sobota, 28 grudnia 2013

W krainie wiecznej zimy

"Oczekiwałem drżenia lodowca, ale ten wstrząs przewyższył wszystko, co mogłem sobie wyobrazić. Przeniesiony lodem, sprawił, że cały drżałem. W jednej chwili pojąłem, że nie było to normalne lądowanie. Nie było to również lądowanie :na brzuchu", ze schowanym podwoziem. Pilot prawdopodobnie źle obliczył wysokość. Zbyt szybko obniżył maszynę. Musiała ulec katastrofie; być może przełamała się. (...)
   Ruszyliśmy natychmiast w drogę pod wiatr. (...)
   Potworne, oślepiające porywy wichury, niosącej lodowy pył, były prawdziwym koszmarem. Moja głowa, pozbawiona maski, marzła, a gardło płonęło. Kaszlałem, mimo że starałem się osłonić usta oraz nos i oddychać bardzo ostrożnie.
   Była to naprawdę piekielna męka. Biegliśmy jednak tak szybko, jak tylko pozwalała nam na to powierzchnia lodu i niezgrabne, futrzane ubiory. Wszak dla ludzi ubranych inaczej niż my życie czy śmierć w tej temperaturze i przy takim wietrze są tylko sprawą czasu. A było przecież możliwe, że samolot został rozpruty na całej długości lub rozłamał się na połowę, wyrzucając na lód tych, którzy przeżyli moment katastrofy. To, co ich oczekiwało na zewnątrz, równało się natychmiastowej śmierci (...)"

Tak rozpoczyna się ta opowieść - od przymusowego lądowania turystycznego samolotu na lodowcu, w pobliżu stacji badawczej. Nie jest to jednak zwykła katastrofa, a wszystkie następne wydarzenia są równie tajemnicze.
Jak zwykle u MacLeana powieść trzyma czytelnika w napięciu do końca, a cała akcja jest pełna zaskakujących zwrotów. Odsuwając jednak na bok wątki sensacyjne, mamy tu pokazaną historię walki o życie w ekstremalnych warunkach - to walka z naturą ludzką i walka z Naturą. Jakże niewiele znaczy człowiek i jego wynalazki w zetknięciu z siłami dużo mocniejszymi.

"Białe piekło tej nocy, męki ciężkich godzin są wspomnieniem, którego nigdy nie wymażę ze swojej pamięci. Nie wiem dokładnie, przez ile godzin, potykając się, posuwaliśmy się po śladach traktora. Wlekliśmy się jak w transie. Mogło to być sześć, osiem, a nawet dziesięć godzin. Nie umieliśmy ich zliczyć i prawdopodobnie już nigdy nie potrafimy zdać sobie z tego sprawy. Każda sekunda stawała się cierpieniem. Mróz, męczący marsz, wyczerpanie psychiczne, palące stopy i pozbawione czucia ręce sprawiły, że każda godzina zamieniała się w wieczność. Nikt z nas nie wierzył, że wytrzyma do końca tej nocy (...)".

Ta książka to oczywiście lektura z gatunku rozrywkowej sensacji, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
Wyciągnęłam ją z półki do grudniowej edycji Trójki E-pik  w kategorii: książka zimowa (zima w tytule/akcja dzieje się zimą) 


W tym miesiącu to mój jedyny udział trójkowy, bo dla pozostałych kategorii czasu nie było. Grudzień to dla mnie miesiąc najbardziej świąteczny i rodzinny, a dodatkowo nie trafiły się pasujące książki. Będąc w bibliotece szukałam nawet odpowiednich książek - nic tanecznego ciekawego nie było, a na półce rosyjskiej cieniutko. Trochę znanych mi starzyzn, nic nowego (pewnie były " czytaniu").
"Noc bez brzasku" to powieść z 1959 roku. Mój egzemplarz został kupiony w roku wydania, czyli w 1990 i wtedy książkę przeczytałam. Ale ponieważ od tego czasu minęły już 23 lata, spokojnie mogę zaliczyć powtórną lekturę.

Ciekawostką jest brak nazwiska tłumacza, czyżby to była studencka praca |"wespół w zespół"?  
Podejrzewam tak dlatego, bo została wydana przez Studencką Oficynę Wydawniczą ZSP w Warszawie, a wydrukowana w... Debreczynie.

Od tamtego czasu nie wracałam do książki, więc to także jest moje odkurzanie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz