wtorek, 25 marca 2014

"Czy pani mieszka sama?. Powieść satyryczna o Warszawie"

Jeśli ma się za sobą lekturę "Marii i Magdaleny" plus jeszcze jeden, dwa teksty Magdaleny Samozwaniec,  to w każdej następnej czytanej książce tej autorki odnajdziemy podobne sformułowania, skojarzenia, znane porównania, powiedzonka i dykteryjki. Mamy wrażenie "przecież to już było". To klasyczny przykład, jak można mnożyć książki bazując na powtórzeniach, rozmieniając się w swojej twórczości na drobne. To jednak razi takiego czytelnika jak ja. Czytelnika znającego tekst "MiM" bardzo dobrze (skoro czytałam książkę kilkadziesiąt razy).

Powracam teraz do twórczości Magdaleny Samozwaniec po wielu latach. Kiedyś te książki przeczytałam, mam na półce i wyciągam na użytek tego bloga. Nieco inaczej jednak dziś je odbieram, a to za sprawą poszerzającej się ostatnio mojej wiedzy o życiu pisarki. W pewnym momencie przestałam wierzyć tak bez zastrzeżeń w jej wersję Kossaków i Kossakówki - o czym pisałam tutaj. Znalazłam trochę wiadomości w różnych źródłach (kiedyś takich nie było), przeczytałam książkę biograficzną i obecnie bardzo zmieniłam swój stosunek do pisarki. Staram się nie popełnić drugi raz tego samego błędu i nie uwierzyć bez zastrzeżeń w wersję żadnej ze stron, ale prawdę mówiąc mam dość duży mętlik w głowie w temacie Kossaków, bo nie wiadomo - w co wierzyć, komu wierzyć. Ale o tym napiszę szerzej przy okazji książki Rafała Podrazy.


"Czy pani mieszka sama?" - to oczywiście aluzja do przedwojennego przeboju. Mój egzemplarz jest tak mocno zaczytany, że dawno już zaginęła okładka w towarzystwie ostatniej strony.
Przeczytałam tę uroczą i śmieszną  powiastkę po raz pierwszy mając już za sobą "Marię i Magdalenę" oraz "Moją wojnę trzydziestoletnią".

To powieść nie tylko satyryczna, ale także archaiczno-historyczna.
Świat i obyczaje,które są w niej zapisane już odeszły. To świat powojennej Warszawy - z mieszkaniowymi problemami, z kawkami i dancingami, paniusiami i kociakami, "ciuchami" i pozbawioną przedwojennego szyku szarzyzną warszawskiej ulicy.
Natomiast typy kobiece, mocno tu wyśmiewane przez autorkę, nie do końca zniknęły - one po prostu ewoluowały przez lata i dziś także je odnajdziemy, choć zmienione w zmienionych czasach.
W końcu od wydania książki minęły już 54 lata.
Właściwie we wszystkich swoich tekstach Magdalena Samozwaniec dokucza kobietom, ośmiesza je, o wiele łagodniej traktując mężczyzn. To takie trochę wywyższanie się w granicach własnej płci, z jednoczesnym mizdrzeniem się do facetów (co jest żenujące w przypadku starszej pani). Dodatkowo drażni mnie spotykany w treści ton nauczania i oświecania powojennego czytelnika-prostaczka, który nie miał szczęścia należeć do bohemy. Są pewne zdania typu "kawa na ławę", które denerwują mnie swoją oczywistością. Nic w tym dziwnego, skoro pisarka potrafiła głośno mówić o obecnej "hołocie". Celowo ich nie zacytuję, bo przecież może się czepiam, może to tylko ja tak odbieram...

A tak w ogóle (żeby już skończyć z czepialstwem), to jest sympatyczna opowiastka, napisana prostym językiem (powiedziałabym, że zbyt prostym - felietonowym). Czyta się szybko, łatwo i w sumie przyjemnie...

Bohaterką powieści jest Xenia - młoda dziennikarka, która po przyjeździe z Krakowa do Warszawy na próżno szuka jakiegokolwiek pokoiku do wynajęcia. To jest największy problem życiowy w powojennej Warszawie - brak mieszkań. Chwilowo mieszka u ciotki, ale to maleńka kajuta przy kuchni, czyli przeznaczona dla służącej i w każdej chwili może być potrzebna. Xenia pilnie wertuje gazety z ogłoszeniami, ale jedyne oferty w działach "do wynajęcia" są przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn. Właścicielki pokoików  nie chcę nawet słyszeć o wynajęciu kobiecie, bo z mężczyznami jest mniej kłopotu (nie gotują, nie piorą, nie myją się), a ponadto mogą być ewentualnym kandydatem na męża. Wiadomo - nadmiar kobiet po wojnie.
Przypadek sprawia (znalezienie na ulicy legitymacji służbowej), że Xenia  wykorzystując swoje naturalne warunki zmienia fryzurę, ubranie i oczywiście wtedy natychmiast wynajmuje pokój jako mężczyzna - Hektor.

Świetnym uzupełnieniem treści są rysunki Gwidona
Miklaszewskiego. Prawdę mówiąc to "wychowałam się" na nich, bo pojawiały się kiedyś bardzo często w różnych miejscach. Na przykład w kalendarzykach "Orbisu", które kupował mój dziadek. Stąd moja znajomość tej charakterystycznej kreski. Znajdziemy je także w innych wydaniach książek Magdaleny Samozwaniec z tamtych lat.
Tutaj są idealnym żywym obrazem, ale na przykład w wydaniu "Na ustach grzechu", które mam, nie do końca odpowiada mi ta współczesna wersja. Współczesna w sensie czasu wydania - po II wojnie światowej.

Najbardziej cenne w tej opowieści uważam tło obyczajowe - utrwalenie tamtej rzeczywistości, mimowolne "zachowanie dla potomnych" pewnych zwrotów, sytuacji, zwyczajów.

"Kobiety na bazarze zachowują się jak muchy. Ciastko leży na talerzyku i żadna mucha się nim nie interesuje;
usiądzie jedna - jest ich od razu kilka. To samo dzieje się z kieckami. leży kreacja w krzyczących kolorach, wołająca swoją brzydotą o pomstę do nieba, i nikt na nią nie zwraca uwagi. Wystarczy, by jedna kobieta zainteresowała się nią, a po chwili jest wokoło kilka innych; wydzierają sobie owo cudo, sprzeczają się, która była pierwsza, i w końcu jedna z nich kupuje je bez targów, aby potem w domu przeklinać chwilę kobiecej słabości.
   Aby uspokoić wzburzone umysły i nerwy, znające naturę ludzką przekupki przywołują ludzi do porządku, zachęcają, by się napili gorącej herbaty, zjedli bigosiku lub parówek.
   - Komu gorącej herbaty, komu? - Do bigosiku, do bigosiku!  Do parówek, do parówek, paróweczki gorąco komu?
   Koło zagranicznych ciuchów wałęsają się "kociaki" z końskimi ogonami lub uczesane a la Ofelia wydobyta z wody, a koło nich chłopaki w wąskich spodenkach i trzyćwierciowych płaszczykach. Całe to młode towarzystwo jest grobowo poważne i skupione. Z rąk do rąk przechodzą amerykańskie spódnice dla ubogich Murzynek, sfilcowane sweterki, haftowane błyszczącymi paciorkami, zniszczone wiatrówki w kolorowe kraty. Największe brzydactwa, byle miały na sobie zagraniczną markę, wchodzą tutaj w rachubę.  Z pogardą traktowana jest tylko konfekcja wykonana z krajowych materiałów.
   - Co mi pani pokazuje za sukienkę, przecież to krajowy jedwab! - Dziewczyna w płaskich "trumniakach" wydyma pogardliwe bladoróżowe usta.
   Handlarka zażenowana, że ją zdemaskowano, szybko wyciąga z worka zgniecioną spódniczynę.
   - Za to ta spódniczka jest zagraniczna, niech pani szanowna spojrzy na markę. A gatunek!  Dwieście złotych do zacenienia." *

