wtorek, 12 listopada 2013

Obiad po polsku

Nie przygotowałam specjalnych wpisów z okazji Narodowego Święta Niepodległości, chociaż planowałam ...miałam natomiast bardzo intensywne te świąteczne dni (i nie da się ukryć, że wyczerpujące fizycznie), na komputer czasu nie było. Zresztą w tym momencie bezdyskusyjnie ważniejsze dla mnie było spotkanie z bliskimi.
Moja patriotyczna forma obchodów to przyjazd i kilkudniowy pobyt w rodzinnym mieście  młodych członków naszej rodziny oraz uroczysty obiad w specjalnym gronie. Przy świątecznym stole zasiadły trzy pokolenia - najbliższa rodzina i przyjaciele. Zabrakło tych najstarszych - pradziadków (ze względów zdrowotnych, nie mają już sił na takie imprezy).
Zaplanowałam obiad najbardziej tradycyjny, złożony z polskich potraw (żadnych cudacznych obco brzmiących nazw) - począwszy od śledzika, rosołu, poprzez pieczone mięsa, jarzyny i surówki, na kompocie i ciastach kończąc.

Spotkania przy rodzinnym stole to dla mnie najlepsza forma podtrzymywania więzi międzypokoleniowych i kontynuowania naszych tradycji. Przy takich okazjach ja sama poznawałam prawdziwą historię - historię żywych ludzi. Siedziałam z dorosłymi przy stole (z własnej woli) i słuchałam tych rozmów, czasami zażartych dyskusji politycznych - tak odmiennych od ówczesnych lekcji w szkole.
Mam nadzieję na zachowanie takich obrazów w pamięci najmłodszego pokolenia.
Chociaż teraz ten niezwykle długi stół okazał się na chwilę wspaniałym torem do puszczania samochodzików przez Pierwszego Wnuczka (po rozłożeniu zadziwił go wymiarami), to może będzie jednym z pierwszych jego wspomnień związanych ze szczególnymi świątecznymi spotkaniami. Pamięć Drugiego Wnuczka zarejestruje może jakieś obrazki z następnych lat, teraz jest jeszcze zbyt malutki.

Wychowałam się na tradycyjnej polskiej kuchni, w której dominowały smaki z Podlasia, rodzinnych stron mojej Mamy. Tamte tradycje Mama wspaniale połączyła z tym co zastała w łódzkiej rodzinie męża, a ja to przejęłam.
Dokształcałam się z różnych książek kucharskich, ale szczególnych sentyment mam do tych najstarszych, z których wbrew pozorom można i dziś wiele skorzystać. Sięgam do nich i z prawdziwą przyjemnością -  po prostu sobie czytam. W praktyce wykorzystuję wiele wiadomości znalezionych w tych zabytkach księgarsko-kulinarnych. Czasami zrealizuję jakiś przepis, czasami skorzystam z rad i podanych sposobów.

Tak było, gdy doskonaliłam swoje umiejętności gotowania rosołu. W tym przypadku moją mistrzynią była słynna Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Postać barwna i wielce zasłużona wśród autorów polskich książek kucharskich.
Mam wydanie KAW z roku 1988, oparte na XXIII wydaniu tej książki z 1920 roku.
We wstępie znajdziemy trochę ciekawostek o samej Ćwierczakiewiczowej jako niezwykle popularnej  postaci dawnej Warszawy. Budziła zarówno sympatię, jak i antypatię - znana była z szorstkiego języka, ale też i z gorącego patriotyzmu i dobrego serca.
Między innym we wstępie  przytoczona jest anegdota wpleciona w powieść Zofii Kossak "Dziedzictwo".
Rzecz się dzieje w 1862 roku, gdy w Warszawie odbywa się pierwsza msza nowego arcybiskupa, protegowanego cara - ks. Felińskiego.
Został powitany nieprzyjaznymi manifestacjami, a po kazaniu w czasie mszy większość ludzi wyszła z katedry.
I wtedy pojawiła się majestatyczna postać. Pani Lucyna swoje ważyła - podobno schodziła na dół tyłem, a na górę trzeba ją było wnosić na fotelu, co robił za opłatą stróż z pomocą jakiegoś silnego człowieka z ulicy...

"... środkiem opróżnionej nawy kroczy postać doskonale znana: pani Lucyna Ćwierciakiewiczowa, autorka książki kucharskiej "365 obiadów". Potężna i groteskowa  (trudno zliczyć, ile karykatur pani Lucyny zrobił Kostrzewski. Ostatnio przestał, bo mu się sprzykrzyło). Kobieta niespożyta. Postrach dorożkarzy, z którymi kłóciła się o pół grosza, postrach przekupek, z których żadna tej paniusi nie przegada. Teraz wali prosto przed ołtarz, staje i donośnym, choć piskliwym głosem woła:
- Powolny sługo carski, arcybiskupie Feliński! W imieniu dobrych Polaków, co wyszli z katedry, w imieniu całego narodu polskiego, przeklinam ciebie, przeklinam do trzeciego pokolenia!
To powiedziawszy zawraca szeleszcząc fałdami sukni żałobnej.
   Nieodparty komizm postaci i słów wywołuje efekt nieoczekiwany...  Ludzie wracają do katedry, zresztą otoczonej później przez wojsko i policję, która wtargnęła do wnętrza"*

Nieźle Ćwierczakiewiczowa- patriotka wyskoczyła z tym trzecim pokoleniem arcybiskupa...

*Lucyna Ćwierczakiewiczowa. "365 obiadów", s.9-10, KAW, Kraków 1988

4 komentarze:

  1. Spotkania rodzinne to dzisiaj są jeszcze cenniejsze, gdyż z różnych przyczyn rzadko się mogą odbywać w szerszym gronie.
    Nie korzystam z przepisów Pani Lucyny, ale jej książkę mam, tyle że w rozsypce, gdyz to stare wydanie. Muszę się jej przyjrzeć, może by ja oprawił.

    Akurat teraz jednym uchem słucham wspomnień ks. Felińskiego. Nie znam tej postaci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie znam postaci ks. Felińskiego, zacytowałam ten fragment dosłownie.
      Moje wydanie też jest w rozsypce, chociaż niby nie tak stare. Ale pochodzi akurat z czasów beznadziejnie klejonych książek, już po pierwszym otwarciu rozpadały się na części.

      Usuń
  2. Świetna anegdota i bardzo plastycznie odmalowana. Pani Lucyna musiała mieć pewność, że wywołuje ogólną bojaźń, skoro odważyła się na takie okrzyki. :)
    Podobnie jak Ty bardzo, bardzo lubię stare książki kucharskie. Niektóre przepisy to prawdziwe perełki (zwłaszcza pod względem ilości niektórych składników :), a spisy produktów brzmią jak poezja. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja szczególnie lubię "do poczytania" książkę Monatowej (mam przedwojenny egzemplarz), ze względu na dodatkowe rozdziały (poza przepisami). Czasami siadałyśmy z córką i wspólnie czytałyśmy fragmenty, na przykład o organizacji przyjęć. Jest tam wspaniała rada dla pani domu, że powinna tak wszystko przygotować (czyli wydać polecenia), aby później tylko siedzieć z uśmiechem przy stole i tylko w razie potrzeby dawać służbie znaki oczami.
      Jak to sobie porównam z moją jednoosobową organizacją i samodzielnym wykonaniem ostatniego obiadu plus zakupy i sprzątanie!.. czyli ja jako człowiek-orkiestra. :)

      Usuń