niedziela, 29 grudnia 2013

"Anna German o sobie" - czy rzeczywiście?

Serial rosyjskiej produkcji przypomniał, a chyba częściej przedstawił nieznaną młodszym widzom Annę German.
Nie będę nieszczerze dołączać do zachwytów nad piosenkami, bo chociaż cenię talent artystki, to nie należałam nigdy do Jej wielbicieli. Może byłam zbyt młoda, aby docenić wartość głosu..., bo właśnie o ten głos tu chodzi. Głos, który zachwyca i wzrusza wielu słuchaczy mnie drażnił, nie lubiłam go. Sposób śpiewania Anny German, ta specyficzna wysokość głosu mnie wręcz zniechęcała do słuchania.
Czas największej popularności tych piosenek, gdy były one przebojami i często nadawano je w radio, to czas moich -nastu lat. Naturalne było, że nie zachwycały mnie wtedy przeboje pokolenia moich rodziców i gwiazdy estrady, które je śpiewały - Irena Santor, Halina Kunicka, Joanna Rawik, Stenia Kozłowska, Sława Przybylska...
To nie był repertuar dla nastolatek - my słuchałyśmy piosenek młodzieżowych zespołów i wokalistów, zapisując w zeszytach kolejne notowania listy przebojów.
A piosenek "starszych pań" nie lubiłam słuchać nie ze względu na melodię lub tekst, ale właśnie z powodu głosu i interpretacji. Pamiętam, jak wręcz nienawidziłam sposobu, w jaki "mordowała" Chopina Joanna Rawik w piosence "Romantyczność". Jak ja nie znosiłam tego głosu!
Teraz, po latach, oczywiście inaczej odbieram tamte stare przeboje. A oglądając serial również inaczej słuchałam piosenek Anny German.

Książka Marioli Pryzwan nie jest klasyczną biografią, ani książką z typu wspomnieniowego. To zbiór wypowiedzi  piosenkarki, dokumentów i fotografii, dobranych tematycznie do kilkudziesięciu tytułów. Największą wartością są według mnie zdjęcia i skany dokumentów.
Natomiast treść wypowiedzi samej Anny German... no cóż... mówiąc ogólnie: ocenzurowany życiorys.
Nic zresztą dziwnego, skoro wszystkie są cytatami z wywiadów. A wiadomo, że wtedy drukowane w prasie, emitowanie w radio wywiady nie były puszczane "na żywioł".
Te krótkie wypowiedzi, w większości 2-3 zdaniowe, są powyrywane z większych całości (pod każdą jest podane źródło), co wcale nie daje dobrego efektu. I cały czas ma się to uczucie sztuczności, wygładzenia, ogólnikowości, przemilczenia.

Książkę traktuję jako uzupełnienie serialu, bo według mnie sama w sobie nie daje możliwości prawdziwego poznania Anny German. Chociaż i ten serial nie jest najlepszym źródłem wiedzy. Jednak lepszy taki, niż żaden.

Mistrz muzycznej magii

Zmarł Wojciech Kilar - polski kompozytor, którego muzyka filmowa jest wspaniałym elementem każdego dzieła, które współtworzy.


Napisałam o współtworzeniu filmu, bo dla mnie muzyka w filmie nie jest "podkładem", ani tłem" (jak to często się określa). Muzyka jest równie ważną częścią jak obraz i słowo.
Ja szczególnie mocno odbieram muzykę, może dlatego także, że oprócz wrodzonej wrażliwości na piękno dźwięków mam także trochę własnych umiejętności  w grze na instrumencie (fortepian). Ważne było w mojej filmowej edukacji czasu dorastania poznawanie polskich filmów lat 60-tych, ze wspaniałą muzyką jazzową naszych najlepszych twórców.

Dorobek filmowy Wojciecha Kilara to długa lista bardzo dobrych i znaczących w polskiej kinematografii  tytułów, a jeśli jakiś film odbieram jako mniej wartościowe dzieło  (po prostu mnie się niezbyt podoba) to Jego muzyka zawsze jest wartościowa.

- "Nikt nie woła" (1960)
- "Tarpany" (1961)
- "Milczenie" (1963)
- "Ktokolwiek wie..."
- "Sól ziemi czarnej" (1969)
- "Perła w koronie" (1971)
- "Paciorki jednego różańca" (1979)
- "Śmierć jak kromka chleba" (1994)
- "Giuseppe w Warszawie" (1964)
- "Późne popołudnie" (1964)
- "Morderca zostawia ślad" (1967)
- "Salto" (1965)
- "Chudy i inni" (1966)
- "Marysia i Napoleon" (1966)
- "Sami swoi" (1967)
- "Westerplatte" (1967)
- "Lalka" (1968)
- Struktura kryształu" (1969)
- "Iluminacja" (1972)
- "Bilans kwartalny" (1974)
- "Barwy ochronne" (1976)
- "Spirala" (1978)
- "Kontrakt" (1980)
- "Cwał" (1995)
- "Persona non grata" (2005)
- "Rejs" (1970)
- "Ziemia obiecana"
- "Kronika wypadków miłosnych" (1985)
- "Pan Tadeusz" (1999)
- "Trędowata" (1976)
- "Przypadek" (1981)
- "Pianista" (2002)
- "Przygody pana Michała" (1969)
- "Rodzina Połanieckich" (1978)

sobota, 28 grudnia 2013

W krainie wiecznej zimy

"Oczekiwałem drżenia lodowca, ale ten wstrząs przewyższył wszystko, co mogłem sobie wyobrazić. Przeniesiony lodem, sprawił, że cały drżałem. W jednej chwili pojąłem, że nie było to normalne lądowanie. Nie było to również lądowanie :na brzuchu", ze schowanym podwoziem. Pilot prawdopodobnie źle obliczył wysokość. Zbyt szybko obniżył maszynę. Musiała ulec katastrofie; być może przełamała się. (...)
   Ruszyliśmy natychmiast w drogę pod wiatr. (...)
   Potworne, oślepiające porywy wichury, niosącej lodowy pył, były prawdziwym koszmarem. Moja głowa, pozbawiona maski, marzła, a gardło płonęło. Kaszlałem, mimo że starałem się osłonić usta oraz nos i oddychać bardzo ostrożnie.
   Była to naprawdę piekielna męka. Biegliśmy jednak tak szybko, jak tylko pozwalała nam na to powierzchnia lodu i niezgrabne, futrzane ubiory. Wszak dla ludzi ubranych inaczej niż my życie czy śmierć w tej temperaturze i przy takim wietrze są tylko sprawą czasu. A było przecież możliwe, że samolot został rozpruty na całej długości lub rozłamał się na połowę, wyrzucając na lód tych, którzy przeżyli moment katastrofy. To, co ich oczekiwało na zewnątrz, równało się natychmiastowej śmierci (...)"

Tak rozpoczyna się ta opowieść - od przymusowego lądowania turystycznego samolotu na lodowcu, w pobliżu stacji badawczej. Nie jest to jednak zwykła katastrofa, a wszystkie następne wydarzenia są równie tajemnicze.
Jak zwykle u MacLeana powieść trzyma czytelnika w napięciu do końca, a cała akcja jest pełna zaskakujących zwrotów. Odsuwając jednak na bok wątki sensacyjne, mamy tu pokazaną historię walki o życie w ekstremalnych warunkach - to walka z naturą ludzką i walka z Naturą. Jakże niewiele znaczy człowiek i jego wynalazki w zetknięciu z siłami dużo mocniejszymi.

"Białe piekło tej nocy, męki ciężkich godzin są wspomnieniem, którego nigdy nie wymażę ze swojej pamięci. Nie wiem dokładnie, przez ile godzin, potykając się, posuwaliśmy się po śladach traktora. Wlekliśmy się jak w transie. Mogło to być sześć, osiem, a nawet dziesięć godzin. Nie umieliśmy ich zliczyć i prawdopodobnie już nigdy nie potrafimy zdać sobie z tego sprawy. Każda sekunda stawała się cierpieniem. Mróz, męczący marsz, wyczerpanie psychiczne, palące stopy i pozbawione czucia ręce sprawiły, że każda godzina zamieniała się w wieczność. Nikt z nas nie wierzył, że wytrzyma do końca tej nocy (...)".

Ta książka to oczywiście lektura z gatunku rozrywkowej sensacji, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
Wyciągnęłam ją z półki do grudniowej edycji Trójki E-pik  w kategorii: książka zimowa (zima w tytule/akcja dzieje się zimą) 


W tym miesiącu to mój jedyny udział trójkowy, bo dla pozostałych kategorii czasu nie było. Grudzień to dla mnie miesiąc najbardziej świąteczny i rodzinny, a dodatkowo nie trafiły się pasujące książki. Będąc w bibliotece szukałam nawet odpowiednich książek - nic tanecznego ciekawego nie było, a na półce rosyjskiej cieniutko. Trochę znanych mi starzyzn, nic nowego (pewnie były " czytaniu").
"Noc bez brzasku" to powieść z 1959 roku. Mój egzemplarz został kupiony w roku wydania, czyli w 1990 i wtedy książkę przeczytałam. Ale ponieważ od tego czasu minęły już 23 lata, spokojnie mogę zaliczyć powtórną lekturę.

