sobota, 30 listopada 2013

Było... minęło... (13) - Literackie Zaduszki

Tej kategorii listopadowej Trójki E-pik nie mogłabym opuścić, bo to moja propozycja, która wygrała w głosowaniu. I bez namysłu wybrałam książkę Edmunda Niziurskiego.


Posty o książkach mojej ulubionej autorki Joanny Chmielewskiej i tak planowałam, niezależnie od faktu Jej niedawnego odejścia. Natomiast kontakt z pisarstwem Niziurskiego to bardzo odległa przeszłość w moim czytelniczym życiu. Czytałam coś w dzieciństwie i później już nigdy do tych lektur nie wracałam.
A z Markiem Piegusem było jeszcze inaczej.
Moja znajomość tej postaci to obraz filmowej, a właściwie telewizyjnej wersji. Do samej książki wtedy nie dotarłam, w 1985 roku kupiłam kolejne VII wydanie z myślą o przyszłej biblioteczce dla mojej córki i  kto by pomyślał, że przeczytam książkę dopiero w 2013 roku!

Oglądałam ten serial właśnie wtedy, gdy po raz pierwszy był nadawany w telewizji. Oglądałam z przejęciem, mocno przeżywając przygody Marka, bo to był film o nas, o dzieciakach w tym samym wieku. Nie miało większego znaczenia, że bohaterami byli prawie sami chłopcy, miałam przecież właśnie takich kolegów w klasie. Ważniejsze było to moje pierwsze spotkanie z wątkiem kryminalnym, ze światem przestępczym w produkcji dla dzieci. Nie zwracałam uwagi na realia, bo to była nasza rzeczywistość, więc wtedy nic ciekawego. Skupiałam się  wyłącznie na akcji, z niecierpliwością czekając na kolejny odcinek.
Zapamiętany na zawsze klimat sensacji wspomagany charakterystyczną muzyką Adama Walacińskiego, Krzysztof Litwin ze swoim nieodmiennym "świerszczyku", Ludwik Benoit w nausznikach chroniących przed hałasem, czy  detektyw Hipollit Kwass, nadmiernie wymowny pod wpływem grochówki z tabletkami Veracoco - to moje skojarzenia z filmem.

Sama książka pojawiła się w 1959 roku, czyli od momentu wydania minęły 54 lata... szmat czasu.
Czytając ją dzisiaj odbieramy inaczej niż w tamtych czasach, bo świat zmienił się w niewyobrażalnym stopniu.
W książce zachował się tamten świat - minionego dzieciństwa w innej polskiej rzeczywistości.
Teraz przeczytałam książkę z przyjemnością, a w trakcie lektury odniosłam wrażenie,  że upływ czasu jej nie zaszkodził tak bardzo. Być może młody czytelnik miałby inne zdanie, ale według mnie powieść nie stała się śmiesznym archaicznym zabytkiem. A może jest takim zabytkiem, tylko ja tego nie wyczuwam?  
Historia Marka Piegusa opowiedziana jest przez narratora - w prosty sposób, który chwilami odbieram jako satyryczny tekst dla dorosłych. Pod płaszczykiem opowiastki dla dzieci dostaliśmy obraz codzienności w troszkę krzywym zwierciadle.

Marek jest pechowym trzynastolatkiem - jego pech jest przyczyną dziwnych wydarzeń, w które zostają wciągane coraz to nowe osoby z jego otoczenia. Mówiąc najogólniej - pewne wagary pociągają za sobą lawinę, w której mamy zamianę teczek, tajemnicze włamanie, porwania, poszukiwania porwanych itd. Na scenie wydarzeń pojawiają się członkowie rodziny, koledzy Marka, szkoła w osobach nauczycieli i elementu uczniowskiego, a przede wszystkim szajka groźnych przestępców. W trakcie dochodzenia ujawniają swoje umiejętności harcerze, zdolniejsi od milicjantów (obywatelskich).

Książka przypomniała mi wiele obrazków z tamtych lat. Zagęszczenie lokatorów w starych kamienicach (chociaż nie na taką skalę jak w zniszczonej Warszawie). Łaźnie miejskie - potrzebne w sytuacji, gdy niewiele mieszkań miało łazienki, a nawet bieżącą wodę. W szkole też mieliśmy takich "przerośniętych" w klasie, u nas nazywanych "drugorocznymi" (chociaż dłużej repetowali) - byli w szóstej klasie mając 16 lat. Po przerwie wracali do klasy śmierdząc papierosami. Jaki był sens trzymania takiego elementu z 13-letnimi dzieciakami? I tak się nie uczyli, a gdy pojawiali się w szkole to tylko były z tego kłopoty. Nie mieli dobrego wpływu na innych.
Przypomniały mi się także kałamarze z atramentem - w środku ławki, w odpowiedniej dziurze siedziały sobie kałamarze z jakąś brudną cieczą, najczęściej zapchane bibułą (porządna uczennica miała bibułę w zeszytach).

