro

"Farsa panny Heni" - wydana po raz pierwszy w 1890 roku nowela , to naprawdę lekka opowiastka biorąc pod uwagę ciężar gatunkowy utworów Marii Rodziewiczówny.
Nawet pojawiające się problemy życiowe bohaterów są tutaj na dalszym planie, wspomniane krótko i pobieżnie.
Dominuje humor i wesoły ton, co może być zaskoczeniem dla miłośników twórczości pisarki. Szczególnie jeśli dotychczas zetknęli się tylko z poważnymi powieściami, a takie są one w większości.

Panna Henryka Dobrzyńska pragnie zrobić karierę artystyczną - oczywiście na scenach światowych. Jednak, aby zrealizować swoje marzenia musi uwolnić się od opieki stryja  w jedyny w tamtych czasach sposób, czyli wyjść za mąż. Zdobyć męża bez żadnych późniejszych zobowiązań. A nawet zgodzi się na rozwód, jeśli fikcyjny mąż będzie chciał założyć prawdziwą rodzinę. Dość szybko znajduje kandydata - to młody sekretarz redakcji, który jest przypadkowym słuchaczem rozmowy swojego redaktora z siostrzenicą. Za przysługę chce pieniędzy - 5000 rubli, nie tłumacząc się ze swoich pobudek. W ogóle to dość tajemnicza postać i miała panna Henia szczęście, że nie okazał się ten mąż jakimś rzezimieszkiem, oszustem, albo psychopatą.
Po ślubie państwo młodzi rozstają się... Henia robi wymarzoną karierę pod pseudonimem Harriet... mija kilka lat i nagle na scenie życia pojawia się mąż prosząc o rozwód. Tu następuje niemiła dla niego niespodzianka, bo "żona" się nie zgadza... mijają lata... role się odwracają - teraz Harriet chce rozwodu...  oczywiście nie do końca to prawda, bo jednak Henia prowadzi swoją własną grę...
Całość jest zupełnie niezłym materiałem na scenariusz dzisiejszej komedii romantycznej.

I chociaż to utwór napisany w wesołym stylu jednak ukazuje dzisiejszemu czytelnikowi sytuację kobiet w XIX wieku - brak wielu praw, zależność od mężczyzn, źródła budzącego się feminizmu.



środa, 28 maja 2014

"Enid" (2009)

Zaczęłam oglądać ten film przypadkowo - w wyniku częstego (jak to się zdarza) "skakania po kanałach".
Dopiero w trakcie emisji sprawdziłam tytuł i treść. W dalszym ciągu nic mi to nie mówiło, więc później zaczęłam szukać w internecie wiadomości o bohaterce tego filmu.
Świetna Helena Bonham Carter  w roli głównej.


"Film przedstawia prawdziwą historię Enid Blyton, słynnej pisarki bajek dla dzieci. Kariera kobiety zaczyna się, gdy wydawca - Hugh Pollock - odkrywa jej talent, a następnie zostaje jej mężem. Życie rodzinne nie układa się jednak najlepiej ze względu na egoistyczną i okrutną postawę pisarki. Po II wojnie światowej Enid jest już bardzo znana i uwielbiana przez dzieci czytające jej książki i zarazem nie znające jej prawdziwej natury." 
opis filmu i zdjęcie

poniedziałek, 26 maja 2014

"Serce matki" (1938)

Młoda nauczycielka - Maria, poznaje w górach mężczyznę, z którym szybko połączy ją silne uczucie.


Efektem krótkiego romansu jest ciąża, której pierwsza domyśla się Elżbieta - przyjaciółka ze szkolnych lat, obecnie lekarz i właścicielka nowoczesnej kliniki ginekologicznej. Maria chce powiedzieć ukochanemu, że będzie ojcem w momencie, gdy dowiaduje się o jego małżeństwie. Zachowuje swój sekret nawet w sytuacji spotkania we trójkę, gdy żoną ukochanego okazuje się właśnie Elżbieta.
Maria decyduje się oddać urodzoną córeczkę na wychowanie Elżbiecie, która sama nie może mieć dzieci. Chce zapewnić córeczce lepsze życie i uchronić od etykietki nieślubnego dziecka bez ojca. Nie orientuje się w nieczystych posunięciach Elżbiety, która nie dopuszcza męża do tajemnicy przyjaciółki.

Ten film porusza problemy istotne niezależnie od czasów - gorsze szanse życiowe dla dziecka  jakie może zapewnić samotna matka; wychowanie dziecka w niepełnej rodzinie, bez ojca; kwestię lojalności wobec oszukiwanej bądź co bądź żony, a przede wszystkim siłę miłości matki...
Atutem filmu jest swego rodzaju powściągliwość - zarówno kwestii aktorskich w scenariuszu, jak i gry odtwórców głównych ról. Tu nie ma współczesnego przegadania, wywalania kawy na ławę.
Niedomówienia, niedokończone zdania budują dalszą akcję, wpływają na dalsze wydarzenia. Przez to film nie stał się w żaden sposób anachronicznie śmieszny.
Co prawda kreacja aktorska Stanisławy Angel-Engelówny jak zawsze polega głównie na "grze oczami" (jak ja to już dawno nazwałam), ale lepiej używać oszczędnych środków wyrazu, niż miotać się bez sensu przed kamerą.

niedziela, 25 maja 2014

Niedziela z obrazem (2)

Jan Matejko "Jan Sobieski pod Wiedniem"
 

Znałam ten obraz właściwie tylko z tytułu i pobieżnego oglądania albumów malarskich.
Raczej nie będę miała okazji zobaczyć oryginał, który znajduje się w Muzeach Watykańskich.
Dlaczego dziś o nim piszę?
A to za sprawą wielkiego projektu hafciarskiego, dzięki któremu został wywołany z pamięci nie tylko sam obraz, ale polska historia. We wtorek - 20 maja odbył się wernisaż wystawy w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. O wersji haftowanej obrazu napisałam TU - na blogu, który jest kontynuacją poprzedniego (tamten był głównie robótkowy, z wielu powodów zmienił swój charakter). Podkreślam to, co napisałam o hafcie: "Ten obraz jest pięknie wykonany i nie ma co go porównywać z malarskim pierwowzorem według takich samych kryteriów. Można i należy go oceniać w kategoriach hafciarskich"

Udział w tym wernisażu dostarczył mi dużo nowych wiadomości zarówno historycznych, jak i dotyczących samego obrazu. Aspekt historyczny przypomniał mi także wydarzenie sprzed lat - moje własne rozczarowanie "wdzięcznością narodów", gdy w Wiedniu szukaliśmy śladów/pamiątek tamtego zwycięstwa. 


My z naszym polskim patriotyzmem, spodziewaliśmy się o wiele więcej. A to pamięć tego Polaka - Jerzego Franciszka Kulczyckiego jest większa... za sprawą kawy...