Ciekawostką jest brak nazwiska tłumacza, czyżby to była studencka praca |"wespół w zespół"?  
Podejrzewam tak dlatego, bo została wydana przez Studencką Oficynę Wydawniczą ZSP w Warszawie, a wydrukowana w... Debreczynie.

Od tamtego czasu nie wracałam do książki, więc to także jest moje odkurzanie.



poniedziałek, 9 grudnia 2013

Urodziny Kirka Douglasa

Kirk Douglas urodził się 9 grudnia 1916 roku, jako Issur Danielovitch Demsky, syn biednych żydowskich emigrantów z carskiej Rosji.Jego życie to klasyczny przykład sukcesu w amerykańskim stylu, w rodzaju "od pucybuta do milionera".

Po raz pierwszy zobaczyłam go w filmie "Spartakus" (1960), co było dla mnie dużym przeżyciem kinowym. Oglądałam bowiem ten film również po raz pierwszy na ekranie szerokości 70 mm w kinie "Bałtyk" (oczywiście w Łodzi).. Wtedy to była nowość na skalę ogólnopolską. "Bałtyk" był pierwszym w Polsce kinem przystosowanym do projekcji szerokoformatowej (modernizacja w 1967). We wszystkich innych kinach oglądaliśmy filmy na małych ekranach, a tu taki wspaniały szeroki obraz. Co miało dodatkowe znaczenie przy filmie panoramicznym. Zapamiętałam nawet cenę biletów - 50 zł, podczas gdy bilety do innych kin były o wiele tańsze.
Oczywiście film wyświetlany był u nas kilka lat później, jak zwykle w przypadku filmów zachodnich "z poślizgiem" czasowym.

Blade cienie dawnej świetności, czyli nic śmiesznego w byczkach.

Nie planuję swojej blogowej pisaniny, więc nie zachowuję proporcji w zachwytach i krytykach, w narzekaniu i zachwalaniu. Jakoś tak samo się to układa, że znowu będzie trochę narzekania.
Jedną z rzeczy, których szczerze nienawidzę są wydawnicze knoty. Doprowadza mnie do szewskiej pasji fakt, gdy w trakcie czytania nagle orientuję się, że zdanie z poprzedniej strony ma jakąś głupią kontynuację na następnej. A już podwójnie jestem wkurzona, gdy sprawa dotyczy kryminału. Nawet tak specyficznego jak to u Joanny Chmielewskiej. Sprawdzam numerację i co widzę? brak kilkunastu stron. I wcale nie przez jakiegoś czytelnika-wandala. Nic nie zostało wyrwane, ani samo nie wyskoczyło. Kartki siedzą mocno - po stronie 208 mamy stronę 225.

No nic... pozgrzytawszy zębami czytam dalej, a tam za chwilę powtórka z rozrywki! Po stronie 240 znowu strona 225 do strony 240.

Gdybym miała nieszczęście posiadania tego egzemplarza na własność, czyli wydałabym na niego dość sporą kwotę 38,99 zł, na pewno nie odpuściłabym wydawnictwu takiego brakoróbstwa. To musieliśmy znosić w głębokim PRL, mamy jednak podobno XXI wiek. Teraz mamy prawo wymagać lepszego podejścia do sprawy, szczególnie gdy książki są zbyt drogie na emerytalną kieszeń. Ale to książka wypożyczona z biblioteki, a wydana prawie 3 lata temu, więc nic nie zrobię. Ciekawe swoją drogą, czy wcześniejsi czytelnicy zgłaszali sprawę oddając książkę.

A rzecz cała dotyczy książki "Byczki w pomidorach".

To jedna z nielicznych powieści Joanny Chmielewskiej, której nie kupiłam. A powody? Moje własne coraz większe rozczarowanie ostatnimi książkami autorki, przeczytałam o "Byczkach..." opinie na blogach, no i znowu kwestia kasy.
Swoją droga jakie to niesprawiedliwe, że dawno temu, w czasach, gdy stać mnie było na książki to tych książek nie było w księgarniach, a teraz sytuacja się odwróciła... dla mnie na gorsze.

