środa, 30 kwietnia 2014

"Mamma Mia!" (2008)

Nie mogę się zachwycać filmem, w którym aktorzy męczą doskonale mi znane przeboje ABBY.
Oglądałam koncert zespołu w naszej telewizyjnej dwójce, ta muzyka to moja najlepsza młodość, potrafię rozpoznać większość utworów po pierwszych nutach. To normalne dla naszego pokolenia - tyle razy słyszałam piosenki ABBY i tak bardzo je lubiłam.

Film jest przeniesionym na ekran musicalem i tu już ma minus ode mnie, bo nie lubię musicali.
Przyszła panna młoda chce się dowiedzieć, kto jest jej ojcem, zaprasza więc trzech potencjalnych kandydatów na swój ślub. Na ekranie przewijają się śpiewające (mniej lub bardziej fałszywie) tłumy, w których kobiety wypadają o wiele bardziej blado niż mężczyźni. Cenię Meryl Streep, ale nie pasuje do tej roli - krzykliwy makijaż jeszcze dodaje jej lat. Ona i jej przyjaciółki to mocno starsze panie z zadyszką, obok których panowie wydają się nieprzyzwoicie młodzi.
Duży plus dla panów właśnie - trójka chyba-ojców pokazała komediowy pazur, szczególnie Pierce Brosnan i Colin Firth. To role z przymrużeniem oka i Brosnanowi nawet wybacza się, że tak strasznie fałszuje.
Piękne jest morze, ale to jednak nie wystarczy.
Generalnie film mnie znużył  - nie mówię o stronie muzycznej, bo ta mnie denerwuje za każdym razem, gdy film "leci" w telewizji. Gdyby wykorzystano oryginalne nagrania zespołu to byłaby zupełnie inna bajka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz