środa, 31 grudnia 2014

Jak zwykle czas podsumowań, ale mnie się nie chce

Końcówka roku prowokuje do podsumowań, podliczeń, czasami postanowień.
Na wielu blogach pojawiły się już takie posty... często z założeniem "nie będzie podsumowania", ale ono i tak jest  w pewnym stopniu.

Ja nie robię wyliczeń i statystyk tego co napisałam na blogu - z matematyką, nawet najprostszą nie jest mi po drodze. Natomiast zaczęłam szukać w komputerowych notatkach zapisów o książkach przeczytanych, które czekają na swoje blogowe miejsce. Okazało się, że razem z kolejką z lat poprzednich to już wypełnienie dobrych kilku miesięcy 2015 roku. A razem z książkami dawno przeczytanymi, o których chcę wspomnieć, zbierze się materiał na pewno większy niż tylko na jeden rok. Tak więc mam co robić... pytanie tylko kiedy???

W trakcie tego komputerowego przeglądu okazało się, że przeczytałam sporo z dorobku Marii Rodziewiczówny (już niewiele pozostało).
I tymi wpisami dalej chyba pociągnę już sama mój projekt "Alfabet Rodziewiczówny". A może jednak nie sama... - projekt trwa i jest bezterminowy.
Również projekt "Rok 1914 - czas Wielkiej Wojny" pozostaje aktualny. Ja sama zaniedbałam pisanie ze względów zdrowotnych, ale może choć trochę uda mi się zrealizować swoje plany, więc przedłużam czas trwania.
Natomiast projekt "Polski listopad" nie rozwinął się, więc na razie zamknęłam dostęp do bloga na czas przemyślenia co z nim zrobić.

To tyle z mojego podwórka, a co z innymi zabawami i wyzwaniami?
Jakoś się na przestrzeni roku rozmydliły - trochę się udzielałam, w jednym przypadku autorka sama zawiesiła wyzwanie (chyba już na stałe), ale też zrezygnowałam z niektórych widząc całkowity desinteressement samych organizatorek. Coraz bardziej chyba kształtuje się blogowy indywidualizm. W porównaniu z końcem ubiegłego roku widać wyraźnie zmniejszenie się ilości nowych propozycji wyzwań, akcji, projektów (czy jak jeszcze inaczej nazwiemy te zabawy).

Miałam jeszcze troche napisac, tak ogólnie i bardziej refleksyjnie, ale jakoś z wiekiem coraz gorzej to na mnie wpływa.
Lepiej zakończę życzeniami dla wszystkich

Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 30 grudnia 2014

Kalendarium - Rober Hossein



Urodzony 30 grudnia 1927 roku w Paryżu aktor, którego znam przede wszystkim z roli Jeoffrey’a de Peyrac’a  w serii filmów o markizie Angelice.
Jaką ta seria miała w swoim czasie popularność!
Oglądałyśmy (bo to jednak była żeńska widownia) wszystkie filmy tyle razy, ile pokazywała je nasza telewizja. Ale zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, czy widziałam którąś część w kinie, na dużym ekranie. Teraz dobrze widać kiczowatość tej produkcji - szczególnie fatalną charakteryzację z plastikową szramą i krzykliwy momentami makijaż markizy, ale wtedy - w czasach szarości PRL-u chciało się oglądać taką kolorową bajkę o miłości



niedziela, 28 grudnia 2014

Niedziela z obrazem (14)

Jacek Malczewski "Wigilia na Syberii" (1892)


czwartek, 25 grudnia 2014

"Holiday" (2006)



Trafiłam na ten film przypadkiem, przerzucając kanały w poszukiwaniu czegokolwiek nadającego się do oglądania w ramach koniecznego odpoczynku po przedświątecznym zmęczeniu. Czegoś co nie będzie kolejną beznadziejną powtórką - czasami nie ma się ochoty oglądać nawet najlepszego filmu kolejny raz.

Biorąc pod uwagę świąteczny czas nie trzeba długo domyślać się konwencji filmu i dzięki temu obejrzałam spokojnie ładną bajeczkę nie wymagając żadnych nadzwyczajności.

Bez zachwytów, ale też bez minusów.
Może mały minusik dla obecności Cameron Diaz - to najsłabszy element całości.
Najbardziej odpowiednie określenie dla filmu - "kulturalny", czyli pozbawiony wulgaryzmów słownych i głupawych scen z niepotrzebnymi wstawkami łóżkowymi. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Niedziela z obrazem (13)

Na ten obraz zwrócił moją uwagę wpis na blogu "Wymarzony czas".
Nie widziałam go wcześniej, chociaż sam autor jest mi znany. Nie dotarłam (jeszcze) do informacji o dacie powstania obrazu, trafiłam jedynie na określenie "koniec XIX wieku".

Piotr Stachiewicz "Sprzedawca szopek"



piątek, 19 grudnia 2014

Zapis minionego czasu - "ABC porządków domowych"

Czas przedświąteczny, który teraz mamy to na pewno w wielu domach czas szczególnych porządków.
Ja od zawsze mam z tym problem, nigdy nie opanowałam systematyczności w tym zakresie, więc życie (i kalendarz) zmusza mnie do przedświątecznych stresujących zrywów. Wtedy rzucam się do wielogodzinnej walki z bałaganem, co mnie wykańcza fizycznie i psychicznie. Jestem tą przysłowiową panią domu padającą na twarz ze zmęczenia, pozbawioną późniejszej radości z rodzinnych spotkań.
Pomijając osobisty upadek sił fizycznych w ostatnich latach, zawsze tworzę ten sam rodzaj bałaganu - tony "potrzebnych" papierów wszelkiego rodzaju oraz książki... książki,... książki. Te ostatnie szczególnie panoszą się wszędzie (pomijając łazienkę od czasu, gdy wykąpałam kilka czytadeł). No i nie czytamy w przedpokoju, ale chyba tylko dlatego, że  jest mały i nie stoi tam wygodne siedzisko sprzyjające lekturze.

Wśród książek nie znajdzie się zbyt wiele poradników, chociaż w dawniejszych czasach nabyłam kilka takich wydawnictw. To jednak niewiele, bo wtedy nie zalewały rynku wydawniczego w nadmiarze. Podobnie jak w przypadku posuchy na polu kulinarnym, radziłam sobie metodą typu pan Słodowy - czyli "zrób to sama". Zbierałam i wklejałam do zeszytów wycinki z gazet - a właściwie głównie z dwóch: "Przyjaciółka" i "Kobieta i życie". Ten drugi tytuł nie był wcale łatwy do zdobycia, pewnym źródłem było założenie w kiosku teczki. Do tej teczki panie kioskarki wkładały zapisane na okładce tytuły.

W pewnym momencie pojawiła się w księgarni ta książeczka, którą bez namysłu kupiłam.


Autorka była mi już znana z telewizji, ale nie pamiętam w której konkretnie audycji pojawiała się ze swoimi radami.
Wtedy znajomość twarzy autora książki nie była tak powszechna jak dziś. A w tym przypadku mogę spokojnie powiedzieć, że w jakiś sposób była prekursorką dzisiejszej Perfekcyjnej... Skąd takie porównanie? Bo i wtedy czytając rady zawarte w książce, jak i dziś widząc wymuskaną elegantkę w teście białej rękawiczki doznaję jednakowego stresu pod hasłem "Ja nigdy tak nie będę umiała!".

"ABC porządków..." to dzisiaj książeczka w pewnym stopniu przestarzała, ale nie do końca. Chyba bez zmian pozostaje zapotrzebowanie na praktyczne rady retro, czyli z wykorzystaniem starych sposobów naturalnymi środkami. Rzadziej chyba potrzebujemy wskazówek jak wywabić plamy z nafty lub brylantyny, czy jak konserwować odzież ze skóry glansowanej. Ale znajdziemy w tym poradniku wiele wskazówek, które wcale nie straciły na aktualności. A czy są skuteczne? Nie mogę ręczyć za wszystkie, bo nie wszystkie wykorzystałam.
Jednak można tak założyć - szczególnie, że autorka najczęściej poleca (obok dostępnych środków chemicznych) metody z wykorzystaniem naturalnym środków takich jak cukier, woda pozostała po ugotowaniu ryżu, makaronu lub ziemniaków.
Obecnie, gdy coraz bardziej rozszerza się domowa kosmetologia i ekologiczny trend prania bez chemii,  takie wskazówki są chyba jak najbardziej aktualne:

"STARE KORONKI z cienkiej bawełnianej nici, delikatne i wartościowe, ale bardzo brudne, powinno się zanurzyć na kilka godzin w oleju wazelinowym. Następnie gotować na małym ogniu, w wodzie z dodatkiem mydła toaletowego. Płukać kilkakrotnie w ciepłej wodzie, a na zakończenie w wodzie z gotowania ryżu." (str. 84)
Zofia Dzięgielewska "ABC porządków domowych", Wydawnictwo WATRA, Wydanie III, Warszawa 1985

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zapis minionego czasu - "Matysiakowie"

Dzisiejszy poranny krótki konkurs w radiowej Jedynce przywołał datę początków powieści radiowej - 15 grudnia 1956, która towarzyszy mi od najwcześniejszego dzieciństwa. Słuchałam kolejnych odcinków mimo woli, bo radio towarzyszyło nam praktycznie przez cały czas, gdy byliśmy w domu. To przez tę audycję poznałam charakterystyczne głosy znanych wtedy aktorów, później dopiero widziałam ich twarze w filmie i w spektaklach Teatru Telewizji. Była to naprawdę spora grupa i zaskoczeniem może być dzisiaj udział w tym programie naszych największych aktorskich osobowości. Prawdziwe życie miało wpływ nie tylko na powstający scenariusz, ale także na obsadę głównych. Zmieniała się z różnych powodów - przewidywalnych (choroba lub śmierć aktora) i nie przewidzianych - emigracja aktorki do Radia Wolna Europa, stan wojenny i aktorski bojkot radia i telewizji. A właśnie wczoraj TVP HISTORIA emitowała film dokumentalny "Bojkot", reż. Barbary Rogalskiej i Niny Makowieckiej z 2008 roku  (widziałam go już wcześniej ).
W swoim czasie "Matysiakowie" mieli naprawdę ogromną rzeszę wiernych słuchaczy, co nie dziwi, gdy weźmie się pod uwagę brak konkurencji. Radio było jedyne - telewizja dopiero raczkowała, a o wynalazkach internetu wtedy nikomu się nie śniło. 


Audycja przetrwała do dziś, co może trochę dziwić, biorąc pod uwagę jak bardzo jest już przestarzała. O ile dobrze pamiętam to z pierwotnej obsady pozostała jedynie odtwarzająca rolę Jadwigi -Wisi Matysiakowej Ludmiła  Łączyńska - na zdjęciu stoi z lewej strony między Janem Ciecierskim i sławnym prezesem Sokorskim.. A druga postać to Iwonka, zatrudniona w latach 60-tych jako pomoc do dziecka u Wisi i Stacha, którą gra nieprzerwanie Stanisława Celińska.
Od czasu do czasu, gdy jestem akurat w kuchni włączam radio i słucham co tam u Matysiaków nowego. Ale i z tym jest problem, bo godziny emisji odcinków w ostatnich latach ciągle się zmieniają.
O "Matysiakach" i historii tej audycji można poczytać na stronie polskiego radia , a także posłuchać sobie archiwalnych odcinków.
Kiedy w latach 70-tych pojawiły się cztery tomy książkowej wersji słuchowiska udało mi się je wypożyczyć w bibliotece rejonowej. 


Mogłam je nawet kupić, bo były dostępne w księgarniach, ale jakoś nie pragnęłam szczególnie posiadać na własność takiego dość prymitywnego tekstu w formie scenariusza. Gdyby był jakoś literacko "obrobiony", przetworzony na powieść, dałby się łatwiej czytać. A tak na surowo to jednak mało strawny w większej dawce. Pozostaje jako dokumentalna ciekawostka literacka.


piątek, 31 października 2014

Miejsca spoczynku ludzi kultury - pisarze.

W tych dniach zadumy wspominamy tych którzy odeszli - naszych najbliższych z rodziny...

Wspominamy także sławnych ludzi, którzy zapisali się swoim dorobkiem i swoją działalnością na kartach historii...

Dzięki nowoczesnej technologii możemy pośrednio odwiedzić groby ulubionych pisarzy...

