poniedziałek, 27 stycznia 2014

"Kobieta w Berlinie" (2008)


To kolejny film obejrzany przypadkowo. Wiedziałam o książce i o filmie, ale jakoś nie miałam ochoty ani na lekturę, ani na oglądanie. Prawdę mówiąc mało mnie interesują przeżycia "biednych" Niemek w czasie II wojny światowej. Zbyt mocno odczuwam i przeżywam tragedię polskich dziewcząt i kobiet - ofiar Niemców i Rosjan, żeby współczuć kobietom z narodu, który wojnę wywołał. One nawet nie zastanawiały się nad tym, co robią ich synowie, bracia, mężowie nie tylko na froncie bezpośrednich walk. To one, w fanatycznym uwielbieniu dla swojego wodza, współuczestniczyły na swój sposób w tej wojnie bez większych refleksji i zastanowienia się. A gdy przyszła przegrana i upadek ich bezpiecznego świata, nadal nie rozumiały dlaczego je spotyka taki los.

Nie mogę ocenić filmu przez porównania z książką (nie czytałam, znam tylko z dyskusji w sieci).
Sam film wydał mi się w pewien sposób płaski i beznamiętny, mimo tak dużego ładunku drastycznych scen. Spodziewałam się większego stopnia wybielania Niemców, w rzeczywistości na ekranie nie jest to tak bardzo nachalne. Natomiast zbyt mocno zgrzyta mi łzawy melodramat, w jaki zamieniają się początkowo nieufne relacje między radzieckim majorem a niemiecką narratorką.

3 komentarze:

  1. Po prostu historia, która ma wzruszać i tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardziej budzić współczucie i usprawiedliwienie - takie jest moje odczucie.

      Usuń
    2. Tak, myślę, że masz rację.

      Usuń