piątek, 15 listopada 2013

"Admirał" 2008

Po minionych latach zalewu naszych kin i ekranów telewizyjnych wieloma propagandowymi produkcjami kina radzieckiego, wiązanego z częstym przymusem ich oglądania (w czasach szkolnych), zauważyłam u siebie objawy anty-. Polegają one na wieloletnim odcięciu się od literatury i współczesnego kina rosyjskiego.
W polskiej telewizji nowe filmy rosyjskie pojawiają się bardzo rzadko - tak jakby była tam wielka pustka. Mamy za to zjawisko identyczne z filmem amerykańskim, gdzie się nie obrócisz (czyli na każdym kanale tv), zawsze trafi się jakieś amerykańskie filmidło z brutalną bijatyką, albo strzelaniną albo z wulgarnymi małolatami.

Na film "Admirał" trafiłam znowu przypadkowo i tym razem z własnej woli obejrzałam.
To opowieść o ostatnich czterech latach życia admirała Kołczaka, pokazana na dwóch przeplatających się płaszczyznach - bohaterskiej walki w I wojnie światowej i późniejszej rewolucji oraz niestosownej (delikatnie mówiąc) miłości do pięknej mężatki Anny.

Film jest zrealizowany z rozmachem, jak za dawnych czasów kina radzieckiego. Do scen batalistycznych nigdy nie żałowali ani przestrzeni, ani statystów. Nie będę się wypowiadać ani o rozmijaniu z prawdą historyczną, ani o jakoby rażących błędach w scenach batalistycznych, bo nie znam się i nie wiem. Obejrzałam film jako fabułę opartą na faktach, fabułę wykreowaną na ekranie. Podobała mi się staranna scenografia, dbałość o szczegóły, ale...

No właśnie... tych "ale" jest tu trochę.
Całość jest zbyt gładka i powierzchowna, lśniąca i lakierowana - za bardzo przypomina amerykańskie superprodukcje. A nawet wspomniane wcześniej detale i szczegóły mocno kojarzą mi się z naśladownictwem serialu "Downton Abbey". Tak jak w czasach kina radzieckiego tylko bolszewicy byli wspaniali, tak tutaj oczywiście "biali" są wspaniali, prawie idealni. Od pewnego momentu czułam coraz większą propagandową wymowę filmu, nie dało się uciec od współczesnych politycznych wpływów.

Niewątpliwie jednak sam temat spowodował moje zainteresowanie się osobą admirała Kołczaka, o którym kiedyś nie szukałabym informacji. Zbyt dużo wciskano nam w szkole suchych faktów, dat i nazwisk. Ja nie interesowałam się aż tak postaciami wojskowych, a w powieściach zawsze opuszczałam wszelkie opisy bitew i manewrów poszczególnych armii.

Teraz sięgnęłam do życiorysu admirała i oczywiście do szczegółów dotyczących kobiety jego życia - Anny Timiriowej. Jej życiorys to dopiero jest bogaty materiał na film.


4 komentarze:

  1. Oglądałam go i też mnie raziło to, że miałam odczucie jakbym oglądała film amerykański o Rosjanach.
    A gdzie znalazłaś ich biografie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznaję, że poszłam na łatwiznę i wyguglałam w wikipedii.

      Usuń
    2. Tez często korzystam z tego źródła.

      Usuń
  2. Film jest zrobiony doskonale. Czy nie trąci propagandą wielkoruską? Pozostawiam ocenie. Brak dobrego kina rosyjskiego, francuskiego, czeskiego na naszych ekranach, to odzieranie nas, Europejczyków z dziedzictwa "Starego Kontynentu"!

    OdpowiedzUsuń