Gdybym chciała w punktach określić swoje wrażenia po lekturze, wyglądałoby to tak:
- nie wiem dlaczego taki tytuł, każdy inny byłby równie dobry/niedobry
- mało napięcia sensacyjno-kryminalnego
- nie było okazji, żeby tak naprawdę szczerze się pośmiać
- największe rozczarowanie - kultowy pan Muldgaard, to właśnie ten główny cień dawnej świetności.

Kolejna przegadana, nużąca opowieść napisana chyba (?) współcześnie, z wykorzystaniem starego pomysłu. Akcja dzieje się kilka lat po wydarzeniach, które tworzą "Wszystko czerwone", czyli mniej więcej około 1978-79 roku.
Nie ma jednak sensu dokonywania porównań tych dwóch powieści, bo dzieli je wszystko, tworząc przepaść nie do przebycia. Wszystko w "Byczkach..." wypada na niekorzyść w takim porównaniu. Być może gdybym nie znała najlepszej części twórczości pisarki, a na pewno powieści "Wszystko czerwone", to może łagodniej odebrałabym te nieszczęsne byczki.

niedziela, 8 grudnia 2013

Nie każde wspomnienia mam ochotę czytać

Po wydaniu wspomnieniowej książki córki generała, na blogach pojawiła się seria recenzji i opinii - w większości pozytywna i przychylna. Teraz też co jakiś książka wypływa na którymś blogu.
Głównie podkreślane są zalety pisarskie autorki, znalazłam nawet zachwyty typu "prawdziwa dama".
O samej książce dowiedziałam się z przypadkowo oglądanej w telewizji rozmowy-wywiadu z Moniką Jaruzelską.
Nawet gdybym sama wcześniej zobaczyła ten tytuł w księgarni, to na pewno nie kupiłabym książki, ani nie wypożyczyłabym z biblioteki. Dodatkowo do tej lektury zniechęciła mnie właśnie ta rozmowa i sposób, w jaki autorka mówiła o swoich wspomnieniach.
Nie chodzi mi tu o polityczną ocenę postawy jej ojca - to oddzielam całkowicie, ale o fakt lansowania się właśnie  poprzez pozycję ojca. Prawdę mówiąc bardzo zdenerwowała mnie ta telewizyjna wypowiedź, w której z kulturalnym uśmieszkiem wyższości, czy pobłażliwości  autorka książki mówiła na przykład o jakże "sympatycznych wujkach" z ochrony.
Nie wiem, co zawiera książka i nie chcę wiedzieć, bo sądząc już z samego tytułu, to opowieść o tej konkretnej kobiecie w konkretnym układzie społeczno-politycznym. O właśnie!, to określenie tak wyświechtane propagandowo, samo jakoś mi wskoczyło na klawiaturę. Przecież gdyby nie była córką swojego ojca, kogo interesowałyby jej wspomnienia? Co miałaby do opisania? Zwyczajne życie zwyczajnego dziewczyny/kobiety, która coś osiągnęła w życiu swoją pracą? Nie dałoby się wrzucić na rynek sensacji kolejnej plotkarskiej pozycji - bo to jest dla mnie tytuł plotkarski, gdyby zabrakło całego tła, całej otoczki.
Nie chcę dodatkowo się denerwować wspomnieniami dziewczyny żyjącej w luksusowych warunkach w czasach, gdy większość innych dziewczyn musiała żyć o wiele skromniej. A całe psychologiczne podteksty relacji córka-ojciec do mnie nie trafiają. Wiele z nas miało trudne przeżycia i doświadczenia z wiązane z ojcem i nie musiał to być wysoko postawiony towarzysz, dyrektor, czy inny prominent.

piątek, 6 grudnia 2013

Dlaczego właśnie Irena?

Nie znam prawie wcale współczesnej tzw. literatury kobiecej, ani polskiej, ani zagranicznej. Nie ciągnie mnie do tych czytadeł, a jak już przytrafi mi się taka lektura mam wrażenie straconego czasu. Ostatnio dałam się skusić ciekawej okładce i grubości książki (tak, ulegam temu, bo lubię długie powieści). I wypożyczyłam książkę duetu  pisarskiego matka-córka, czyli Małgorzata Kalicińska i Basia Grabowska.
Podeszłam do lektury bez obciążeń cudzymi opiniami, bo nie pamiętam, czy w ogóle czytałam wcześniej recenzje na blogach. I ponownie przekonałam się, że to nie dla mnie. Czytanie takich powieści nie wciąga mnie, czuję się, jakbym czytała teksty z kolorowych pisemek, coś w rodzaju "Historie z życia wzięte".

Dwutorowość narracji - zabieg autorski, który może podobać się innym czytelnikom, mnie przeszkadzał. Nie lubię takiego skakania od wnętrza do wnętrza dwóch osób.
Nie wiem, dlaczego powieść ma taki tytuł. Irena jest według mnie postacią drugiego planu i to bardzo dalekiego. Nie mamy okazji poznać bohaterki tak dobrze, jak dwóch pozostałych kobiet. Niewiele o niej wiemy, Irena pojawia się głównie w sytuacjach pomocowych, gdy jest potrzebna, albo sama czuje konieczność ingerencji w konflikcie matki z córką, córki z matką. Równie dobrze powieść mogłaby mieć tytuł "Dorota i Jagoda", "Jagoda i Dorota", albo "Trzy kobiety".

Nie będę się rozpisywać i analizować psychologicznie każdą z bohaterek, ale chwilami czułam jakieś zgrzyty. Chociażby to, że Jagoda, niby tak dobrze wykształcona osoba, jest bezmyślnie zachwycona niewolnictwem korporacji. I jeszcze te jej odzywki do matki typu "callnę". Strasznie mnie wkurza takie prostactwo językowe, nie lubię zaśmiecania polszczyzny w żadnej sytuacji..
Powieść bardzo wolno się rozkręca i jak przebrnęłam około 100 stron miałam ochotę ją odłożyć. Przemogłam się i jakoś dalej poszło, tym bardziej, że zaczęłam czytać z dodatkiem spojrzenia na własne życia. A dokładniej na moje relacje z córką i z mężem. Bohaterki są bowiem w naszym wieku, może Dorota jest kilka lat młodsza, ale to nie ma znaczenia. Jej wspomnienia studenckie, nadopiekuńczość w roli matki, współczesne problemy zdrowotne kobiety dojrzałej, relacje z mężem w długoletnim związku - to wszystko jest mi znane z własnego życia. I to jest plus tej lektury, choć nie do końca przyjemny dla mnie. To muszę przyznać, że wywołała u mnie niemiłe refleksje na własny temat. Znowu wydobyły się wyparte z wielkim trudem wyrzuty, że może za mało przytulałam swoje dziecko w niemowlęctwie i że tyle lat byłam taką sekutnicą dla męża, który już zasłużył na aureolę męczennika.
Tak jak akcja ciągnie się na początku, tak podobnie jest rozwlekła pod koniec - z przewidywalnym zakończeniem.
Chyba już wyrosłam z tego typu literatury i jednak wolę biografie, wspomnienia, pamiętniki oraz historię w różnych odsłonach.

środa, 4 grudnia 2013

O Śląsku przy okazji

W minionych latach gierkowskiej propagandy o Śląsku mówiono i pisano w publikatorach dużo i głośno.
A już w grudniu, przy okazji Barbórki, informacje o sukcesach i zdobyczach przemysłu górniczego były zawsze na pierwszym miejscu. Dzieci w przedszkolach i szkołach całej Polski śpiewały piosenki typu "Basia, Barbóreczka, górnicza córeczka", tańczyły trojaka, tworzyły z papieru górniczą czapkę i rysowały węglem. To było programem obowiązkowym. Zespół "Śląsk" prezentował cepeliowską ludowiznę, a nawet Stanisław Jopek z konkurencyjnym "Mazowszem" popularyzował w świecie słynnego "Starzyka".
Nie jestem złośliwa, zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo niebezpieczna i mordercza to praca, ale takie gloryfikowanie jednej tylko grupy zawodowej było źle odbierane przez ludzi. Tworzyły się stereotypy, nie zawsze zgodne z prawdą.
To była propaganda zasłaniająca prawdziwy obraz życia ludzi na Śląsku.
A chyba tylko bezpośrednie kontakty dają szansę prawdziwego poznania ludzi i ich życia.
Uczyliśmy się w szkole suchych faktów i dat, coś nam brzęczało w uszach o śląskich książętach, śląskich powstaniach, górze Świętej Anny i Korfantym. Ja sama, nie mając rodziny lub znajomych na Śląsku, poznawałam go tylko przez pośrednie źródła - książki i film.
Na pewno w zakresie filmowym największe zasługi ma Kazimierz Kutz, którego filmy fabularne stworzyły pewien obraz Śląska. Tematy śląsko-górnicze pojawiały się także w filmach telewizyjnych, wtedy odbierałam je jako jeszcze jedną propagandową agitkę.

Trochę inaczej odebrałam serial telewizyjny z roku 1983 "Blisko, coraz bliżej". Ten serial, z bardzo dobrą obsadą aktorską, to był ciekawy dla mnie obraz nieznanej części historii i kultury polskiej. Dzięki niemu mogłam poznać trochę tamtego świata, z jego codziennością, zwyczajami i tradycjami.
Wkrótce po emisji telewizyjnej ukazała się wersja książkowa (w czterech częściach).
Ta książkowa opowieść nie jest literaturą wysokiego lotu, jak to najczęściej było w przypadkach przeniesienia scenariusza filmowego do formy powieściowej.
To właściwie nadal scenariusz pisany chropawym, ciężkim językiem rodem z broszury agitacyjnej, trochę udający powieść.

"Blisko, coraz bliżej" to opowieść o rodzinie Pasterników - począwszy od roku 1863, aż do momentu zakończenia II wojny światowej.

Pokazuje losy polskiej rodziny uwikłanej w polityczne wydarzenia, uczestniczącej (często wbrew swojej woli) w tworzeniu historii - tej małej i tej wielkiej.  
Nie wchodzę w szczegóły zgodności z historycznymi faktami - nie jestem w stanie tego szczegółowo wyśledzić, zresztą wcale nie czuję takiej potrzeby.  

Ten filmowy obraz nie jest podręcznikiem historii. Dla mnie jest ciekawym źródłem wiedzy o ludziach i ich życiu na Śląsku na przestrzeni ponad osiemdziesięciu lat. To na pewno już obraz miniony; rzeczywistość, która stała się przeszłością w sytuacji, gdy kopalnie węgla nie skupiają wokół siebie życia całej społeczności.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Tuwim w tramwaju

Jechałam dziś sobie tramwajem... było pięknie i słonecznie, a z każdym kolejnym przystankiem tramwaj pustoszał coraz bardziej (to lubię, kiedy jest pusto - po latach tłoku cieszę się bardziej komfortową jazdą). Zawsze jadąc w takim pustym tramwaju patrzę za okno (nigdy nie czytam, wolę obrazki za oknem). Nawet te same, znane od wielu lat widoki, są dla mnie przyjemnością. Szczególnie gdy tramwaj wydostaje się z zatłoczonych ulic i wjeżdża w okolice ogrodów i domków jednorodzinnych. Patrzę na te ogrody i na te domki całe swoje życie, dostrzegam zmiany które zachodzą w ich wyglądzie. Tutaj pory roku są prawdziwe, a kolory naturalne. Lubię te chwile oddechu, zamyślenia, a nawet takiego bezmyślnego zagapienia.
Niestety, tym razem rzeczywistość zaskrzeczała mi za plecami odgłosem jakiejś osoby o nieznanym wyglądzie - wolałam się nie oglądać za siebie, bo może mogłam piorunować wzrokiem.
Owa osoba zaczęła najpierw mocno szeleścić opakowaniem, a potem zaczęła pożerać COŚ (podejrzewam jakieś kruche ciastka w rodzaju "suszu konferencyjnego", jak je nazywa mój mąż). Pożerała i głośno, w obrzydliwy sposób ciamkała! Nie chcąc się denerwować zbędną w takich sytuacjach pyskówką (niedawno czytałam w sieci dyskusję na temat jedzenia w warszawskiej komunikacji miejskiej), wstałam i przesiadłam się jak najdalej od ciamkającej osoby. Ktoś powie, że i tak dobrze, bo mogła ciamkać śmierdzącym na kilometr fastfudem, plując sosem po okolicy.

W pewnym momencie spojrzałam na oparcie siedzenia przed sobą... a na nim taka oto kartka z dobrze znanym wierszem


A na kolejnym oparciu w drugim rzędzie


Nie miałam z sobą aparatu fotograficznego, więc w domu wyszukałam zdjęcia na tej stronie.
W informacji o tej akcji czytam, że trwa od maja - widać niezbyt jest rozpowszechniona, bo ja spotkałam się z nią dopiero dzisiaj. A jeżdżę tramwajami regularnie.