Na słowo "Sobieski" w Wiedniu reagują właśnie głównie kelnerzy. Pamiątek po naszym królu i po bitwie nie jest wiele. Tablica na Kahlenbergu, tablica na ścianie katedry św. Szczepana i zapomniany kamień węgielny pod budowę pomnika w jednym z parków. Pomnik nie powstał do dziś, a kamień nawet trudno odnaleźć. " -  źródło

sobota, 24 maja 2014

"Pół serio" (2001)

"Marzący o debiucie fabularnym scenarzysta Mateusz, reżyser Marek i operator Łukasz spotykają producenta Jana. Zarażeni jego początkowym entuzjazmem proponują mu pomysł na film - niezwykłą adaptację "Romea i Julii". Producent nie jest zachwycony. Chce kina z drapieżnym seksem - to się dobrze sprzedaje. Chłopcy rzucają się do pracy. Wkrótce scenariusz jest gotowy, ale producent myśli już o czymś innym. Seks jest przereklamowany - oznajmia i żąda metafizycznego dzieła w manierze Ingmara Bergmana. Za chwilę ma kolejny pomysł: marzy mu się "głęboka" wersja "Gwiezdnych wojen". Potem pojawiają się następne. Zdezorientowani twórcy próbują nadążyć za zachciankami producenta-wizjonera przygotowując kolejne projekty..." - źródło

Nie znałam tego filmu, nie słyszałam o nim w okresie premiery.
Teraz trafiłam przypadkiem w telewizji, zaczęłam oglądać, ale w połowie znudził mnie tak bardzo, że zakończyłam seans czym prędzej.
Jedyną ciekawostką było obejrzenie młodszych o 14 lat wersji znanych dziś dobrze aktorów.
Plakat filmu - beznadziejny... z powodu "zachęcających" zdań: "Komedia tylko dla inteligentnych", "Błyskotliwy i przezabawny film"... pozostawię bez komentarza...

poniedziałek, 19 maja 2014

Było... minęło... (14) - "Księżniczka" przeczytana

Wracam do powieści dla dziewcząt, którą odkryłam kilka dni temu - pisałam o niej TU
Nie mam możliwości sprawdzenia tej lektury u młodej czytelniczki, dla której była przeznaczona.
Sama oczywiście już inaczej ją odbieram, ale starałam się spojrzeć na powieść od tej strony.

Czyta się ją dobrze - akcja dość szybko wciąga, a język powieści nie jest tak archaiczny jak można było się spodziewać (sądząc po czasie powstania). O wiele bardziej pod tym względem zestarzał się w niektórych powieściach język i styl Marii Rodziewiczówny.

Nie ma tu również zbyt nachalnego pozytywistycznego pouczania i moralizowania. Owszem, główna bohaterka musi wysłuchiwać kolejnych "kazań" dotyczących jej nierozsądnego postępowania z pieniędzmi, jej wielkopańskich manier i lekceważącego stosunku do ludzi niższego stanu, a także wielu nauk nie tylko jak pracować i oszczędzać, ale także jak samodzielnie dbać o siebie i o porządek wokół siebie.
To tylko nauki podstawowe, a obok nich jeszcze gorsze i mało przyjemne zderzenia dotychczasowych poglądów i kierunku wychowania "księżniczki" jako "panny na wydaniu" z rzeczywistością.
To oczywiście powieść z morałem, ale mamy tu dodatkowo ciekawy zapis obyczajów i skutków niedostosowania się pewnej warstwy społecznej do nowych czasów i nowych warunków.

Helenka - wychowana w bogatym domu, panna myśląca kategoriami salonów, nagle dowiaduje się o ciemnej stronie życia związanej z finansami. Wychowana w cieplarnianych warunkach, nie ma pojęcia o prawdziwym życiu i gdy następuje jej pierwsze przebudzenie i pierwsza samodzielna decyzja o podjęciu pracy nawet w tym nie dałaby sobie rady. Tylko dzięki pomocy mądrego człowieka, który ją ukierunkowuje i u którego znajduje zatrudnienie, Helenkę nie spotka tragiczny los wielu kobiet. To była powieść przeznaczona dla panienek, więc autorka nie mogła pójść w tym kierunku, ale taką możliwość widzimy już na początku. Gdy niedoświadczona osóbka wyobraża sobie, że pojedzie do Warszawy i tam bez trudu znajdzie pracę. Zna przecież języki, umie malować... Tu na miejscu nie mogłaby podjąć pracy jako domowa nauczycielka, bo nie zniosłaby takiego wstydu w oczach środowiska.
Podjęcie pracy fizycznej nigdy nawet nie przyszłoby jej na myśl... jej, która wcześniej  nigdy sama się nie uczesała.

"Detektyw Murdoch" (2008)

To był pierwszy serial z nowości filmowych w klimatach retro, który odkryłam w telewizji. Nieco później trafiłam na Pannę Fisher. Właściwie to, co napisałam o "Zagadkach..." dotyczy również serialu z detektywem Murdochem. Prosta fabuła, spokojne tempo, urok dawnych czasów u progu XX wieku. Odnajduję w takich filmach to co najbardziej lubię - realia życia. Tu pokazane z wielka starannością o szczegóły.
Dodatkową atrakcją dla mnie jest miejsce akcji, czyli Kanada. Serial z panną Fisher to równie dalekie, bo australijskie rejony.
Przyznaję, że znam Kanadę tylko z dwóch źródeł literackich - twórczości Lucy Maud Montgomery oraz sagi rodzinnej Mazo de la Roche "Rodzina Whiteoaków". I tak się składa, że to właśnie tamta dawna, a nie współczesna Kanada pojawia się w filmie i w przeczytanych książkach.
Takie filmy lubię najbardziej...





"Bohaterem serialu jest żyjący w Kanadzie na początku ubiegłego stulecia William Murdoch (Yannick Bisson), detektyw stosujący niekonwencjonalne jak na owe czasy metody śledcze. Korzysta m.in. z analizy odcisków palców, konstruuje miejską kamerę, używa światła ultrafioletowego... Nowoczesne podejście Murdocha do pracy często irytuje jego przełożonego, inspektora Brackenreida (Thomas Craig), który waha się między podziwem dla bystrości detektywa, a nieufnością wobec stosowanych przez niego nowinek. Murdocha wspiera w pracy jego ukochana Julia Ogden (Helene Joy), pierwsza kobieta koroner w kanadyjskiej policji, oraz konstabl George Crabtree (Jonny Harris).

Pierwowzorem literackim serialu "Detektyw Murdoch" są powieści Maureen Jennings"

niedziela, 18 maja 2014

Niedziela z obrazem (1)

Lubię oglądać obrazy...
Oczywiście najczęściej są to reprodukcje, chociaż czasami oglądałam również oryginały w muzeach i galeriach.
W tym przypadku nie żałuję braku aparatu cyfrowego w czasach, gdy dużo podróżowaliśmy w trójkę (ja, córka, mąż). Wtedy i tak nie zrobiłabym dobrych zdjęć, nie mówiąc już o zakazie fotografowania w wielu miejscach.
Teraz to przeszłość, z różnych powodów, chociaż główny jest łatwy do odgadnięcia - brak finansów na podróże.

Sztuka malowania to jeden z wielu talentów, które mnie ominęły. Może dlatego tak chętnie oglądam obrazy wielu malarzy - reprezentantów różnych kierunków, chociaż nie ukrywam, że jednak sztuka nowoczesna to nie dla mnie.
Nie mam solidnej wiedzy, ani zrozumienia jej istoty, więc wolę oglądać to, co nie wymaga dodatkowego tłumaczenia.
Przeglądając ostatnio w sieci strony z malarstwem (szukałam obrazów z książką), powróciły wspomnienia i postanowiłam dać sobie tę odrobinę przyjemności. Stąd nowy cykl "Niedziela z obrazem", w którym będę przywoływać z pamięci obrazy szczególnie dla mnie ważne i lubiane. Nie będę pisać notek o obrazach, nie czuję się do tego przygotowana, a nie uznaję przepisywania cudzych treści "własnymi słowami".

Gdy teraz sięgam pamięcią do początków znów dostrzegam rolę mojego Taty w rozbudzeniu tego zainteresowania - podobnie jak w przypadku zamiłowania do książek. W domu zawsze było dużo reprodukcji, albumy o malarstwie, pocztówki, kalendarze. Nawet w pewnym okresie, zarażona filatelistyką, zbierałam znaczki z reprodukcjami malarstwa. Mam ten klaser do dziś...

I jest jeszcze jedna dziedzina, którą zawdzięczam Rodzicom - muzyka.
Właśnie w tym momencie muzyka z obrazem łączą się u mnie w jedno poprzez

obraz  Aleksandra Gierymskiego "W altanie"

Obraz jest własnością Muzeum Narodowego w Warszawie, a jego historię można przeczytać m.in. TU.
Z tej strony również pochodzi zdjęcie.