Towary kupowane wtedy "na ciuchach" najczęściej nie były nowe, tylko właśnie używane, tak jak w dzisiejszych ciuchlandach i grzebalakach. Pochodziły z paczek, przysyłanych rodzinom przez krewnych z Zachodu. Znam autentyczną historię (opowiadaną przez znajomego rodziny) o butach (męskich), które  rozpadły się po pierwszym deszczu. Po prostu się rozkleiły. Pechowy nabywca butów nie odpuścił sprawy - wykorzystując znaleziony na nich adres producenta napisał odpowiednią skargę. Otrzymał uprzejmą, acz lekko złośliwą odpowiedź, że dotychczas nigdy nie zdarzyła się im reklamacja od użytkowników. Bo jak nie trudno się domyślić były to buty przeznaczone do trumny.
Tamte zakupy na bazarze zamieniły się teraz w życie galeryjne, gdzie kuszą promocje, wyprzedaże i przeceny, a i zjeść można fastfudową bułę popijając wysokocukrowym napojem gazowanym. Autorka nie dodała tylko do tamtego targowego folkloru (pewnie z powodu walki władzy z alkoholizmem społeczeństwa), możliwości lepszego poczęstunku, czyli wódki/bimbru w musztardówce z zagrychą typu pyzy w słoiku.

Powróciły też obecnie (oficjalnie i w szerszym wymiarze) wszelkiego rodzaju wróżki, kabalarki, tarocistki, które w PRL-u funkcjonowały prawie w podziemiu.
"Któregoś dnia Grażyna zaproponowała Xeni, aby się razem wybrały do kabalarki.
- Jak to? - zdziwiła się Xenia. - Coś takiego jeszcze istnieje?
- Oczywiście, tylko robię to pokątnie i w wielkiej tajemnicy. Danusia zdradziła mi jej adres w zamian za adres krawcowej. Podobno przepowiada nieomylnie" **

"W okolicy Pałacu Kultury stoją jeszcze do dzisiaj na pół rozwalone i spalone mumie kamienic - straszliwe memento wojny - spoglądające pustymi oczodołami okien bez szyb na biały przepych pałacu. Gdzieniegdzie widać jeszcze oznaki życia: za mętną szybką czerwieni się pelargonia lub szałwia w doniczce, zieleni się kaktus. Przypomina to starą zniszczoną mogiłę, na której jakaś pieczołowita ręka kładzie troskliwie wianuszek z nieśmiertelników, sadzi bratki wierząc, że i zmarłym będzie to miłe" **

Kabalarka mogła "przyjmować" w jednej z tych kamienic


fot. John H. Schultz                   

Fot. John H. Schulz                                           zdjęcia stąd


Magdalena Samozwaniec "Czy pani mieszka sama?", Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1960
* s.40
** s. 201

piątek, 21 marca 2014

Światowy Dzień Poezji

Poezja jest dla mnie najbardziej nieprzetłumaczalną sferą literatury, dlatego na pierwszym miejscu stawiam wiersze napisane w języku polskim. Mam kilka zbiorków ulubionych poetów innych nacji, jednak patrzę na ich utwory jak na wspólne dzieło dwóch osób: poeta-tłumacz. I w tym duecie większą zasługę przypisuję tłumaczowi. On właściwie na nowo tworzy ubranie dla myśli poety...

Konstanty Ildefons Gałczyński (1905-1953) - jeden z moich ulubionych poetów. Fascynacja jego wierszami przyszła do mnie (jak pewnie do wielu nastolatek) w latach licealnych. Niektóre wiersze znałam na pamięć, tak często sięgałam do tego zbiorku.
A wiersz o wyspach był chyba najbardziej wtedy modny wśród rozmarzonych panienek...