Grób Bolesława Prusa na Powązkach

Grób Elizy Orzeszkowej na katolickim cmentarzu parafialnym (zwanym farnym) w Grodnie 

Grób Marii Rodziewiczówny na Powązkach
 

 Sarkofag Henryka Sienkiewicza w krypcie bazyliki archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie


Grób Władysława Stanisława Reymonta na warszawskich Powązkach

Nagrobek Tadeusza Dołęgi-Mostowicza na Powązkach

Grób Stefanii Grodzieńskiej - Jurandot i Jerzego Jurandota na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach

Grób Lucy Maud Montgomery i jej męża na cmentarzu w Cavendish
 
Grób Juliusza Verne'a w Amiens 

niedziela, 12 października 2014

piątek, 10 października 2014

Literacki Nobel

Jak zwykle, gdy słyszę nazwisko kolejnego laureata, nic mi ono nie mówi. Nie jestem aż tak mocno oczytana, żeby kojarzyć każdego nagrodzonego. Nie znam także popularnych współczesnych pisarzy jednej z najbogatszych literatur jaką bez wątpienia jest literatura francuska.
Jak zauważyła Natanna - w tym roku na blogach (mam na myśli polskie) nie było szczególnego podniecenia i typowania kandydatów.
Ja zauważyłam tylko jeden wpis, już po usłyszeniu informacji w radio.
Naturalne jest po przyznaniu nagrody szczególne zainteresowanie osobą laureata, a przede wszystkim jego dorobkiem. Czytelnicy szukają w jego książkach potwierdzenia słuszności decyzji komisji noblowskiej.
"Za sztukę pamięci i dzieła, w których uchwycił najbardziej niepojęte ludzkie losy i odkrywał świat czasu okupacji"

W tym przypadku mamy co czytać, w Polsce ukazało się aż pięć książek Patricka Modiano. To dużo - tak uważam, bo zdarzały się sytuacje, gdy w momencie przyznania nagrody dostępna była u nas zaledwie jedna przetłumaczona książka.Tak sobie myślę, że polski czytelnik jest chyba szczególnie ambitny, chcąc poznawać twórczość laureatów tej nagrody. Powstał  blog cennej inicjatywy, jaką jest "Projekt Nobliści". Obawiam się jednak  że w drugą stronę to już tak nie działa. Ciekawe, ilu czytelników z innych państw szuka utworów naszych noblistów? Prawdę mówiąc nie mam o to wielkiego żalu do zagranicznych moli książkowych, bo ja sama jakoś szczególnie nie tropię tej literatury noblowskiej. A na pewno nie właśnie z tego powodu.

A przy okazji warto przypomnieć polską wielką rocznicę - 90 lat temu laureatem Nagrody Nobla został Władysław Stanisław Reymont.


niedziela, 5 października 2014

Niedziela z obrazem (12)

Od kilku lat, gdy zainteresowałam się na dobre haftem krzyżykowym w internecie, systematycznie przeglądam wzory (narażając się często na szok estetyczny). Mogłabym długo rozwodzić się na ten temat, a dokładniej na temat szkaradzieństw w stylu monidła, proponowanych przez niektóre wydawnictwa gazetkowe - szczególnie polskie (niestety...)
Na szczęście mogę także oglądać wzory i wzorki (dużych projektów i zupełnie małych drobiazgów), które nie porażają, a wręcz przeciwnie - są przyjemnym doznaniem estetycznym.
Z tego powodu przeglądam co jakiś czas propozycje pewnego dużego wydawnictwa, które specjalizuje się we wzorach opartych na malarstwie. I robi to naprawdę w sposób profesjonalny.
Dzięki temu trafiam na obrazy nieznanych mi malarzy... takich jak ten...

"Coming Home"


Nie jest to malarstwo zaliczane do najwyższych, ale dla mnie ważne jest to, że podoba mi się. I odbieram tego rodzaju obrazy jak fotografie, dokumentację swojej epoki. Ten spokojnie mógłby być ilustracją do kolejnego wydania "Przeminęło z wiatrem" lub innej powieści z życia XIX wiecznego Południa Stanów Zjednoczonych. Podobnie jak i inne obrazy tego malarza urodzonego w Charlestonie.

Obraz namalował Edward Lamson Henry, żyjący w latach 1841-1919.

sobota, 4 października 2014

O tym jak nie byłam na spotkaniu autorskim, czyli z życia czytelnika

Żyję dość długo, książki czytam od niepamiętnych czasów -  wiadomo, że nie od urodzenia, ale prawie...
i nigdy nie byłam na żadnym spotkaniu z tworzącym współcześnie pisarzem. We wspomnieniach pisarzy co i rusz pojawiają się malownicze opowieści o spotkaniach z czytelnikami w dawnych siermiężnych czasach minionego wieku, tylko ja jakoś zupełnie nie pamiętam tych możliwości. Nie wiem, czy i w jakim stopniu były to spotkania dla zwykłych ludzi "z ulicy", czy były to jedynie spędy organizowane w przyzakładowych domach kultury lub ubożuchnych bibliotekach "na prowincji". Faktem jest, że sama nie szukałam wtedy (czyli w PRL-u) takich informacji - nawet nie pomyślałam o takiej możliwości. Chyba utrwaliłam w sobie przekonanie, że takie spotkania to tylko dla wybranych i do tego w stolicy...

Toteż gdy wiosną, nagle na drzwiach biblioteki, w której wypożyczam książki zobaczyłam kartkę z zaproszeniem na spotkanie z pisarką i to pochodzącą z mojego miasta, nabrałam wielkiej chęci osobistego uczestnictwa.
A ponieważ moja znajomość współczesnej literatury polskiej, nazywanej idiotycznie "kobiecą" (co ją automatycznie spycha do gorszego gatunku) jest prawie zerowa, chciałam przed spotkaniem przeczytać chociaż jedną książkę autorki. Dodam, że wcześniej nie słyszałam o jej istnieniu. Niestety, żadnej książki do wypożyczenia nie było.
To mi przypomina bohaterkę jednej z powieści Krystyny Nepomuckiej - właśnie pisarkę, która na spotkaniach autorskich opowiadała o swoich książkach, których nigdzie nie można było kupić... nie mówiąc już o przeczytaniu.

A później okazało się, że w tym samym terminie jest inne wydarzenie kulturalne, do którego nie musiałam się przygotowywać, więc je wybrałam.
I tym sposobem nadal nie wiem (chociaż sobie wyobrażam) jak wygląda spotkanie z żywym pisarzem... bo spotkanie w rodzaju seansu spirytystycznego z duchami opisywane było nie jeden raz. W erze blogów możemy sobie teraz przynajmniej przeczytać relacje ze spotkań autorskich i obejrzeć zdjęcia, więc dobre chociaż tyle.
Co gorsza, zapomniałam już imię i nazwisko tej dość młodej osoby (sprawdziłam wtedy w internecie)... ale to naprawdę nie jest przejaw lekceważenia z mojej strony... gdybym wtedy dostała chociaż jedną książkę do przeczytania, prawdopodobnie pozostałby w mojej pamięci tytuł, może treść i w ten sposób znajomość literacka przetrwałaby próbę czasu...


zdjęcie znalezione w internecie

PS
Blogger vel blogspot zbiesił się już w sposób nieprzyzwoity - robi jakieś samowolne sztuki z odstępami, których nijak nie mogę dzisiaj opanować. Machnęłam w końcu na to ręką - trudno, nie osiągnę doskonałości technicznej na ekranie.

piątek, 3 października 2014

Pisać każdy może...