Reprodukcja tego obrazu ( bardzo dobrej jakości i dość duża, chociaż w  mniejszych wymiarach niż oryginał), wisi w moim rodzinnym domu.
W czasach, gdy ja w nim mieszkałam, przy tej ścianie stało pianino.
Przez jedenaście lat nauki patrzyłam codziennie na ten obraz , który miałam bezpośrednio przed sobą, ćwicząc gamy, pasaże, etiudy, sonatiny oraz wszelkie inne zadane lekcje muzyczne. Obraz nigdy mi się nie znudził... mogłam patrzeć na niego w nieskończoność...uciekając wzrokiem od nudnych ćwiczeń, często zapominając co mam dalej grać... wzrok przyciągały coraz to nowe szczegóły, a często wciągała mnie bez reszty akcja..
Tak właśnie - akcja, którą odczuwałam już jako dziecko, gdy puszczałam wodze fantazji "wyobrażając sobie"...

Na ścianie nic się nie zmieniło.. wiszą te same obrazy...tylko pianino przejechało do innego mieszkania...

piątek, 16 maja 2014

"Dziewczyna z indyjskim szmaragdem" (2014)

Dziś coś z aktualnego programu tv - mini serial "Das Mädchen mit dem indischen Smaragd"
Obejrzałam pierwszy odcinek z ciekawości, jakie będą Indie pokazane w niemieckim filmie, bo ta kinematografia  w mojej ocenie nie była nigdy zbyt przekonująca w filmach obyczajowych.

Przed świętami Bożego Narodzenia Annie Krüger odbiera telefon z Indii, że jej ojciec zaginął w tajemniczych okolicznościach. To pierwsze zaskoczenie, bo mężczyzna miał spędzać urlop w Hiszpanii. Annie leci do Indii - w samolocie poznaje bogatego Hindusa. Oczywiście na miejscu wszystko się komplikuje, bo dziewczyna w warunkach zupełnie innej kultury myśli i zachowuje się jak u siebie w Europie...

Zakończenie i wyjaśnienie zagadki wydaje się dość przewidywalne, biorąc pod uwagę rodzaj urody ciemnowłosej aktorki - absolutnie nie typowo niemieckiej.

czwartek, 15 maja 2014

Niespodziewana lektura z myszką

Zaglądam od czasu do czasu na portal lubimyczytać.pl - nie robię tej stronie żadnej szczególnej reklamy, bo link do niej można znaleźć na wielu blogach książkowych. Korzystam okazjonalnie, jeśli przypomni mi się w natłoku spraw, żeby tam zajrzeć.
Głównie do okienka "Kalendarium literackie"  - dowiedzieć się, kto ma dziś urodziny, czyja rocznica śmierci właśnie przypada na ten dzień. Czasami widzę daty związane z ludźmi, o których nigdy nie słyszałam (nie mam zamiaru się tego wstydzić nie jestem chodzącą encyklopedią). Dostrzegam w tym niewątpliwie rolę edukacyjną (niezależnie od wieku), przecież człowiek się uczy całe życie.

Z dzisiejszą datą związane są sławne nazwiska, między innymi 128 rocznica śmierci Emily Dickinson i 123 rocznica urodzin Michaiła Bułhakowa.

Ja skupiłam się nad polską datą - to 165 rocznica urodzin Zofii Urbanowskiej.

Jak widać z dniem urodzin przyniosła sobie imię, a żyła prawie 90 lat.
Nie wiedziałam nic o tej pisarce i nie da się ukryć, że idąc na łatwiznę sięgnęłam do źródeł wiki - TU
Na tej stronie znalazłam również link do utworów Zofii Urbanowskiej w zasobach Wolne lektury
Swoja drogą, jakie to niezwykłe, że siedząc sobie wygodnie przed tym dziwnym dla ludzi XIX wieku okienkiem, mogę w ciągu kilku minut zdobyć tak wiele informacji, a na dodatek wypukać wybraną książkę i czytać online...

Z dwóch dostępnych wybrałam oczywiście "Księżniczkę"... i wcale nie wstydzę się tego, że sięgam po staroświecką powieść dla dziewcząt.
Czytam różne wydawnictwa, nie ograniczam się tylko do współczesnych nowości. Gdy trafiam na nieznane mi dotąd książki  z młodzieżowego przedziału mogę jedynie żałować, że nie odnalazłam ich wtedy, gdy byłam ich potencjalną czytelniczką...

O tej powieści można przeczytać między innymi na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika" - recencja lilybeth jak zawsze zachęca do lektury.
Z tego wpisu zaczerpnęłam również zdjęcie okładki i też uważam, że jest ohydna.

Szukając informacji o wydaniach "Księżniczki" znalazłam jeszcze inne, z których najbardziej podoba mi się to z 1958 roku -  z okładką sygnowaną inicjałami Antoniego Uniechowskiego. Zresztą jego kreskę poznam zawsze, podpis nie jest potrzebny.



Własnej opinii jeszcze nie mam, bo teraz "Księżniczka" jest czytana...

Zofia Urbanowska "Księżniczka" - 1886.

wtorek, 13 maja 2014

"Verte"- czyli z cyklu "nie wiem, co poeta miał na myśli"

A dokładniej co autorka powieści - Helena Mniszkówna, miała na myśli.
Obawiam się,  że podczas procesu twórczego raczej mało, skoro sama w liście do Kornela Makuszyńskiego pisała: „Mam w sercu ten nieszczęsny nerw bazgrania” 
Wspomniałam w poprzednim poście, dotyczącym parodii "Trędowatej", o swoim prawie zerowym kontakcie z powieściami Mniszkówny. Nie szukałam ich nigdy, więc nawet nie wiedziałam o tym, że zostały one w PRL-u objęte zapisem cenzury i podlegały wycofaniu z bibliotek.

Jednak, gdy w 1989 roku - na początku nowej epoki wydawniczej,  zobaczyłam nagle na wystawie księgarni książkę z jej nazwiskiem, byłam tym faktem tak zaskoczona, że weszłam i natychmiast kupiłam. Chciałam powieść przeczytać, żeby mieć bezpośrednią możliwość oceny pisarstwa Mniszkówny. Nie uznaję krytykowania, ani zachwalania, jeśli coś znamy tylko z przekazów pośrednich.

Przed lekturą nie zaglądałam do notki od wydawcy - tak robię najczęściej. Po pierwsze, żeby wydawca nie psuł mi przyjemności czytania swoim zbyt szczegółowym streszczeniem. Po drugie, żeby nie przeżyć rozczarowania w przy przypadku, gdy notka od wydawcy nijak się ma do fabuły. A tak też się zdarza, szczególnie w ostatnich latach pogoni za sukcesem kasowym.

Przeczytałam to rozwlekłe powieścidło, chociaż z trudem dobrnęłam do końca i nadal nie wiedziałam, dlaczego autorka dała taki tytuł. Zajrzałam więc na okładkę:
"Verte (1919/1920) to powieść o fatum, które prześladuje bohaterkę, a które w chwilach hossy każe jej przewrócić szczęśliwą kartę i odwrotną jej stronę zapisać czarno. Stąd tytuł"

Mhm... dla mnie to zbyt daleko posunięte rozumowanie.
Może łatwiej byłoby mi dostrzec takie odniesienia, gdyby tekst był łatwiejszy do przeczytania.
Nie.. nie jest to zbyt trudne w sensie konstrukcji, czy użytego słownictwa.
To jest po prostu słowne morze... swego rodzaju słowotok, który zalewa czytelnika. Powieść liczy 380 stron klasycznego formatu książkowego. Z tego dałoby się spokojnie wycisnąć jedną trzecią, z pożytkiem dla nerwów potencjalnego odbiorcy.