PROŚBA O WYSPY SZCZĘŚLIWE
A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp,
                                                                       otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć
                                                                     zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.          1930

Konstanty Ildefons Gałczyński "Poezje", wybór Natalii Gałczyńskiej, Czytelnik, Warszawa 1969

czwartek, 20 marca 2014

Nuda w efekcie

Od wydawcy:

"ZBRODNIA W EFEKCIE
W EFEKCIE doskonale zaostrzonych narzędzi ogrodowych.
W EFEKCIE gąszczu odziedziczonej działki.
W EFEKCIE szalejącego pędu bambusa.
W EFEKCIE uczuć wzgardzonej wielbicielki...
Zbyt doskonały kościotrup i rozczłonkowany spadek,
bóstwo męskie pełne sadyzmu, latająca czaszka
z idealnymi zębami, szalejące emocje na przestrzeni
dziesięciolecia, spadkobierczyni o podejrzanej
przeszłości i nigdy niespełnione marzenie*,
by uczłowieczyć faceta.
W EFEKCIE wymiar kary bywa dyskusyjny."

* ja napisałabym "nigdy nie spełnione marzenie"

O książce wspomniałam już na blogu - tutaj

Zaczęłam czytać, "dojechałam" do zbrodni... i odłożyłam znudzona.
Tak, właśnie znudzona - nie byłam w staniu skupić się na treści, więc książka trafiła na chmielewską półkę, na której czekała na moje ponowne zainteresowanie. Nie wiem, jak długo by czekała, bo straciłam zainteresowanie, ale teraz dałam jej drugą szansę i przeczytałam.
Jako wierna czytelniczka wszystkiego chmielewskiego może nie powinnam po raz kolejny pastwić się nad dziełem ulubionej autorki. Z drugiej jednak strony nie będę udawać i chwalić, skoro mam inne wrażenia z lektury.
A nie.. - raz się zaśmiałam... leciutko i krótkotrwale.
Przykro mi, że nie zostałam zaskoczona dobrym tekstem jak za dawnych czasów.
Może spróbuję jednym zdaniem?
Powieść ma wszystkie  niedobre cechy ostatnich książek Joanny Chmielewskiej: najgorsza z nich to przegadanie, zbędne wodolejstwo, akcja właściwie nijaka, mało istotne opisy i wypowiedzi, te same ograne typy ludzkie (szczególnie męski negatyw), słabo zarysowane postaci większości bohaterów, a na dodatek przewidywalność rozwiązania (znaczy "kto zabił").
Nuda dominująca... bardzo mi żal...

wtorek, 18 marca 2014

"Kwiat pustyni" (2009)



Oparty na faktach film, który zaskakuje nieprzygotowanego widza - takiego jak ja.
Wcześniej nie słyszałam o nim, ani o historii somalijskiej modelki Waris Dirie.
Głupawe zapowiedzi telewizyjne, zachęcające do obejrzenia filmu, zrobiły z niego mydlaną historię o Kopciuszku.
A jest to film poruszający niezwykle traumatyczny problem dziewczynek poddawanych okrutnym obrzędom. Czym innym jednak jest czytanie o tym, a czym innym oglądanie takich scen, które mimo złagodzonej wersji i tak są przerażające. Ja nie byłam w stanie obejrzeć tego fragmentu.

poniedziałek, 17 marca 2014

"Siedlisko" - słowne uzupełnienie obrazu

Powieść napisana w oparciu o scenariusz serialu, który swego czasu (od 1999 roku) był dla widza stęsknionego za czymś więcej niż bezmyślną papką sitcomów miłym oddechem na wyższym poziomie telewizyjnym.
W notce od wydawcy (na okładce) czytamy: "Siedlisko stało się kultowym serialem długo przed tym, zanim temat Mazur rozlał się po ekranach telewizorów. Kręcony na taśmie filmowej, zagrany przez wybitnych aktorów (nawet w epizodach), był jednym z nielicznych zrobionych z takim wyczuciem".
To prawda, a dodatkowo dla mnie to jedyny chyba (w tamtym czasie, a może w ogóle) serial, którego główni bohaterowie to szczęśliwe małżeństwo z długim stażem. Ich wybory są świadome, nie uciekają z miasta z powodów aż zbyt często w ostatnich latach nadużywanych w powieściach typu "porzucił ją, więc wybrała życie na prowincji".
Kobieta i mężczyzna sporo po pięćdziesiątce - pod wieloma względami podobni do nas, z tego samego pokolenia (może kilka lat starsi). A jeśli podobieństw nie ma tak dużo, jak ja to widzę, to na pewno bliskie są mi ich przeżycia i doświadczenia ze względu na wspólny czas młodości i dojrzałości w związku.
Polubiłam ten serial, nazywany czasami zbiorem landszaftów i cukierkową laurką, właśnie za te sielskie klimaty, pochwałę nieśpiesznego życia, zadumę i zatrzymanie nad szczegółami życia codziennego. Takie właśnie spojrzenie na świat jest mi potrzebne, po całym zgiełku i bieganinie minionych lat pracy zawodowej.