... i czytać również - może jak chce, ale nie musi jak nie chce.
To moja wielka myśl dotycząca własnego blogowania książkowego, gdy osiągnęłam poziom, że:
- nie przejmuję się głupotami, które wypisują inni, bo nie da się ich zwalczyć (a jak uczy literatura walka z wiatrakami ...)
- nie przejmuję się brakiem komentarzy, chociaż złodzieje myśli czytają i kopiują co chcą - ostatnio trafiłam na swoje zdania o dość rzadkiej książce na portalu czytelniczym. Ściągnięte dokładnie w stu procentach
- nie piszę recenzji na zamówienie i bez wynagrodzenia, a tylko za darmowy egzemplarz od wydawnictwa  (czasami jeszcze w roboczej wersji)
- nie gonię za kasą obwieszając swój blog reklamami
i jeszcze parę innych "nie" ...

Ostatnio mocno zawrzało na blogach książkowych i podniosło ciśnienie niektórym blogerkom/blogerom za sprawą pewnego tekstu gazetowego (czytałam go), którego nie będę cytować, ani linkować. Po prostu nie zasługuje na to swoją bylejakością, brakiem rzeczywistego rozeznania i brakiem obiektywizmu. Tym bardziej nie odsyłam do wypocin krytyków, którzy uważają, że nie każdy ma kompetencje do pisania o książkach(???).
No nie! chce się zawołać "ludzie...trzymajcie mnie!" - to jedyne stwierdzenie, które mnie naprawdę wkurzyło w tej całej dyskusji "na temat". Blog książkowy, jeśli nie jest oficjalną stroną wydawnictwa lub krytyka literackiego, to prywatny amatorski hobbystyczny kawałek internetowy udostępniony ewentualnemu czytelnikowi.
Mam kompetencje i mam prawo pisać o książkach jako czytelnik.
Nie piszę dogłębnej i wszechstronnej analizy dzieła literackiego, ale piszę swoją opinię o przeczytanej książce.
Podobała mi się... nie podobała... znudziła mnie... nie mogłam się od niej oderwać... polecam... nie polecam - a jeśli jeszcze takie uwagi poparte są rzeczowymi argumentami "dlatego, że..." to o co więcej chodzi?
A jakie kompetencje mają autorzy blogów z innych dziedzin, którzy nie zajmują się owymi dziedzinami zawodowo?
Zabrońcie pisać o pieczeniu ciasta,  o hodowaniu kwiatków w swoim ogrodzie, o kolekcjonowaniu naparstków, o zaletach jazdy skuterem takim a nie innym, o najlepszych sposobach na wędkowanie itd, które to pisanie wynika z własnych osobistych doświadczeń. Doświadczeń prywatnych, domowych,  związanych z naszym hobby.
Takim samym doświadczeniem jest przecież czytanie książek. I pisanie o nich dla odbiorcy, który szuka informacji, porównuje opinie, chce się dowiedzieć co inni sądzą o książce itd

Zgadzam się, że tego typu teksty nie wpływają korzystnie na postrzeganie blogerów książkowych w ogóle.
Mam jednak nadzieję, że każdy myślący człowiek, który trafi na jakiegokolwiek bloga o książkach sam potrafi sobie wyrobić zdanie o autorze i jego blogu. I albo zostanie stałym czytelnikiem, albo skreśli taki marny  twór sieciowy.
Bezmyślni odbiorcy papki gazetowej, którzy wszystko co przeczytają biorą za pewnik, zawsze się znajdą...

wtorek, 30 września 2014

"Party u Kierdziołka"

"Cie, choroba!" - tak zaczynał każdy swój występ estradowy Jerzy Ofierski jako sołtys Kierdziołek.
W mojej pamięci jest nierozerwalnie związany z "Podwieczorkiem przy mikrofonie".
Dziś są to hasła, które kompletnie nic nie mówią młodym odbiorcom żałosnej papki pseudo-kabaretowej.
W latach 60-tych były dwa fantastyczne programy, które ukształtowały kulturowo nasze pokolenie, windując poziom nie do zdobycia przez następców. To "Kabaret Starszych Panów" - telewizja i "Podwieczorek przy mikrofonie" - radio. Nie biorę tu pod uwagę ówczesnych kabaretów - najsłynniejsze to "Piwnica pod Baranami" w Krakowie i "Pod Egidą" w Warszawie, bo zwykły śmiertelnik, szczególnie spoza tych miast, nie miał szans na zdobycie biletu.

Słuchałam "Podwieczorków..." razem z rodzicami, a właściwie to zasypiałam przy tych programach, bo mimo nazwy nadawane były wieczorem. Dzięki nim bardzo wcześnie poznałam całą czołówkę artystów i autorów tekstów - znałam ich nazwiska i potrafiłam rozpoznać głos. I przez wiele lat nie wiedziałam, jak wyglądają - czy to jest w ogóle do zrozumienia przez dzisiejszego odbiorcę obrazkowego?

Sołtys Kierdziołek w swoich monologach  przestawiał ówczesną rzeczywistość w delikatnie krzywym zwierciadle, z podtekstami w drugim dnie - tak jak wszyscy satyrycy wtedy balansując na cienkiej aluzji, którą całe społeczeństwo doskonale rozumiało.

Książeczkę "Party u Kierdziołka" znalazłam kilka lat temu w jednej z naszych rodzinnych biblioteczek. A dokładnie na działce, gdzie taki rodzaj humoru szczególnie smakuje...  gdy te krótkie rozdziały czyta się głośno siedząc na werandzie... i tak sobie latem czytamy...
Nam nie trzeba tłumaczyć tych tekstów... my żyliśmy w tamtej rzeczywistości...


Jerzy Ofierski "Party u Kierdziołka", "Czytelnik", Warszawa 1967, Wydanie I
Ilustrował Jerzy Flisak

wtorek, 23 września 2014

Sztuka pisania o sztuce kulinarnej

Dziwne są zrządzenia losu... na dzisiaj przygotowałam inny post... o książce związanej z tematyką kulinarną. 

Wczoraj zginęła w wypadku samochodowym Hanna Szymanderska.
W informacjach pojawiało się słowo "pisarka", ale nie pisarka tworząca powieści.
Znana przede wszystkim miłośnikom gotowania. To należne uznanie dla sztuki pisania na tematy kulinarne, bo Jej książki to nie tylko zbiory przepisów.

Są to (w mniejszym lub większym stopniu) gawędy zawierające informacje z tematyki najbardziej nas interesującej - naszego jedzenia, naszego odżywiania się, naszych tradycji. I jest to zupełnie inny poziom przekazywania wiedzy od tych modnych i nachalnych celebryckich popisów telewizyjnych, w których aż roi się od błędów i bzdurnych przekazów.. A przecież każdemu prowadzącemu programy telewizyjne, a także piszącemu/piszącej bloga wydaje się, że wszystko umie, wszystko wie najlepiej  i może nauczać. Mało jest wśród nich osób z prawdziwą skromnościa i pokorą uznających, że człowiek uczy się całe życie.


Nie wpadając w banał tekstów z blogasków kulinarnych, typu "uwielbiam gotować", "kuchnia to moja pasja", "eksperymentuję smakami" itd, powiem, że... naprawdę polubiłam gotowanie i różne kuchenne atrakcje. Stało się to w ciągu kilkudziesięciu lat mojego prawdziwego eksperymentowania w kuchni, bo jako żywo na początku kompletnie nic nie umiałam.

I nauczyłam się wiele w najgorszych czasach pod  względem zaopatrzenia, gdy nie kupowało się normalnie w sklepie.


Wtedy "się polowało" - prawie jak na mamuty z dzidą. Chodziło się do sklepów szukając okazji, bo "może coś rzucili". Szczęśliwcy zjedli czasem jakieś frykasy, gdy mieli znajomości w sklepie i kupowali "spod lady". Jakie to było upokarzające dla zwykłych ludzi! - patrz: dla biednych ofiar życiowych, które nie wyrobiły sobie szybko prymitywnych zachowań walki o przetrwanie, czyli inteligencji myślącej wyższymi kategoriami. Przez to także nie wyrobiłam sobie takiej systematyczności w planowaniu posiłków, jaką mają młode znane mi blogerki. A co można było planować? Wracałam z pracy i wędrując "po sklepach" szukałam czegoś na obiad. Jak to coś kupiłam, to wtedy kombinowałam obiad.

W tamtych czasach pomogły mi książki kucharskie, na które też trzeba było polować. Pamiętam, że największym hitem była nie do zdobycia normalną drogą "Kuchnia polska" (nie jestem w stanie podać autorki, a może to była praca zbiorowa tak modna wtedy). Poszukiwana także jako prezent ślubny dla młodych par.

Od pierwszych dni prowadzenia swojego samodzielnego gospodarstwa domowego kupowałam książki kucharskie. Wtedy zaczęła się zapełniać moja kuchenna półka. Zbierałam je długo i mam ich sporo, a dopiero w ostatnich latach zrezygnowałam z kupowania nowych.

Zrezygnowałam z różnych powodów: zbyt wysokie ceny (to główna przeszkoda); niewygoda w korzystaniu (jeśli są to wielgaśne i ciężkie tomiska);  coraz mniejsza przydatność większości przepisów w mojej własnej diecie, no i fakt, że niewiele nowego mogę się z większości tych książek dowiedzieć.


Pozostało nadal zainteresowanie historycznymi kartami naszej polskiej kuchni, ale z kolei takie wydawnictwa są obecnie nie na moją kieszeń.




poniedziałek, 22 września 2014

Było... minęło... (21) - Ciągłe poznawanie historii

To jedna z tych książek, które znajduję w Starej Szafie i przeczytana przeze mnie dopiero niedawno. Inaczej więc odbieram ją niż młody czytelnik, dla którego była przeznaczona - pierwsze wydanie w 1969 roku.
Pod tym względem mam pewną uwagę krytyczną pod adresem autora, ale o tym później.
Gdy spojrzałam na tytuł i zajrzałam do notki wydawniczej natknęłam się na białą plamę w mojej własnej wiedzy historycznej. No, ale przecież nie jestem ani zawodowym historykiem, ani nauczycielką historii w szkole, więc nie muszę wiedzieć wszystkiego.
Po przeczytaniu powieści Sujkowskiego * (celowo dopiero po lekturze) szukałam informacji w posiadanych źródłach encyklopedycznych, ale to jak wiadomo króciutkie i ogólnikowe notki. A chciałam mieć jakiś punkt odniesienia do przeczytanej powieści.
Więcej znalazłam w internecie i dzięki temu wzbogaceniu się o nowe wiadomości mogę powiedzieć, że książka Bogusława Sujkowskiego dobrze oddaje tamte czasy i wydarzenia.
To barwna przygodowa opowieść, ale... I tu dochodzę do wspomnianej na początku uwagi. Nie miałabym zastrzeżeń, gdyby powieść przeznaczona była dla dorosłego czytelnika. To jednak książka dla młodego i moim zdaniem autor powinien zachować pewnego rodzaju umiar. Jestem jak najdalsza od dewocji i starczego niezrozumienia temperamentu i popędów płciowych młodości. ale nawet Sienkiewicz w "Trylogii" nie szafował w nadmiarze brutalnymi opisami takich scen i wydarzeń.
A tutaj co krok autor epatuje wręcz czytelnika ciągłymi tekstami o gwałtach na dziewczętach i kobietach, o męskich potrzebach, które szukają ujścia; o należnych im uciechach z dziewkami itd. Tak jakby sam miał jakąś manię na tym punkcie. Gwałt uważam za najohydniejszą krzywdę kobiet, ale rozpisywanie się o tym w książce dla kilkunastoletniego czytelnika to jednak przesada.
Domyślam się, że pisarz chciał jak najpełniej pokazać okrucieństwo lisowczyków, którzy nie wahali się dopuszczać najgorszych nawet czynów na ziemiach polskich, ale można to jakoś inaczej napisać kierując utwór do konkretnego przedziału wiekowego odbiorcy.

*Bogusław Sujkowski, "Lisowczycy. Powieść historyczna z XVII wieku", Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1988


Lisowczycy na obrazach

Juliusza Kossaka




Józefa Brandta




niedziela, 21 września 2014

Niedziela z obrazem (11)

W pogodowych komunikatach pojawiają się właśnie informacje o początku jesieni - kiedy, o której godzinie i minucie...  a więc obraz na dziś nie mógł być inny. Nie znam obrazu bardziej odpowiedniego do aktualnej pogody, chociaż w poszukiwaniu nitek babiego lata należy uciec od tłoku i hałasu wielkiego miasta... zanurzyć się w spokoju jesiennego pola... w jesiennym ogrodzie...  Pamiętam raz, czy dwa złapanie takich nitek babiego lata...
To kolejny mój ulubiony obraz z dzieciństwa (dzięki wspominanej już książce "Kolory"), wielokrotnie oglądany w reprodukcjach.

Józef Chełmoński "Babie lato" (1875)


 "(...)  Nić się snuje srebrzysta i cienka,
Po ścierniskach, po drzewach się mota,
Jak marzenia, jak sny i nadzieje...
Jutro wiatr je jesienny rozwieje
I zostanie udręka i męka,
I bezdenna, jesienna tęsknota.

Babie lato, babie lato srebrne,
Jak szron bliski i blade przymrozki,
Snom i kwiatom spóźnionym trucizna...
Babie lato szare jak siwizna,
Szare jako serce niepotrzebne,
Jak starości znużenie i troski..."
                                                                         Leopold Staff "Babie lato" 

sobota, 20 września 2014

Dzikuska z dobrego domu

Skierowałam obecnie część swoich zainteresowań czytelniczych w stronę mniej znanych po wojnie tytułów i autorów, zaliczanych do kręgu "literatury popularnej". To dość lekceważące zaszufladkowanie dokonane oczywiście przez krytyków i teoretyków literatury. W tej szufladce znalazły się takie nazwiska jak Helena Mniszkówna, ale także Maria Rodziewiczówna i Tadeusz Dołęga-Mostowicz - co jak zawsze mnie bardzo irytuje.

Przeczytałam latem kilka powieści, którym poświęcę kolejne notki.
Dziś pierwsza z nich


Powieść ukazała się w 1927 roku i do momentu wybuchu II wojny światowej miała 7 wydań (wybrałam jedną z przedwojennych okładek). Na kolejne wydanie musiała czekać aż 60 lat, bo autorka znalazła się w 1951 roku na liście cenzury. I jedyny w tym optymistyczny akcent, że Irena Zarzycka dożyła wydawniczego przypomnienia swojego debiutu. Napisała w 1988 roku kilka słów o sobie we wstępie do wydania, który to wstęp przybliża nam osobę pisarki. Jak sama określiła "Dzikuskę" napisała zupełnie inna Irena Zarzycka, która zniknęła po tragicznych przeżyciach wojny. Cały znany czytelnikom dorobek pisarski to twórczość przedwojenna osoby szczęśliwej.
A powieść "Dzikuska" według niej to nie wydarzenie literackie, a pewnego rodzaju zjawisko socjologiczne.

Tytułową bohaterką jest Ita Kruszyńska - półsierota bez matki, o której wychowanie nie zadbał ani wiecznie zapracowany ojciec, ani nawet starsi bracia. Jednak w pewnym momencie szukają pomocy u studenta korepetytora, bo panna nie jest już dzieckiem, a owa tytułowa "dzikość" to rzecz nie do przyjęcia w cywilizowanym świecie towarzyskim.
To powieść przewidywalna, z romansowym trójkątem: dzika panienka, demoniczna (przynajmniej we własnych oczach) miejscowa femme fatale i młody człowiek między nimi. Jednak, mimo prostoty konstrukcji i języka, książka zawiera wiele inteligentnego humoru i właściwie nawet nadawałaby się do dzisiejszego rodzaju filmowych komedii romantycznych.

Miała nawet swoją filmową odsłonę, bo już w rok po wydaniu stała się podstawą scenariusza filmowego.
Był to film niemy, którego nie możemy obejrzeć, bo nie zachował się do dzisiejszych czasów.


Miejsce akcji powieści nie jest określone bardzo dokładnie - pojawiają się jedynie takie określenia jak "piękno krajobrazu wschodnich Karpat", nazwy miast Lwów i Stryj, wiejskie imiona (Paraska, Iwan ).To nam pozwala na bliższe umiejscowienie powieści na Kresach. Jednak tylko geograficzne położenie jest tutaj kresowe. Fabuła nie zawiera ani opisów miejscowej rzeczywistości, ani nie podejmuje problemów społecznych charakterystycznych dla tamtych stron. Wszystkie wydarzenia równie dobrze mogłyby się rozgrywać w każdym innym polskim dworku, ponieważ akcja nie wychodzi poza to środowisko.

Bardzo przyjemna lektura na odstresowanie i poprawę humoru.

Wpis dodaję do wyzwania  "Lata dwudzieste, lata trzydzieste"



piątek, 19 września 2014

O projektach

Będzie bardziej kresowo  w książkowej blogosferze, a to za sprawą Kaye - pomysłodawczyni blogowego projektu  "Kresy zaklęte w książkach"
Książki poruszające tematykę polskich Kresów pojawiają na blogach systematycznie, ale teraz będą chociaż częściowo zebrane w jednym miejscu tworząc cenny przewodnik i informator w tym zakresie.
Ja sama nie planowałam dołączenia i współtworzenia bloga projektu, przede wszystkim ze względu na swoje podejście do blogowego recenzowania książek. Uważam, że moje teksty nie są recenzjami z prawdziwego zdarzenia, tu zachowuję dużą pokorę.
W przeciwieństwie do wielu (prawdopodobnie młodych) piszących, którzy każdą swoją radosną twórczość uważają za recenzje. Moje wpisy blogowe to po prostu osobiste opinie, garść refleksji, kilka uwag - szczególnie w ostatnich miesiącach, gdy nie mam czasu na szersze dopracowanie tekstu. Dałam się jednak namówić i postanowiłam po namyśle dołączyć ze swoim skromnym udziałem.

Moje zainteresowanie Kresami -  tymi "prawdziwymi" i dalekimi, które nie należą już do Polski, nie łączy się w jakiś szczególny sposób z rodzinnymi korzeniami. Co prawda jestem Łodzianką z dziada pradziada - dosłownie, ale mam też pewne związki z ziemiami wschodnimi ze strony mojej  Mamy. Dokładnie są to dawne białostockie szlacheckie wioski, w których po II wojnie światowej nie wspominało się już o "herbowych papierach", a ślady historii zaginęły w mrokach niepamięci.
Być może dlatego coś mnie ciągnie w tamtą stronę...  a do tego dochodzi jeszcze brak wiedzy będący wynikiem wieloletniego przymusowego milczenia i pustki wydawniczej...
Mam jednak problem z udźwignięciem pewnych tematów - to szczególnie dotyczy rzezi wołyńskiej.
Przeczytałam mocno krytyczne zdanie pod adresem takich czytelników jak ja, którzy jakoby uciekają w wygodne światek przed przerażającą prawdą tamtych wydarzeń. Nie podejmuję dyskusji, bo wydaje mi się mało owocna w warunkach internetowych. Jednak zanim się wyda taki osąd może należałoby wziąć pod uwagę przyczyny takiej "czytelniczej ucieczki"? Mogę mówić tylko we własnym imieniu, ale nie będę się tu tłumaczyć na zasadzie tych przysłowiowych nożyczek.

Moje własne projekty coraz bardziej leżą odłogiem, ale cały czas mam nadzieję, że z czasem jednak chociażby sama je trochę ożywię. A wyzwań i projektów blogowych jest tyle, że niestety... można sobie tylko do nich zaglądać i poczytać co nie nieco na blogach biorących w nich udział.