Według wydawcy powieść ta do roku 1927, czyli w ciągu siedmiu lat, osiągnęła 5 wydań. To bardzo dużo, jak na przedwojenne realia i tym samym potwierdza popularność autorki. Co w takim razie podobało się wtedy, a czego może nie dostrzegam dziś? Chyba jest to zupełnie inny rodzaj odbioru - teraz czytamy bardzo szybko i chcemy mieć do czytania odpowiedni tekst, bo mamy jeszcze do dyspozycji niezwykle rozwinięte inne media, takie jak radio i film (wtedy już obecne, choć nie dla wszystkich) oraz wynalazki nieznane w czasach Mniszkówny (telewizja, a przede wszystkim internet).
Dzisiejsza czytelniczka nie ma czasu na delektowanie się wielostronicowymi wynurzeniami bohaterki w sytuacji, gdy ma za sobą dzień pracy zawodowej, gospodarstwo domowe bez służby i bogaty pakiet rozrywki intelektualnej do dyspozycji na wyciągnięcie ręki. A jeszcze gorzej jest, gdy te wynurzenia napisane są tak dziwnym językiem.

Wybrałam zdjęcie jako formę cytatu, bo naprawdę szkoda mi czasu na przepisywanie takich dużych fragmentów.

A jest to fragment stanowiący całość, jedną myśl, podobnie jak wszystkie inne w tej powieści -  ciągnącą się w nieskończoność.
Wybór jest przypadkowy, nie ma szczególnego znaczenia, bo cała powieść jest właśnie tak przegadana nie do wytrzymania.(po naciśnięciu na zdjęcie tekst się powiększy)





Być może inny czytelnik dostrzeże głębię psychologiczną lub jakieś inne wartości pisarskie. Ja tego nie znajduję.
Czytam i męczę się w gąszczu afektowanych opisów, grafomaństwa do potęgi. Czytając czujemy się spychani przez autorkę do poziomu umysłowego przedwojennych służących (bez obrazy dla tej grupy społecznej). Narracja jest tak subiektywna, że nie mamy szans na własne oceny i wyrobienie zdania o postaciach pojawiających się w akcji. Mniszkówna odrabia to za nas, wprowadzając bohatera lub bohaterkę z przyklejoną już etykietką dotyczącą jej osobowości.
Subiektywizm, o którym mówię jest obecny stale - przejawia się w snobistycznych zachwytach nad wszystkim co zagraniczne. A słowo "rasowy" to najwyższy stopień uznania i najcenniejsza zaleta - tylko połączenie "rasowego" z "angielskim" wybija się jeszcze wyżej.

Akcja powieści?..  jest...
Jak się nam uda wydłubać kolejne wydarzenia z zalewu opisów i wewnętrznych rozterek głównej bohaterki, musimy jeszcze oczyścić je z pustosłowia rozmów poszczególnych postaci między sobą, które dodatkowo zamulają akcję.

Główna bohaterka - Elża Gorska, z domu Burbianka, pojawia się w jednym z majątków rodziny Burbów.
Przyjeżdża "ze świata" i za tym dalekim światem tęskni, chociaż uciekła od niego broniąc się przed uczuciem do pewnego rasowego (oczywiście) Anglika. Tu na Wołyniu męczy się biedna w warunkach zaściankowości, co nie przeszkadza jej rozkochać w sobie prawego i uczciwego kuzyna, Tomka. A także drażnić swoim wielkoświatowym szykiem i erudycją kobiecych rywalek i męskich adoratorów.

Przeglądając powieść teraz po latach zwróciłam specjalną uwagę na tło społeczno-historyczne - biorąc pod uwagę czas jej powstania. Owszem, jest trochę opisów  i odniesień do miejscowego ludu, ale giną w całości, która jest z założenia ckliwym romansem. A chyba ta warstwa powieści jest dla nas dziś bardziej wartościowa jako zapis realiów.

Początkowo miałam zamiar przypisać do tego posta etykietę "nie polecam", jednak po namyśle tego nie zrobię.
Warto chociaż raz przeczytać ten utwór, ale podchodząc do lektury z odpowiednim nastawieniem. Przenosi nas bowiem zarówno w świat minionych bezpowrotnie czasów polskich Kresów, jak i archaicznego pisarstwa dla pewnego rodzaju czytelnika, którego świat również przeminął.

niedziela, 11 maja 2014

"Na ustach grzechu"

W myśl przysłowia "do trzech razy sztuka" dziś ostatni post z tematyki samozwańczej i na razie przerwa.
Cofam się w historycznym czasie do początków, czyli literackiego debiutu Magdaleny - wówczas jeszcze nie Samozwaniec. Właśnie przy tej okazji narodził się także ów pseudonim.

"Na ustach grzechu", rok pierwszego wydania - 1922, to powieść mająca być satyryczną zemstą na polskim czytelniku masowym zachwycającym się grafomańskimi wypocinami domorosłych twórców, a właściwie twórczyń.
Dokładnie mówiąc to "Trędowata" w oparach czystego nonsensu.
Jak wspomniałam na swoim blogu filmowym (przy okazji adaptacji "Trędowatej") nie pamiętam treści tego dzieła. Oczywiście ogólne zarysy akcji są znane, ale ja przeczytałam powieść tak dawno, że nic nie pamiętam. Jeszcze w czasach szkolnych (podstawowych) dostałam na krótko egzemplarz tragicznie wręcz zaczytany i przekazywany jak relikwia z rąk do rąk. Słyszałam, że krążyły także  w społeczeństwie egzemplarze książki ręcznie przepisywane! To dopiero była determinacja...
Natomiast słyszałam rodzinną opowieść (podobno autentyczne zdarzenie), o tym, jak pewnego dnia służąca (nazwijmy ją umownie Marysią), przebywając w dalszych rejonach mieszkania (kuchnia, albo służbówka) nagle wybuchnęła wielkim płaczem, zawodząc przy tym:
- Umarła... umarła..
- Kto, Marysiu?!
- Stefciaaa!!!
Powyższa scenka potwierdza powszechną przedwojenną opinię, że była to literatura dla kucharek i służących

Powieść "Na ustach grzechu" oficjalnie figuruje od początku jako dzieło jednego autora.
Krążą jednak różne wersje dotyczące powstawania tekstu i nawet sama M.S. wspomina o tym (chociaż dość niejasno) w "Marii i Magdalenie". Mówi się, że właściwymi autorami byli Lilka i jej ówczesny mąż - Pawlikowski, że zasługi Magdaleny to jedynie pomysły, że doszło do kłótni o wydanie książki z nazwiskami trzech autorów, ale Pawlikowscy odpuścili dla świętego spokoju... itd. Ponieważ "mówi się" różnie, więc nie ma sensu dalej drążyć.

Nie będę streszczać utworu, bo fabuła jest tutaj najmniej istotna. Najważniejszy jest język - pełen dowcipu, humoru, aluzji, nonsensu właśnie - na najwyższym poziomie... I nawet nie ma sensu opowiadać treści, bo tego się nie da opowiedzieć. Trzeba po prostu przeczytać całość - można się naprawdę pośmiać....

"Chciała podciąć bułanka szpicrutą i ruszyć z miejsca szalonym kurzgalopem, ale hrabia Zenon chwycił konia mocno przy pysku za cugle  i wżarłszy się w nią szponami swych kuszących, czarnych źrenic, rzekł ze stłumionym zręcznie skowytem:
- Nie odjedziesz, nie, nie puszczę cię jedyna, o, choćbym miał zginąć trupem i cały paść martwy  pod twe kolana. - Ja cię pragnę i pożądam!- krzyczał martwo, po czym puścił nagle cugle i zdarł ją jakimś nieludzkim wysiłkiem z końskiego siodła. Ale ona wyrwała mu się obcesem z ramion i ruchem młodocianego kota śmignęła mu przez twarz, ze szczególnie drwiącym chichotem, ostrą jak stal szpicrutą".