Powieść jako książkowa wersja scenariusza serialu jest całkiem dobra, szczególnie w porównaniu z niektórymi drętwymi i sztywnymi  produktami tego gatunku, jakie miałam okazję czytać. To lektura lekka i przyjemna, chociaż jak dla mnie to jednorazowe czytanie - ale...ale.. ale... Nie do końca odpowiada mi męskie autorstwo Janusza Majewskiego. Język, styl i w ogóle cały klimat książki (wtórny przecież do serialu) jest jak najbardziej babski - to stuprocentowa tzw. literatura kobieca. I od strony autorskiej i od strony  czytelniczej. Jakoś nie widzę chęci czytania za strony panów. Oczywiście nie wiem, jak duży jest wkład autora, ale podejrzewam, że jednak panie - Wanda Majerówna i Zofia Nasierowska, mają tu największe zasługi.

"Siedlisko"-powieść to dość wierne odtworzenie serialu. dlatego czyta się ją bez większych emocji, bo przecież znamy i wiemy co będzie. Chociaż jest tu pewna niespodzianka - dość istotny dla życia bohaterów wątek, którego nie było w serialu. Oczywiście przy tak dobrych rolach filmowych aktorów, którzy stworzyli poszczególne postaci, nie da się już czytać książki bez ich wizerunku. Każda postać w powieści to żywy aktor, który tę postać ucieleśnia. Dlatego książka to dla miłośników serialu tylko słowne uzupełnienie obrazu.




niedziela, 9 marca 2014

Pisarki ulubione

Dzień Kobiet minął bez wielkiego świętowania, bo mimo soboty czasu na to nie było.
Są pewne obowiązki, od których największa chęć leniuchowania nas nie uwolni.
Dzisiaj jednak pozwoliłam sobie na większy luz i powróciłam w myślach do wczorajszego święta.
Tym razem obyło się bez mojego stałego dawnego wspomnień czaru - jakoś moje myśli nie skierowały się do poprzednich lat i politycznego podtekstu. Być może z powodu przemęczenia, albo braku czasu na kolejne wspominanie, albo jeszcze z innego powodu.
Nawet nie planowałam żadnego wpisu z okazji (pomysłu nie było, chyba jeszcze nie doszłam do siebie po długiej chorobie), do momentu codziennej wędrówki blogowej. I na blogu Ann RK odnalazłam pomysł dla siebie - oczywiście z reakcją "dlaczego ja tego nie wymyśliłam!".

Nigdy nie robiłam podliczania, statystyki, analizy czytanych i ulubionych książek pod kątem płci autorów.
Naprawdę nie wiem, czy czytam więcej kobiet, czy mężczyzn. Ale prawdopodobnie jednak więcej autorów niż autorek.
W tym przypadku nie chodzi mi o autorki, do których sięgnęłabym po nowe książki, ale o te, których książki bardzo dobrze znam - do nich powracam, po ich książki sięgam wielokrotnie.
Teraz pisząc te słowa uświadomiłam sobie, że wybrałam pisarki już nie żyjące. A przecież nie miałam takiego zamiaru. Po prostu nie czytam, nie znam dorobku współczesnych piszących kobiet. Może to się zmieni, a może nie. Wszystko zależy od tego, co mnie w przyszłości zainteresuje.

Nie będę zbytnio rozpisywać się o moich ulubionych pisarkach, bo nie o to chodzi w tym momencie.
Kilka słów o każdej z nich... (w kolejności alfabetycznej)

Joanna Chmielewska

nazywana polską królową kryminału, chociaż to nie do końca prawda. Jej dorobek określam jako "komediowe powieści obyczajowe z wątkami kryminalnymi w satyrycznej odsłonie".
Jak napisałam już kiedyś na blogu całe życie z Chmielewską, co odnosi się oczywiście do mojego życia dorosłej czytelniczki.
Przeczytałam i posiadam w swojej biblioteczce prawie wszystkie książki (brakuje mi chyba 3-4). Wracam do nich i będę wracać, bo są dla mnie lekarstwem na stres i nerwy dnia codziennego.Mimo wielokrotnego czytania tych najlepszych, a więc dobrej znajomości tekstu, potrafią mnie rozśmieszyć po raz kolejny.
I pozwalają na sentymentalne powroty do czasów minionego ustroju, które mają dla mnie wartość najważniejszą - wtedy byliśmy  młodzi.

Stanisława Fleszarowa - Muskat
 
Jej popularność mierzyła się kolejkami w bibliotekach - książki zawsze były w czytaniu. Dopiero po zmianach 1989 roku stały się ogólnie dostępne - nowe wydania i duży wybór w antykwariacie to moje moje źródła. I w bibliotece już nie ma kolejki.
Przeczytałam dużo, ale jeszcze trochę zostało.
Co jest takiego w tych powieściach, że lubię je czytać i wracać do nich?
Wydawałoby się, że nie należą do atrakcyjnych, bo nie są to milutkie romansidła. Zdecydowanie to książki z wyższej półki niż literatura kobieca w dzisiejszym rozumieniu.
A jednak są to książki głównie o kobietach i o miłości, chociaż zawsze z tłem politycznym i historycznym - wojna, czas odbudowy, stan wojenny itd.


Lucy Maud Montgomery
źródło zdjęcia

Poznana w dzieciństwie oczywiście jako autorka "Ani z Zielonego Wzgórza", chociaż po latach doszłam do wniosku, że to cykl niesłusznie przypisany do literatury dla dzieci i młodzieży.
Tak jak i inne utwory pisarki.
Przeczytałam wszystko, co wydano w języku polskim -  z jednym wyjątkiem. Nie wydałam pieniędzy na ostatnie, szumnie reklamowane wydawnictwo "Ania z Wyspy Księcia Edwarda". Owszem, dość dokładnie przestudiowałam sobie w księgarni, ale to tylko zniechęciło mnie do zakupu. Pewnie też forma graficzna się do tego dołożyła.
Powieści i opowiadania tej pisarki wprowadziły mnie w inny świat, dały możliwość obcowania z bohaterami nieco innymi niż my. To na pewno wynika z innych wtedy warunków życia w Polsce i Kanadzie, z wolności ustrojowej obywateli (my żyliśmy pod zaborami), a przede wszystkim z odmienności religii (chociaż w obrębie tego samego chrześcijaństwa).

Maria Rodziewiczówna
W tym przypadku zacytuję samą siebie, bo już napisałam słów kilka na tym blogu, więc nowości wymyślać nie będę.

" Czytając współcześnie powieści i nowele Rodziewiczówny  możemy różnie oceniać jej styl i język, budowę akcji, czy galerię stworzonych postaci. Ale jednego na pewno nie możemy pisarce odmówić - wielkiego wkładu kronikarskiego w opisaniu minionego bezpowrotnie świata polskich Kresów Wschodnich. Wkładu wręcz dokumentalnego, bo nie jest to laurka, ani lukrowany opis połączony z bezkrytycznym zachwytem. Nie jest to idealizowanie tamtego świata, ale realistyczny zapis codziennej rzeczywistości, układów społecznych i ówczesnych problemów ludzi (niezależnie od urodzenia, wyznania,  pozycji majątkowej)."

Jeszcze kilka powieści do przeczytania przede mną.