środa, 30 kwietnia 2014

Jednak nowa etykietka się pojawia - "Nie polecam"

W poprzednim poście zapowiedziałam wpis dotyczący książki, która mnie delikatnie mówiąc zdenerwowała.
Tak jak pisałam w komentarzach nie będę analizować, ani próbować"opowiedzieć własnymi słowami" tych tekstów. Tego się po prostu nie da - no, może jakiś światły erudyta-intelektualista mógłby to zrobić. Nawet miałabym takich kandydatów - to moi koledzy ze studiów, którzy czuli się jak ryba w wodzie na falach tego rodzaju krytyki literackiej. I przemawiali na zajęciach równie niezrozumiałym językiem.
Ale to było wieki temu, właśnie w rozkwicie jedynie słusznej socjalistycznej literatury i literaturoznawstwa.
Dlaczego piszę o tej książce, marnuję swój czas i czas ewentualnych czytelników?
Chcę pokazać młodym molom książkowym jak bardzo literaturoznawstwo, krytyka literacka w PRL-u była upolityczniona. A w dodatku był to jedyny i obowiązujący kierunek. Bo trudno mówić o szerokiej dostępności wydawnictw emigracyjnych lub literatury tzw. "drugiego obiegu", czyli po prostu podziemia.
Teraz też znajdziemy takie zagmatwane "mądrości", ale teraz mamy wybór - wtedy wyboru nie było, a co gorsza uczniowie i studenci musieli czytać to, co kazano i zdawać egzaminy powtarzając jedynie słuszną wersję ideologiczną. Prawda, mogli wybrać emigrację wewnętrzną i zbojkotować studia, wybierając los robotnika, a intelektualnie rozwijać się samemu w zaciszu domowej biblioteki.
Jako uzasadnienie swojej opinii zacytuję kilka fragmentów. Przyznaję, że nie czytałam całości "od deski do deski", bo szkoda mi czasu na takie teksty. Otworzyłam w kilku przypadkowych miejscach i za każdym razem, uwierzcie mi, trafiałam na  takie zniechęcające wywody autora.

Zajrzałam do tej książki zwiedziona tytułem i już na początku dostałam obuchem w łeb, czyli tytułem pierwszego rozdziału "Rodziewiczówna - klasyk złej literatury". Wiem, zawsze pisarka była zaliczana do drugiej, gorszej grupy w naszej literaturze, ale można jej nie czytać - po prostu. Ale nie... autor Z.Żabicki - czując misję i posłannictwo w podnoszeniu poziomu polskiego czytelnika -  krytykuje sam fakt wydawania, wznawiania jej książek jako czyn naganny i kształtujący gminne gusta czytelnicze. Zresztą przeczytajcie sami - wstawiam zdjęcia początkowych stron, żeby ktoś mnie posądził o manipulację tekstem przy przepisywaniu (po kliknięciu na zdjęcie, otworzy się w większym rozmiarze).


Ciąg dalszy możemy sobie darować. Na zakończenie autor trafia nas jeszcze takim apelem:
"Więc - na miły Bóg! - opamiętajmy się! Nie idźmy ślepo za popytem, nie dawajmy posłuchu złym gustom. Jeśli będziemy nadal wychodzić naprzeciw tradycyjnym upodobaniom, nie tylko nie znikną one z naszego życia kulturalnego, ale przeciwnie, będą krzewić się coraz żywiej i bujniej. A wraz z nimi będzie się krzewić kołtuństwa ideologia.  (...) Nie należy handlować nią po specjalnie zaniżonych cenach, nie należy drukować jej garmondem, czy nawet cycerem, z ogromną interlinią - wszystko w trosce, by książka była jak najlepiej czytelna, by nie zmęczył się na niej wzrok robotnika, który niedostatecznie jeszcze przywykł do lektury. (s. 21, 22)

A czy autor pisze o kimś dobrze? - oczywiście.
Na przykład w rozdziale "Fornalskiej epika autentyczna".
Pamiętam zakurzone tomiska zalegające w szkolnej bibliotece - "Pamiętnik matki" Marcjanny Fornalskiej. Imieniem jej córki nazywano wtedy szkoły, ulice, zakłady pracy.
"Przy spotkaniu z tą książką milknie krytyka, tracą sens wszystkie nasze obiegowe rozważania, analizy i spory.(...)
Jakże pouczać autorkę, dziewięćdziesięcioletnią chłopkę i rewolucjonistkę, ledwie piśmienną, która w swym dziele życia wykazała tak wielki talent i rzetelność artystyczną, że mogłaby tym zawstydzić wielu pisarzy "zawodowych"? (...)
"Pamiętnik matki" nazwano "pamiętnikiem stulecia". W tym określeniu nie ma przesady. Dzieło Fornalskiej przerasta wszystko, co mamy w naszej dwudziestowiecznej literaturze wspomnieniowej i pamiętnikarskiej." (s.93)

Miałam jeszcze zacytować kilka fragmentów naszpikowanych fachowymi terminami na spółkę z łacińskimi, ale już mam dosyć.
Nie polecam...

7 komentarzy:

  1. Nie byłam świadoma. Pewnie dlatego, że urodziłam się w 1979 roku. Mimo to (dla czystej ciekawości) przeczytam tą pozycję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli Ci się uda dotrwać do końca :)

      Usuń
  2. W sumie wbrew pozorom to ciekawe, ten cytat pod skanami jakby wyjęty z aktualnej "Wyborczej". ten sam ton.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytam, więc trudno mi porównać.

      Usuń
  3. Świetny post Elu.
    Ale wydaje mi się, że i dzisiaj uczący się i studiujący też nie mają zbyt dużego wyboru. My tylko czytający tak, ale oni, no nie byłabym co do tego przekonana. Tyle, że nie są to pamiętniki Fornalskiej czy jakiś inny socjalistyczny bełkot, ale za to bełkot współczesny, który próbuje nam narzucić choćby Pan Michnik i wcale tego nie kryje o co mu chodzi.
    A co do Rodziewiczówny - nikt jej nie odbierze poczytności choćby nie wiem jak bełkotał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu :)
      Tak, wiem, że teraz też studenci muszą czytać i zdawać z podręczników napisanych przez ich profesorów, ale wtedy było gorzej, bo trzeba było mówić na egzaminie tylko według obowiązującej ideologii. Co prawda nie wiem, jak to teraz wygląda, bo moje dziecko już dawno po studiach (i to technicznych), ale jednak chyba nie ma aż takiego terroru. Podobno mamy wolność słowa.

      A do poczytności Rodziewiczówny ja się dokładam swoim czytaniem i zachęcam innych. :)

      Usuń