"- Usta mi zaschły, jedyna - poprosił - patrząc w oczy z ufnością...
   Steńka nie broniła się, przymknęła z lekka powieki i nagle poczuła, jak wielki żar i ulga  wpłynęły jej do serca, a na ustach jej niby dziki tygrys na piaszczystych pustyniach Sahary, usiadły palące się wargi Zenona.
   - Kocham!... szaleję!...mawiał z cicha w przerwach pocałunków. - Ty moja, moja na wieki.
   I oboje wsparci tak o siebie, bytowali jak zakochana para, jak królewskie państwo z długiej bajki Andersena, wielkiego bajarza skandynawskiego.
   Różne uczucia miotały duszą dziewczęcia. Ból, męka, rozkosz i nadzieja. Tak, dziwnym jej się to stało, że ona, niezłomna, zimna na oko, niby królewna, ona, którą żaden żyjący mężczyzna  do ręki nie wziął, teraz bez wahania, bez oporu, oddała usta swe dziewczęce jego straszliwym całunkom.
   Tak! - ale to się powtórzyć więcej nie powinno. Jakżeby śmiała stanąć później, oko w oko, czoło w czoło, przed matuchną. Na samą myśl o tym można dostać raka."

"- Jak widzę, hrabicz Zenon nową ofiarę porwał w swe szpony. Ale strzeż się, owieczko z białego dworku, byś się nie stała tym, czym ja teraz jestem. - Zostaw to niewinne dziewczę, Zenonie. Oto ja, hrabina Wampyr, jakeś mnie nazwał w chwilach naszych upojeń, ja cię zaklinam wyrzuć ją, i kochaj mnie, kochaj, całuj mnie, ach całuj! - Ja kocham cię i nienawidzę - pragnę i potępiam!
- Mówiąc to dzikim półtonem, padła mu do nóg, wijąc się wkoło nich w jakichś rytmicznych podrygach i prysiudach zawrotnych, z których znać było, że pradziad jej był atamanem kozackim i że w niej płynie dzika nieokiełznana krew stepowych dzieci. Z oczu jej, zielonych jak Veronez, padały łzy jedna  za drugą, kałużąc się na ziemi."

"- Panna Steńka zemdlała! Ratuj w imię Boże! - krzyczał Kotwicz, po czym przedłożył aranżerowi konieczność ratunkowego mazura w stronę cieplarni. Sam zaś przez otwarty wirydarz wbiegł do chłodnawej apoteozy pokoju nocy, gdzie jak wściekły pies rzucił się głową naprzód w lustrzana taflę jeziora".

Przy okazji lektury nieodparcie nasuwa się myśl, że autorka/autorzy tego świetnego tekstu musieli także znaleźć się w gronie licznych czytelników literatury romansowej dla kucharek. Inaczej nie powstałaby ta parodia stylu i  słownictwa z kręgu "Trędowatej". Jaki był ten styl? Tego tym bardziej się nie da opowiedzieć własnymi słowami, trzeba przeczytać kilka oryginalnych fragmentów i jako suplement pojawi się jeszcze jeden post - tym razem poświęcony samej Mniszkównie przy okazji jednej z powieści.

Mam dwa wydania "Na ustach grzechu". Jedno stanowi część zbioru "Moja wojna trzydziestoletnia", drugie znalazłam niedawno w jednej ze starych szaf.
Ten znaleziony egzemplarz to wydanie z 1957 roku, z rysunkami Gwidona Miklaszewskiego.
Jednak dużym zaskoczeniem tego konkretnego wydania był dla mnie wstęp autorstwa Jerzego Waldorffa "Kilka słów do wnuków" (chyba chodziło o wnuków czytelniczych, nie rodzinnych). Ów wstęp wyjaśnia powojennemu czytelnikowi (czyli jak to oceniali niektórzy w większości inteligentowi z awansu) - czym było polskie ziemiaństwo. I skąd wzięło się zapotrzebowanie na ten rodzaj literatury.
"Dosyć skomplikowana i różnorodna całość stosunków panujących wśród naszego ziemiaństwa interesować mogła polityków, socjologów, w najlepszym razie - ogół inteligencji polskiej. Półinteligencja wybierała te tylko elementy, które odpowiadały jej strzelistym tęsknotom. Więc przepych wiejskich pałaców, pańskie maniery arystokracji, oszałamiające kawalkady na arabczykach, chłopów stworzonych przez dobrego Pana Boga tylko po to, żeby miał kto w pas kłaniać się karmazynom. Wreszcie: pieniądze, pieniądze, pieniądze umożliwiające każdej chwili jazdę nad Morze Śródziemne, oczywiście "lazurowe", lub w Alpy, oczywiście "sine", albo do Monte Carlo, gdzie, co słychać? - oczywiście brzęk złota."

Waldorff przy okazji podważa opinię Magdaleny Samozwaniec, że dzieje Stefci Rudeckiej mają cechy  autobiografii Heleny Mniszek.
"Sadząc jednak po "Tredowatej", Mniszkówna nie mogła być nauczycielką, czyli osobą przebywającą w towarzystwie chlebodawców. Raczej pracować musiała w charakterze dziewczęcia kredensowego, gdzieś za kuchnią, dokąd jedynie docierały znoszone przez lokajów wieści o tym, jak państwo żyją, bawią się i co mówią."

Ciekawa teza, prawda?
Współczesne źródła podają inną wersję młodzieńczych kontaktów Mniszkówny z arystokracją - np . TU
Magdalena Samozwaniec, "Na ustach grzechu", Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1957


"ABC miłości" (1935)


"Wincenty Poziomka  założył szkołę filmowo-rewiową, w której prowadzi zajęcia z baletu, mimiki i plastyki. Nie cieszy się ona jednak wielkim powodzeniem. Pewnego dnia Wincenty otrzymuje pismo z kancelarii adwokackiej informujące, że jego wuj, Adam Poziomka, pozostawił mu w spadku połowę sklepu spożywczego oraz mieszkanie. Warunkiem przejęcia spadku jest zobowiązanie się do opieki nad  wnuczką wuja, Basią Poziomkówną, właścicielką drugiej połowy spadku, aż do jej pełnoletności. Na miejscu Wincenty zastaje sekretarkę adwokata Konstantego Prztyckiego, Helenkę, w której zakochuje się z wzajemnością. Gdy Helenka traci posadę w kancelarii adwokackiej, Wincenty proponuje jej pracę w sklepie.I zaczyna się korowód perypetii..." - cytat ze strony Filmweb


"ABC miłości" to lekka komedia z muzycznymi wstawkami, w której wraz z gwiazdami kina i kabaretu powracają przedwojenne klimaty. Ogląda się z przyjemnością, po tylu latach film nie stał się jakoś szczególnie anachroniczny, bo nie ma w nim szczególnie prymitywnych chwytów komediowych na jarmarcznym poziomie.

Rola Adolfa Dymszy jest nieco inna od tych, z którymi aktor jest najbardziej kojarzony. Nie jest tutaj denerwującym cwaniaczkiem, ale sympatycznym wesołkiem, który potrafi być romantycznie zakochany.
Filmu nie możemy obejrzeć w całości - to kolejny ślad wojny. Ale cieszmy się, że mamy chociaż takie resztki filmowe.
Ciekawostką jest próba kreowania polskiej wersji światowej gwiazdy dziecięcej z kina amerykańskiego.
Basia Wywerkówna (zbieżność nazwisk z autorem zdjęć do filmu to chyba nie przypadek) jest tutaj polską Shirlejką z obowiązującymi loczkami.


środa, 7 maja 2014

Śmichy-chichy z wysoko urodzonych, ale ja się nie śmiałam

Skoro o powojennych losach Magdaleny Samozwaniec mowa (w poprzednim poście), odpowiednia wydaje się notka o najbardziej chyba kontrowersyjnej powieści jej autorstwa. Powieści (z podtytułem "satyryczna"), za którą została podobno wyklęta przez niektóre środowiska. Nie wiemy, jak to naprawdę było, więc nie zgłębiam się w te plotki.
Niewątpliwie ciekawa jest data pierwszego wydania książki - rok 1954.
To daje dużo do myślenia i raczej nie pozostawia złudzeń, co do motywów jej napisania. W tamtych czasach, gdy jeszcze praktycznie trwał socrealizm, cóż innego mogła wydać pisarka z rodziny Kossaków?
Trzeba było się podlizać władzy, biorąc na warsztat arystokratyczne resztki, które się uchowały w powojennej Polsce. Wyszydzając i ośmieszając stworzyła nawet niezły utwór, ale mnie jakoś wcale nie było do śmiechu po tej lekturze. Dodam, że przeczytałam ją pierwszy raz, gdy już znałam w pewnym stopniu dorobek autorki. - w tym te najbardziej znane pozycje. Kupiłam książkę w antykwariacie (nawet jest na niej ołówkowy dopisek - w 1978 roku) i od razu miałam uczucie niesmaku za takie niewybredne kopanie leżącego. Nie opowiadam się po stronie arystokracji, nie mam żadnych związków z tak wysokimi sferami, ale nie zgadzam się na żadną formę "sprawiedliwości dziejowej". W odniesieniu do żadnej ze stron.
Nie czepiałabym się, gdyby powieść powstała jakiś czas później - przynajmniej 10, 15 lat. To byłby już  inny czas, ale lata 50-te! 
Na pewno jednak ta powieść w swoim czasie spełniła odpowiednią propagandową rolę. A chęć dogryzania paniom i panom urodzonym z tytułami przejawiała Samozwaniec już wcześniej - to trzeba przyznać, że nie jednorazowo na potrzeby powojennego socjalizmu. Z czego ta chęć wynikała? Może z głęboko schowanych kompleksów urodzenia się w rodzinie artystycznej, a nie arystokratycznej - obie na "a" - do czego nigdy by się nie przyznała?

A o co właściwie chodzi?

Bohaterami powieści są w większości członkowie arystokratycznych rodzin, którzy egzystują całkiem wygodnie w warunkach dobiegającej końca II wojny światowej, a ponieważ pozostali w nowej powojennej Polsce  muszą tu jakoś żyć. Zazdroszczą krewnym, którym udało się przedostać za granicę (do Anglii szczególnie); tkwią w biernym oczekiwaniu na zmianę losu (oczywiście za sprawą Zachodu). Prezentują różne charaktery, które łączą wspólne negatywne cechy. W akcji mamy oszustwa, kradzieże, szaber na Ziemiach Odzyskanych, sprzedajne małżeństwo za "tytuł", próbę ucieczki do Szwecji, nielegalne wyjazdy za granicę, zabroniony handel dewizami... itd.
Ilustracje do książki to rysunki Mai Berezowskiej, które w szczególnie dobry sposób (powiedziałabym "niestety") uzupełniają ten tekst. Same są satyrą rysunkową "na temat"...


Magdalena Samozwaniec "Błękitna krew", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1954, Wydanie I.

"Zagadki kryminalne panny Fisher" (2013)



Ten serial okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem - głównie za sprawą samej bohaterki oraz australijskich realiów lat 20-tych minionego wieku (o których nie mam żadnego pojęcia).
Fabuła wydarzeń jest dość prosta i właściwie mało atrakcyjna, jakby trochę archaiczna i nudna.
Być może to za sprawą innego, spokojnego tempa akcja. To jednak dla takiego widza jak ja właśnie jest zaletą. Serial różni się od współczesnego mrocznego, ociekającego krwią i sadystycznym okrucieństwem filmu kryminalno-sensacyjnego. Nie oglądam już tych nowych produkcji, bo zwyczajnie są dla mnie zbyt obrzydliwe wizualnie.
Film przenosi widza w międzywojenne klimaty, nie ograniczając się tylko do zachwytów dla elity. Przy okazji śledztw prowadzonych przez pannę Fisher zaglądamy nie tylko do świata przestępczego, ale także do ubogich dzielnic miasta.

W takich filmach - z akcją osadzoną w minionych dziesięcioleciach, bardzo lubię szukać estetycznych wrażeń. A dostarczają nam ich ujęcia eksponujące wnętrza, zbliżenia bibelotów  - słowem piękna scenografia, stroje, pojazdy...
Przy okazji tego serialu przekonałam się po raz kolejny, jak różne są nasze spojrzenia na to samo.
Obejrzałam już kilka odcinków, gdy trafiłam na wpis na blogu, który stale odwiedzam - historia i ja...
Jak widać mężczyźni zawieszają oko na samochodach, kobiety - na strojach.


"Phryne Fisher to postać z serii powieści detektywistycznych autorstwa Kerry Greenwood. Pisarka podjęła drobiazgowe studia nad historią Melbourne, by wiarygodnie oddać pulsującą muzyką atmosferę miasta w latach 20. Realia książki znalazły wierne odzwierciedlenie w serialowej ekranizacji. Większość rekwizytów wykorzystanych w poszczególnych odcinkach to oryginalne, kunsztownie wykonane przedmioty z epoki jazzu i rodzącej się motoryzacji.
O książkowej bohaterce Kerry Greenwood powiedziała: "Postanowiłam stworzyć kobiecą postać i uczynić ją równie wyzwoloną jak męscy bohaterowie po to, aby sprawdzić, co zrobi". Phryne Fisher jest kobietą nowoczesną, umie prowadzić samochód i latać samolotem. Pełna seksapilu, nie boi się uwodzić mężczyzn. Choć jest zamożna i należy do kręgów miejscowej socjety, sercem pozostaje po stronie biednych i mniej uprzywilejowanych, przede wszystkim kobiet. "Phryne naprawdę troszczy się o kobiety, ale kocha mężczyzn. Jest kochanką i wojowniczką" - tak o granej przez siebie postaci mówi aktorka Essie Davis"cytat i zdjęcia stąd

wtorek, 6 maja 2014

Odbrązowienie pomnika


Tak mogę nazwać swój stan świadomości po przeczytaniu książki Rafała Podrazy.
Nie jest to typowa książka biograficzna, stworzona tekstem autora.
To zbiór wypowiedzi osób, które osobiście znały Magdalenę Samozwaniec.

Kilkadziesiąt fragmentów, w niektórych przypadkach z irytująco powygryzanymi częściami, co daje wrażenie sieczki wrzuconej do jednego worka. Dlaczego autor zbioru uznał akurat te części za niepotrzebne, zbędne? Nie wiadomo. W przypadku takich wspomnień wolałabym jednak czytać całość wypowiedzi - to akurat tutaj jest ważne.
Nie wiem, co autor opracowania wyrzucił, nie lubię, jak ktoś decyduje za czytelnika, czy ma coś czytać, czy nie.

Jak pisałam w tym poście mam teraz pewien mętlik w głowie, bo tak naprawdę już nie wiem, komu wierzyć... w co wierzyć?... I to nie chodzi o różne postrzeganie samej osoby pisarki, różne subiektywne oceny, ale przede wszystkim o interpretację faktów lub ich podważanie.
Spotykamy się z dwiema wersjami tego samego - co uznać za prawdę?
"Była piękna... - była brzydką kobietą...
elegancka dama... - krzykliwy makijaż...
nie kochała córki, nie zajmowała się nią ... - kochała córkę, chciała się z nią porozumieć...
była hazardzistką i wyprzedawała biżuterię matki i pamiątki po Kossakach... - nieprawda, starała się te pamiątki ocalić i skupowała je...
była tchórzem w czasie wojny... - była odważna...
odbiła sympatię córce... - spotkali się i zakochali"
itd itd itd


Podsumowując - tyle prawd, ile osób. Tylko jak się one mają do rzeczywistości?

Przez wiele lat znałam tylko i wyłącznie obraz rodziny Kossaków i młodej Magdaleny do momentu wybuchu II wojny światowej w jedynej wersji - oczywiście z powieści "Maria i Magdalena". Nie było żadnych innych źródeł, które dawałyby bardziej obiektywne informacje o ich losach powojennych - oczywiście bez rodziców, bo oboje już nie żyli. Ja przynajmniej takich źródeł nie miałam.
Dopiero po zmianach 1989 roku.  wraz z rozwojem technicznych zabawek XXI wieku docierają do mnie wiadomości na różnym poziomie - od plotkarskich rodem z magla do poważniejszych wydawnictw książkowych.
Tu link do artykułu (ale w tabloidzie, więc nie daję wiary), tam link do audycji radiowej. Wreszcie pamiętniki samej Lilki, która zabroniła ich wydania.
I zebrane w tej książce wspomnienia - w większości (tak mi się przynajmniej wydaje, nie liczyłam specjalnie),  dotyczą czasów powojennych. A więc mówią o kobiecie, która ma już pierwszą i kolejną młodość za sobą, czego jak widać z jej zachowania nie zauważyła lub nie chciała zauważyć.
Tu dochodzę do momentu odbrązowienia tego pomnika, przez lata kojarzącego mi się z osobą Magdaleny Samozwaniec. Odkładając na bok zaspokojoną ciekawość co do Jej  powojennych losów oraz losów innych członków rodziny, czuję duży niesmak i pewien żal za utraconym idealnym obrazem.
Niesmak związany z tym, że jednak nie wykazała klasy łapiąc na męża dużo młodszego mężczyznę. Czyżby była tak zakochana... w sobie samej, że nie przewidziała przyszłości? Niesmak, że tak się literacko rozmieniała na drobne w pogoni za kasą. Niesmak, bo ja nie uznaję zadzierania nosa z powodu samego pochodzenia z rodziny Kossaków, traktowania ludzi w mało kulturalny sposób (jakaś dziwna metoda odchamiania społeczeństwa), bo przecież  JA jestem prawdziwą damą.- co jedno drugiemu zaprzecza w praktyce. Niesmak, gdy wspomnienia tworzą obraz mocno starszej pani mizdrzącej się w przedwojennym stylu "taka mala".

To nie do końca jest tak, że uwzięłam się i wydłubałam z tekstu tylko negatywne opinie, żeby coś udowodnić.
Oczywiście, że są także pozytywne, miłe wspomnienia, ale jak zawsze złe zapamiętuje się bardziej.
Na pewno po tej lekturze już na zawsze zmieniły się pewne obrazy - osób i sytuacji.
Celowo nie czytałam wcześniej innych opinii o tej książce. Teraz zajrzałam i cóż widzę? - że jakoś szczególnie mocno mnie to obeszło. Ludzie piszą z zachwytami o książce, dostrzegają oczywiście różnorodność wypowiedzi, że nie jest to laurka "ku czci"... a ja tu tak krytycznie... no cóż, upadki ideałów są bolesne.

Myśląc o bohaterce tych wspomnień przede wszystkim jako o kobiecie, widzę bardzo zakompleksioną osobę, którą całe życie przytłaczała wielkość innych rodzinnych talentów. Przecież nawet sprawa jej oficjalnego debiutu do dziś ciągnie za sobą falę plotek i domysłów. Miała dar dowcipnej wypowiedzi, więc poszła w tę stronę.
We wspomnieniach powtarza się opinia, że o wiele barwniej potrafiła opowiadać "na żywo" niż pisać.
A po wojnie, gdy straciła swój najbliższy rodzinny krąg, pozostała niezmiernie samotna. W dodatku zmuszona do życia w warunkach obcego jej wychowaniu ustroju politycznego. I tu może tkwi przyczyna przyjęcia takiej a nie innej postawy... może to, co wywołało taką moją reakcję to tylko maska?

Przy okazji jeszcze słów kilka o wrażeniach po lekturze z czytnika.
Ta książka to pierwsza moja lektura elektroniczna. I niezbyt fortunnie wybrana, jak się okazało.
W takim formacie trudno się ogląda zdjęcia, nie mówiąc już o doczytaniu szczegółów na kopiach ręcznie pisanych listów. W przyszłości raczej będę tylko czytać w tej formie powieści - przewiduję, że bez obrazków. Chyba, że będą mocno nieprzyzwoite, wtedy ochoczo sobie powiększę.
Ta pierwsza lektura obfitowała w pokonywanie technicznych pułapek, ale jakoś się udało.
Tak jak przewidywałam, nie stanie się czytnik moim ulubionym narzędziem (nie spędzam dużo czasu w codziennych podróżach środkami lokomocji), ale przyda się czasami...

poniedziałek, 5 maja 2014

O kwietniowym czytaniu - podsumowanie na próbę

Czytając dziś nowy post u Natanny i pisząc komentarz uświadomiłam sobie, że czas coraz mocniej wygrywa z moją pamięcią. Przeczytane książki nie tylko ustawiają się w długiej kolejce do wspomnienia chociażby (niektóre czekają dobrze ponad rok), ale umykają w ogóle z mojej pamięci - szczególnie te wypożyczane z biblioteki. Co prawda robię zdjęcia okładkom tych książek, ale te zdjęcia też wpadają w otchłań komputera.
Spróbuję więc, jak się u mnie sprawdzą podsumowania, bo o stosikach planowanych to nawet nie mam zamiaru myśleć. Nie jestem dobra w realizacji planów, a nawet powiedziałabym, że odwrotnie - jak coś zaplanuję, to wydaje mi się, że muszę... i zaraz mi się odechciewa (pod presją tego przymusu).



Mój kwietniowy urobek czytelniczy nie prezentuje się imponująco pod względem ilościowym, ale nie biorę udziału w biciu rekordów. Tylko nie spodziewałam się, że to aż tak mało.

Nie jest to także literatura szczególnie wysokich lotów, ale to już mój osobisty wybór.
Jak wielokrotnie wspominałam, czasy ambitnych, trudnych i ciężkich tematów oraz literatury mocno intelektualnej mam chwilowo za sobą... może już na dłuższą chwilę...


"Wspomnienia z kresów" - tytuł mówi
sam za siebie ( książka wypożyczona).


"Córka Kossaka" - wstawiłam okładkę
papierową, ale to pierwsza pozycja przeczytana w formie e-booka z mojego czytnika. Przy okazji posta o książce napiszę oczywiście o swoich wrażeniach z tej formy czytania.

Dwie kolejne wypożyczone książki to Rodziewiczówny:"Straszny dziadunio" i "Barcikowscy". Myślałam, że już wyczerpałam zasoby mojej rejonowej biblioteki (szukam teraz w innych źródłach), a tu nagle znalazły się kolejne do czytania.
Przy każdej bytności w bibliotece zaglądam na półki, ale najczęściej stoją tam tylko te książki, które już czytałam.


piątek, 2 maja 2014

"Pątniczka (Die Pilgerin)" (2014)

Koniec XIV wieku... Tilla, córka bogatego i znaczącego w mieście kupca, jest szczęśliwie zakochana.
Nie będzie jej jednak dane to zamążpójście. Innego męża wybiera jej żądny władzy brat, który bezwzględnie morduje każdego, kto staje mu na drodze do celu. Wybrany mąż to budzący wstręt okrutnik, który na szczęście dla świeżo poślubionej młodej żony nagle umiera w noc poślubną. To daje Tilli szansę na spełnienie ostatniego życzenia ojca - pielgrzymkę z jego sercem do słynnego sanktuarium.
Wyrusza w drogę jako mężczyzna...


Nie mogę odnieść się do prawdy historycznej, bo niewiele wiem o realiach tamtych czasów.
Film jest zrobiony w modnej teraz konwencji pokazywania brudu i prymitywizmu aż do bólu - czarny obraz ludzi i świata panuje na ekranie.
Obejrzałam obie emitowane części tego mini-serialu, chociaż chwilami był nudnawy.
Wrażenia końcowe? - wydawało mi się, że oglądam rekonstrukcję historyczną w wykonaniu amatorskiej grupy odtwórczej.

czwartek, 1 maja 2014

Pierwszego maja - z okazji święta


"Przygoda na Mariensztacie" - ileż razy ja widziałam ten film! (emitowany w telewizji nie przypadkowo w dniu Święta Pracy) - jedna z dostępnych w sieci stron filmu.

Pierwszy polski pełnometrażowy barwny... Sztandarowe dzieło stalinowskiego kina - polskiego!
Nie.. nie wyśmiewam, nie szydzę, nie wołam "precz z komuną!", ani "komuno, wróć!" - do wszystkich książek i filmów powstałych w czasach socrealizmu mam specyficzny stosunek. Widzę wszystkie jego ciemne strony, rozumiem zakłamanie i propagandowe wypaczenia na każdym kroku, ale jednocześnie łączą się z tym moje wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa. W moim rodzinnym domu zachowało się wiele wydawnictw z tamtych czasów. I ja pamiętam jak je kiedyś oglądałam i czytałam. Nie zostały wyrzucone, ani spalone - u nas nie wyrzuca się książek. Leżą w piwnicznych szafach jako dokument tamtych czasów. Każda władza ma swoją propagandę, dziś także, chociaż żyjemy w innych czasach...

Dla ludzi ponad osiemdziesięcioletnich - pokolenia moich rodziców to film przypominający im młodość - to nic, że wypadła w tak trudnych czasach, a jeszcze gorsze czasy to dzieciństwo i wojna... że sami musieli podlegać tamtym prawom i nakazom (takim jak przymusowy nakaz pracy gdzieś na dzikich ziemiach odzyskanych, prawie zmilitaryzowanie w brygadach SP - Służba Polsce, obowiązkowej pracy fizycznej przy odbudowie stolicy).
To były ich piękne lata i dziś z autentycznym wzruszeniem patrzą na kolorowe obrazy filmu. Wiem, bo nagrałam ten film dla mojego taty, który teraz też go obejrzał po raz kolejny, ale z innym odbiorem niż dawniej.
Film powstał w 1953 roku, jest podręcznikowym wręcz przykładem socrealistycznej twórczości. I tak trzeba go odbiera dziś, tłumacząc młodemu widzowi chociażby podstawy założeń programowych socrealizmu.
Z drugiej jednak strony, porównując z innymi propagandowymi filmami z tego okresu, nie jest tak nachalny i prymitywny. W jakiś sposób jest zrobiony inteligentnie i da się go oglądać, w czym niewątpliwie pomaga także muzyka i piosenki zespołu "Mazowsze".
Film określany jest jako komedia obyczajowa... a gdyby tak odrzucić propagandowe tło i wkleić scenariusz w inne, na przykład współczesne realia, otrzymamy komedię romantyczną.
Do Warszawy przyjeżdża na wycieczkę zespół świetlicowy ze Złocienia - na platformie ciężarówki! (dzisiaj to niedopuszczalne). Hanka Ruczajówna, znudzona wariackim tempem zwiedzania narzuconym przez przewodnika (w tej roli doskonały Edward Dziewoński), "urywa się" z wycieczki, żeby samodzielnie popatrzeć sobie na Warszawę. Poznaje młodego murarza... chyba jest zakochana. Wraca do Warszawy, żeby uczyć się i pracować - oczywiście jako murarka. Ponowne spotkanie młodych, ich wspólna praca, "trójki murarskie", niechęć starych murarzy do młodego entuzjastycznego pokolenia, sprzeczki i współzawodnictwo zakochanych..szczęśliwe zakończenie...
Jaką Warszawę widziała Hanka w czasie spaceru?
Taką, jaką  zobaczymy na zdjęciach wydawnictwa "Wędrówki po Warszawie", wydanego w tym samym  - 1953 roku. Teksty uzupełniające fotografie są koszmarne z dzisiejszego punktu widzenia, ale to właśnie jest ów dokument tamtych czasów. A sytuacje aranżowane i reżyserowane to też nie ulega wątpliwości.. chyba tylko budynki nie dały się zmanipulować, choć także można je różnie pokazać. I jeszcze jedno spostrzeżenie - jak puste były ulice pod względem motoryzacyjnym, nikomu się chyba nie śniły takie ilości samochodów, jakie zapychają Warszawę dzisiaj.
Wstawiam zdjęcia w małym formacie, żeby post to wytrzymał - po kliknięciu powiększą się.

 




















A na zakończenie tego długiego posta (tak jakoś się rozrósł w czasie pisania), fragmenty parodii nowelki produkcyjnej, autorstwa Magdaleny Samozwaniec.

W  ODLEWNI

- Jeszcze i tu musieli nam babę wtrynić - zrzędził stary mistrz-odlewnik, Marcin Klepka, zerkając spode łba na dorodną postać młodej dziewczyny, stojącej przed nim w skromnym, aczkolwiek gustownym ceratowym fartuchu, o włosach czarnych i kręconych jak wełna żużlowa.
- Nie gniewajcie się, ojczulku - rzekła miękko i delikatnie, pogładziła go po ramieniu dłonią w azbestowej rękawicy. Pod tą niewinną pieszczotą stary zmiękł.
- No trudno - rzekł - skoro was już tutaj przydzielili, to niech tak będzie, żeby mi tylko wypadków w ludziach nie było. Zakocha się w was który z tych młokosów i robota na tym ucierpi. Słyszane to rzeczy, aby baby odlewy robiły - zamamrotał prze usta, co było jego zwyczajem.
- Czasy, kiedy dziewczęta tylko rodziły dzieci i karmiły męża, minęły bezpowrotnie - zauważyła twardo. Przy tych słowach oczy dziewczyny zabłysły, jak gdyby ktoś na niezapominajki wylał roztopioną stal.(...)
   W obszernej hali dudniło, brzmiało i klaskało, jak na sali koncertowej podczas V symfonii Bacha. Młoty uderzały w kotły, a kotły w trąbki Eustachego tworząc razem jakąś dziką sarabandę najczystszych tonów. Jak węże syczały wentylatory. Jasiek skoczył na podwyższenie i rozpoczął komendę:
- Zatrzymać, powoli popuszczać, powoli, w imię Postępu!
   Dźwig z wypełnioną po brzegi wanną, z której buchały płomienie żółte, zielone, czerwone i tęczowe, zaczyna spływać pomału. Jeden niebaczny ruch, jedno nieopatrzne słowo, a ognista ciecz może się wylać i spalić wszystko dookoła nie wyłączając ludzi. Nagle - co to?  (...) Wanna przechyla się złowieszczo na bok (...) Wszyscy mężczyźni potracili głowy z wyjątkiem niej!
   Bohaterskim ruchem rzuca się na wannę - jak lwica na swoje młode - i jednym wprawnym pociągnięciem przywraca równowagę. (...)
- A czy wiecie - wtrącił wesoło Jasiek Miętus - że wy mogliście być pierwsi spaleni żywcem, gdyby się było nie udało?...
- Co tam życie wobec odlewu - odparła z prostotą.
   Gdy to wyrzekła, Jasiek poczuł, że ona i on i że na całe życie...
- No, teraz dość zabawy i gadaniny - idźcie zobaczyć, koleżanko, czy odlew wystygł i czy go można wydobyć z formy - rzekła, a te słowa zabrzmiały dla niej jak pocałunek, jak miłosne wyznanie..."

Nie znalazłam konkretnej daty powstania tego tekstu. Ja mam go w wydaniu zbiorku "Moja wojna trzydziestoletnia" z 1975 roku, ale widziałam daty wydania z 1954. Tylko nie wiem, czy ta nowelka w tym pierwszym również się znajduje.