środa, 17 września 2014

Wrześniowe dni w Hruszowej

Wojenny początek tragicznego końca we wspomnieniach Jadwigi Skirmunttówny,  przyjaciółki i wieloletniej towarzyszki życia Marii Rodziewiczówny.
Już niedługo przepadło wszystko, co było polskością w Hruszowej. Wtedy udało się jeszcze uratować kilka lat życia pisarki.Dorobek materialny zniszczony...

" [...] Pierwszego września nad ranem zbudził mnie warkot samolotu przelatującego nad domem; nie zwróciłam na to uwagi, ale kwadrans potem posłyszałam odgłos wybuchu i pomyślałam spokojnie: to jakieś ćwiczenia. Tymczasem był to już samolot niemiecki, który rzucił na Kobryń pierwsze bomby, a jednocześnie były bombardowane inne nasze miasta , jak Brześć, Grodno itd. Parę godzin potem, po śniadaniu, przyleciał ktoś z gminy z wiadomością, że wojna wypowiedziana i samoloty niemieckie rzucają bomby.
   Wrażenie było wielkie. Czułyśmy, że szła na świat z Zachodu ogarniająca cały nasz horyzont chmura pełna błysków i gromów, nie wiedzieliśmy tylko, że ogarnie horyzont całej kuli ziemskiej i wstrząśnie posadami świata. 
   Wieści przez te pierwsze dni przychodziły sprzeczne: jedne mówiły o powodzeniach, inne o klęskach [...]   

   Któregoś dnia, zdaje mi się, że siódmego, zajechał wielki ciężarowy samochód wiozący kilka rodzin urzędników ministerstwa przemysłu i handlu ewakuowanych z Warszawy. Przyjęliśmy wszystkich, pokoje na górze były gotowe, a poza tym oddaliśmy im w ogrodzie "chatę leśnych ludzi". [...]

Siedemnastego września przyszli do nas dwaj panowie Pruszyńscy, Konstanty i Kazimierz; szli od oblężonej Warszawy w stronę Baranowicz, gdzie siostra ich miała majątek, ale wobec niepewności położenia i pogłosek o bolszewikach, które i oni słyszeli, prosili o przyjęcie ich tymczasem do Hruszowej. Urządziłyśmy dla nich spanie w przedpokoju.
   Z panem Konstantym, który służył nam we wszystkim pomocą, zawiązał się od razu serdeczny i miły stosunek.
Jednocześnie prawie przyszli państwo Jacuńscy z Brześcia.
   W pogłoski o bolszewikach nie chciałyśmy jeszcze wierzyć, tym bardziej że z zachodu nadciągali Niemcy i dziewiętnastego byli już w Kobryniu. Uderzała nas tylko jedna rzecz: zachowanie się miejscowej ludności, która do roboty przestała przychodzić; parę kobiet pracujących przy gospodarstwie rzuciło służbę, a u tych, którzy jeszcze zostali, jak pomocnik nasz w ogrodzie, Mikołaj, zmienił się po prostu wyraz twarzy, jakby z nich opadła maska! Polska służba stała przy nas wiernie, a pomocnik pana Kisiela rządcy, Bronek Wierzbicki, z całym spokojem i odwagą do końca w najtrudniejszych chwilach służył nam z pomocą. Co dzień wieczorem zbieraliśmy się wszyscy razem na wspólny pacierz; prosiliśmy o pomoc dla naszych wojsk, o wieczny spokój dla tych, którzy już krew za ojczyznę dali, o ratunek dla Kraju. [...]

   Dziewiętnastego września mieliśmy wiadomość, że Kobryń się pali i Niemcy dojdą prawdopodobnie w nocy do Hruszowej; nie kładłyśmy się więc spać, jeszcze raz z Rodziewiczówną przechodząc razem, tak jak w 1915, męczące oczekiwanie przyjścia obcych wojsk, ale o ileż teraz było nam ciężej!... Ale Niemcy stali w Kobryniu i dalej nie poszli, a wieści o nadciąganiu wojsk bolszewickich nabierały coraz większej mocy. [...]

Jadwiga Skirmunttówna, "Pani na Hruszowej", wydawnictwo MG, 2012,  s.157-160 

wtorek, 16 września 2014

"I była miłość w getcie"

Książka napisana, a właściwie opowiedziana potocznym językiem i chyba przez to szczególnie wymowna.
Wydaje się być niewielka, można ją szybko przeczytać, ale ja ją czytałam z przerwami, "w odcinkach". Zawarta w niej treść jest dla mnie tak skondensowana, że potrzebowałam czytania bez pośpiechu, by dać sobie czas na przemyślenia.
Trzymam się własnej zasady, o której pisałam TU - " W przypadku takich wspomnień nie należy pisać streszczeń książek, bardziej lub mniej szczegółowych. To nic nie daje, bo co wybrać do recenzji? które wydarzenie wyszczególnić?... -  trzeba przeczytać od początku do końca... przebyć całą drogę..."

Zacytuję samego autora, bo ta myśl wydaje mi się szczególnie ważna i powinna wywołać u czytelnika refleksję o tym, czego się dowiedział. Nie tylko w odniesieniu do tych konkretnych wspomnień...

"Czy dziś wolno widzieć sprawy tak, jak się je wtedy widziało? Czy trzeba myśleć po nowemu? Czy trzeba przepuszczać wspomnienia przez filtr dzisiejszej wiedzy?" *


*Marek Edelman, "I była miłość w getcie", Świat Książki Warszawa 2009,  s.105

poniedziałek, 15 września 2014

Książka w podróży

W zestawie podróżnym pociągowym zawsze mam coś do czytania. Kiedyś były to gazety lub czasopisma - nie cytuję nikogo, ale w pewnym momencie doszłam do wniosku, że treści w nich znalezione nie są warte coraz większej ceny. Szkoda mi pieniędzy na wydawnictwa jak spod jednej sztancy, różniące się tylko tytułami, za to z nachalnymi reklamami w nadmiarze. A reklam szczególnie nie lubię (delikatnie mówiąc).
Czasami zabieram ze sobą książkę z własnej półki, ale ostatnio wykorzystując okazję kupuję to i owo. Oczywiście nie kupuję po "normalnej" cenie, ale w punktach z tanią książką.
Przed sławnym Euro 2012, zanim zaczął się remont dworca Warszawa Wschodnia, zawsze coś wygrzebałam z pudeł stojących na środku hali  (ustawionych w czworobok). To były naprawdę tanie zakupy, bo kilkuzłotowe (kupowałam gazetki). Teraz zaglądam do takiego miejsca u siebie, na jednym z dworców w Łodzi. Tam niestety łamię się i wbrew własnej zasadzie "że już nie kupuję książek" - kupuję za każdym razem. W ten sposób nabyłam już trzy części z serii "Dwudziestolecie międzywojenne", chociaż zupełnie nie planowałam tych zakupów.
No cóż... słaba wola mola książkowego jednak zwycięża....

Nazwisko autora jest już znane dość dobrze, a sam twórca tych wydanych książek postrzegany jest jako historyk-plotkarz. Spotkałam się na blogach z częstymi krytycznymi opiniami o jego wydawnictwach - mówiąc krótko jest lekceważąco zaszufladkowany do gorszego gatunku piszących historyków. Na tej samej zasadzie co Rodziewiczówna i Dołęga-Mostowicz - literatura drugiej kategorii..
Ja nie dołączę do grona krytykantów, ponieważ potraktowałam przeczytane dotychczas części z tej serii jako informatory ze zdjęciami. Nie oczekując poważnych opracowań historycznych, chciałam zdobyć nowe wiadomości, a przede wszystkim obejrzeć archiwalne zdjęcia, których nigdy nie mam dosyć. Nigdy tak nie jest, że wiemy wszystko na dany temat, zawsze możemy znaleźć w kolejnej książce nowe informacje.

Tutaj również znalazło się sporo nowości - szczególnie o Lidze Morskiej i Kolonialnej. Naprawdę, przytoczone fakty oraz planowana kolonizacja zamorskich terenów mająca stworzyć mocarstwową Polskę dziś wydaje się być absurdalną ideą całkowicie oderwaną od rzeczywistości.
A jednak wtedy znalazła tak wielu zwolenników...

Do innych, typowo plotkarskich książek tego autora raczej nie planuję sięgać. Mało interesują mnie sprawy "kto z kim" przed laty w układach damsko-męskich znanych kiedyś polskich gwiazd. Może w czasach nastoletnich byłoby to dla mnie ciekawe, ale teraz to czas przebrzmiały. Ale nie na tyle, żeby stał się atrakcyjny historycznie. Bardziej wolę oglądać współczesne zdjęcia tzw. ikon PRL-u, pocieszając się, że nie tylko ja się zestarzałam... one też...

niedziela, 14 września 2014

Niedziela z obrazem (10)

W Warszawie bywam przejazdem co jakiś czas. I zawsze mam tego czasu za mało na spacery, zwiedzanie, lepsze poznawanie miasta. Jednak za każdym razem, gdy idę odbudowanymi z gruzów uliczkami Starego Miasta, myślę o tych miejscach, którym nie dane było zachować się choćby w części w dawnej postaci sprzed wieków.
Dlaczego inne miasta w Europie szczycą się domami mającymi kilka setek lat (to mnie szczególnie dotknęło kiedyś w Edynburgu), a u nas tak strasznie zniszczono stolicę? Nie jestem szczególną miłośniczką Warszawy, jakoś nie czuję więzi z tym miastem. To wcale nie oznacza, że nie czuję chociażby złości (o mocniejszych uczuciach już nie mówię) na takie barbarzyństwa historii.
Kilkanaście lat temu kupiłam pięknie wydany kalendarz z reprodukcjami warszawskich obrazów.Canaletta.
Nie mam go niestety, bo bez namysłu wykorzystałam go w swojej pracy i tak zagubił się w końcu.
A że w minionym tygodniu znalazłam się w Warszawie dwa razy, stąd ten obraz na dziś.
Mogę bez końca oglądać obrazy  Bernarda Bellotta - zawierają tak ogromny ładunek szczegółów, że są wspaniałą historyczną lekcją poglądową. Jak zawsze najbardziej interesują mnie ludzie i pokazane na obrazach życie codzienne ulicy.

Canaletto "Krakowskie Przedmieście od strony Nowego Światu" (1778)



wtorek, 9 września 2014

Nie "dziadunio", ale okrutny dziad

W tytule posta użyłam słowo "dziad" - nie w znaczeniu "dziadowski", ale jako archaiczną formę "dziadka".
"Dziad" to przecież powszechne określenie dostojnego starca, głowy rodu, protoplasty, funkcjonujące jeszcze w polszczyźnie przedwojennej XX wieku
Natomiast forma "dziadunio" - rodzaj spieszczenia, to i dziś spotykane określenie mające pozytywny wydźwięk.
I tu dochodzę do sedna sprawy. Po przeczytaniu (dopiero w tym roku), tego tak znanego debiutanckiego utworu Marii Rodziewiczówny, mam pretensję do autorki o zmylenie potencjalnego czytelnika. Tak to właśnie odebrałam. Kierując się tytułem miałam wizję opowiastki z tytułowym bohaterem jako sympatycznym, może lekko zdziwaczałym (choć niegroźnym) staruszkiem, w odniesieniu do którego słowo "straszny" jest określeniem z lekkim przymrużeniem oka. Tymczasem ów "dziadunio" to zbyt surowy dziadek, który bawi się w psychologiczno-pedagogiczne eksperymenty na żywym organizmie. Czyli wypróbowuje na swoich wnukach własne koncepcje "wykierowania młodego człowieka na ludzi". Jeden wnuk ma nieograniczony dostęp do bogactwa i życie bez kontroli, drugi musi sam pokonywać trudną drogę życiową w biedzie i znoju. A dziadek obserwuje rozwój swoich teorii w praktyce.

Powieść jest dobrze zaplanowana, akcja ciekawa, czyta się dobrze. Jednak chyba nie będę miała ochoty wrócić do niej właśnie ze względu na zbyt okrutne i bezwzględne potraktowanie Hieronima przez dziadka. Gdy przeniesiemy literacką fikcję do realnego życia (oczywiście osadzając w rzeczywistości tamtych czasów) i zastanowimy się nad skutkami zastosowanych metod wychowawczych, czy wyznaczony cel nie miał zbyt wysokiej ceny? Co z tego, że młody człowiek został ukształtowany na wzór oczekiwany przez dziadka, skoro musiał po drodze doznać wielu traumatycznych (mówiąc dzisiejszym językiem) przeżyć, które psychicznie niszczyły jego najpiękniejsze młode lata. Przesada nigdy nie jest wskazana, nawet w minionych wiekach, gdy nikt nie myślał o prawach dziecka i nie zaprzątał sobie głowy jakimiś tam duchowymi skutkami nazbyt surowej dyscypliny w edukacji młodych ludzi.

Egzemplarz na który trafiłam w bibliotece to wydanie z 1972 roku, z pięknymi jak zawsze ilustracjami Antoniego Uniechowskiego.




I jeszcze charakterystyczne dla czasów PRL-u lekceważące wybrzydzanie nad Rodziewiczówną, bez  tego pewnie nie mogłaby się książka ukazać. Zresztą jak widać niektóre powieści Rodziewiczówny pojawiały się po wojnie, choć teraz mocno podkreśla się umieszczenie pisarki na czarnej liście cenzury i zakaz wydawania.