poniedziałek, 9 grudnia 2013

Blade cienie dawnej świetności, czyli nic śmiesznego w byczkach.

Nie planuję swojej blogowej pisaniny, więc nie zachowuję proporcji w zachwytach i krytykach, w narzekaniu i zachwalaniu. Jakoś tak samo się to układa, że znowu będzie trochę narzekania.
Jedną z rzeczy, których szczerze nienawidzę są wydawnicze knoty. Doprowadza mnie do szewskiej pasji fakt, gdy w trakcie czytania nagle orientuję się, że zdanie z poprzedniej strony ma jakąś głupią kontynuację na następnej. A już podwójnie jestem wkurzona, gdy sprawa dotyczy kryminału. Nawet tak specyficznego jak to u Joanny Chmielewskiej. Sprawdzam numerację i co widzę? brak kilkunastu stron. I wcale nie przez jakiegoś czytelnika-wandala. Nic nie zostało wyrwane, ani samo nie wyskoczyło. Kartki siedzą mocno - po stronie 208 mamy stronę 225.

No nic... pozgrzytawszy zębami czytam dalej, a tam za chwilę powtórka z rozrywki! Po stronie 240 znowu strona 225 do strony 240.

Gdybym miała nieszczęście posiadania tego egzemplarza na własność, czyli wydałabym na niego dość sporą kwotę 38,99 zł, na pewno nie odpuściłabym wydawnictwu takiego brakoróbstwa. To musieliśmy znosić w głębokim PRL, mamy jednak podobno XXI wiek. Teraz mamy prawo wymagać lepszego podejścia do sprawy, szczególnie gdy książki są zbyt drogie na emerytalną kieszeń. Ale to książka wypożyczona z biblioteki, a wydana prawie 3 lata temu, więc nic nie zrobię. Ciekawe swoją drogą, czy wcześniejsi czytelnicy zgłaszali sprawę oddając książkę.

A rzecz cała dotyczy książki "Byczki w pomidorach".

To jedna z nielicznych powieści Joanny Chmielewskiej, której nie kupiłam. A powody? Moje własne coraz większe rozczarowanie ostatnimi książkami autorki, przeczytałam o "Byczkach..." opinie na blogach, no i znowu kwestia kasy.
Swoją droga jakie to niesprawiedliwe, że dawno temu, w czasach, gdy stać mnie było na książki to tych książek nie było w księgarniach, a teraz sytuacja się odwróciła... dla mnie na gorsze.

Gdybym chciała w punktach określić swoje wrażenia po lekturze, wyglądałoby to tak:
- nie wiem dlaczego taki tytuł, każdy inny byłby równie dobry/niedobry
- mało napięcia sensacyjno-kryminalnego
- nie było okazji, żeby tak naprawdę szczerze się pośmiać
- największe rozczarowanie - kultowy pan Muldgaard, to właśnie ten główny cień dawnej świetności.

Kolejna przegadana, nużąca opowieść napisana chyba (?) współcześnie, z wykorzystaniem starego pomysłu. Akcja dzieje się kilka lat po wydarzeniach, które tworzą "Wszystko czerwone", czyli mniej więcej około 1978-79 roku.
Nie ma jednak sensu dokonywania porównań tych dwóch powieści, bo dzieli je wszystko, tworząc przepaść nie do przebycia. Wszystko w "Byczkach..." wypada na niekorzyść w takim porównaniu. Być może gdybym nie znała najlepszej części twórczości pisarki, a na pewno powieści "Wszystko czerwone", to może łagodniej odebrałabym te nieszczęsne byczki.

7 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O błędach drukarskich typu literówki już nawet nie napisałam, tyle tego teraz pełno. A ja mam akurat taką przypadłość, że momentalnie je wyłapuję. Tak jak mam duże kompleksy co do własnych umiejętności, to nieskromnie uważam, że byłabym dobrą korektorką.
      W PRLu w wielu książkach były karteczki z erratą, pamiętasz? Co świadczyło, że w jakimś stopniu liczyli się z odbiorcą.

      A co do tłumaczeń, to jesteśmy na nie skazani. Nikt nie zna wszystkich języków świata, co oczywiście nie zwalnia wydawnictw z odpowiedzialności za to, co wypuszczają na rynek.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Ja też mam sporo takich książek z erratami. Ale chyba trudno byłoby je wszystkie zbierać, bo niektóre nie są luzem w książce, tylko są porządnie wklejone razem z innymi kartkami.

      Usuń
  2. Errata, jakie to kiedyś było powszechne :-)
    Byczków jeszcze nie czytałam, ale trochę mnie wkurzyły Kocie worki.
    Natomiast zaczęłam czytać Zbrodnię w efekcie i podoba mi się, przynajmniej początek.
    Ale rozumiem Twoje obiekcje, też miałam niedosyt dawnej Chmielewskiej, ale cóż, wszystko się zmienia. Ona też. A teraz już jej nie ma i nie będzie ani dobrych, ani złych książek. A taką miałam nadzieję na jej historyczną książkę, którą kiedyś zapowiadała w wywiadzie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mi się akurat zebrało, pisanie o tych ostatnich książkach, do których mam tyle zastrzeżeń. Ale cały czas mam zamiar napisać o wszystkich, tylko jakoś w czasie mi się to przesuwa. "Zbrodnię..." kupiłam, jako swego rodzaju pożegnanie z ulubioną pisarką. Zaczęłam czytać, ale wskoczyły inne lektury.

      Usuń
  3. Ja na szczęście nigdy nie natrafiłam na podobnego bubla wydawniczego. Niestety bardzo często natykam się na literówki i perełki w stylu: ,,Kocham twojego nos". To dla mnie nie do przyjęcia. Zwłaszcza, gdy czytelnictwo wśród Polaków spada książki powinny dawać przykład tego, jak powinno się wyrażać i pisać.

    OdpowiedzUsuń