Jaki to był inny świat!
Ten post to najdłużej powstający tekst na tym blogu, zaczęłam go pisać w pierwszych dniach listopada i jakoś nie mogłam dobrnąć do końca.




piątek, 29 listopada 2013

Żal serce ściska

W Łodzi odbywają się właśnie targi książki, pod nazwą Salon Ciekawej Książki.
I cóż z tego, że podobno ceny promocyjne, upusty, rabaty, czy jak jeszcze inaczej je nazwać.
Inni blogerzy żałują, że nie mogą pojechać na podobne imprezy, bo mają za daleko.
Ja mam bardzo blisko (kilka przystanków tramwajem), ale...
Świadomie nie pójdę, chociaż bardzo mi żal. Ale jeszcze bardziej byłoby mi żal tych wszystkich książek, których po obejrzeniu nie kupiłabym. Napatrzyłabym się, nabrała ochoty i byłoby jeszcze gorzej.
Książki są dla mnie za drogie i nie stać mnie na ich kupowanie, a teraz, gdy zbliżają się święta w ogóle nie ma mowy o nieprzewidzianych wydatkach.

wtorek, 26 listopada 2013

Porwanie mnie nie porwało, czego się zresztą spodziewałam

Moja biblioteka rejonowa nie jest zaopatrzona jakoś szczególnie szałowo, ale trochę nowości się trafia. Te są chyba w ciągłym ruchu, więc po oddaniu czekają na nowych czytelników w wydzielonym miejscu (pod ręką).
Na półkach ten sam wieloletni zastój - dominuje klasyka i starsze, mocno sfatygowane wydania. To nie jest narzekanie, nic z tego - ja nie gonię za modami i nowościami, wybieram książki, które chcę przeczytać i nie ma dla mnie decydującego znaczenia czas ich powstania/wydania.
Zawsze przeglądam (chociażby pobieżnie) kolejne półki i ostatnio też tak sobie rzuciłam okiem na półkę z książkami Joanny Chmielewskiej. Od dawna niczego dla mnie tam nie ma, bo prawie wszystkie książki posiadam, oprócz tych ostatnich, których z kolei ja już tak nie pożądam. A tu siurpryza!... na półce coś się wyróżnia błyszczącą okładką. To książka, o której istnieniu nawet nie wiedziałam.
Oczywiście wypożyczyłam, skoro już na nią trafiłam.


I od razu zaczęłam czytać...
czytałam... czytałam... i im dalej w las, tym częściej wzdychałam "kiedy dojadę do końca?" Mogłam oczywiście odłożyć i nie męczyć się dalej, ale jako fanka pisarki od tylu lat chciałam doczytać do końca.
Umęczyło mnie to Porwanie bardzo i już dawno tak żadna książka nie wynudziła.

Akcja dzieje się głównie w mieszkaniu autorki-narratorki-bohaterki. Siedzącemu przy brydżu towarzystwu nagle przeszkadzają podejrzane sylwetki atakujące dom. W dość krótkim czasie okazuje się, że poszukują informacji o porwanej pisarce Chmielewskiej, a ogóle nie są przestępczymi typami, ale prawowitą władzą policyjną. Nie chcą się pogodzić z faktem istnienia rzekomo porwanej tu żywej i siedzącej we własnej osobie za stołem.
Całe brydżowe towarzystwo kolejno angażuje się w sprawę, bo sprawa jest i to od dawna. Sprawa polega na porwaniach dla okupu, a porywane są osoby z kręgów zdolnych bogato się wypłacić. Dziwne są te porwania - niby kulturalnie i bez ofiar, a jednak co któreś tam jest niekulturalne i z ofiarami. Co trochę komuś z grona przyjaciół coś się przypomina i w ten sposób policyjne dochodzenie nie jest już potrzebne. Fakt, że policję autorka  zmarginalizowała wyjątkowo. Wszyscy gadają i gadają, informacji przybywa, więc czytelnika zaczyna się gubić w ich gąszczu, a gospodyni karmi i poi szacowne grono w sposób dla siebie charakterystyczny.

Już dawno pisarka przyznała się do swoich niskich umiejętności kulinarnych, a także braku serca do gotowania.
Jej bohaterki, a także ona sama, jednak czasami coś gotują... i to jest w niektórych przypadkach kulinarna zgroza.
Tutaj także mamy takie kulinarne kwiatki, jak na przykład gotowanie grubego makaronu przez godzinę.

Książkę zaliczam do swojej prywatnej kategorii "przeczytana, wiec trzeba zacząć jeszcze raz, żeby tak naprawdę połapać się o co chodzi". Aż przykro mi było czytać... gdzie tamte wspaniałe powieści z minionych lat, za które pokochałam pisarkę? Właśnie przez przywiązanie do dawnych tekstów szczególnie krytycznie odbieram te ostatnie.
Może naprawdę, wsłuchując się w głosy wiernych czytelników, należało przerwać pisanie i  nie produkować kolejnych powieści. Ta jest szczególnie nieudana. Skoro jednak nie ma już autorki wśród nas, na tym zakończę...

poniedziałek, 25 listopada 2013

Następca tronu - winny światowej wojny?

Szukając tytułu do listopadowej Trójki E-pik, wybrałam powieść Ludwiga Windera. Stała na półce od dawna i nie mogła doczekać się przeczytania. Zaczęłam przypominać sobie, z jakiego powodu tak szybko ją odłożyłam na tyle lat. Bez trudu doszłam do istoty sprawy - to wyłącznie powody techniczne, ale jakże istotne dla mojego czytelnictwa.
Pierwszy: zbyt gęsty druk, powodujący, że tekst się zlewa. Zawsze bardzo mi to przeszkadzało (nawet w czasach, gdy do czytania nie potrzebowałam okularów). Nie mam wtedy przyjemności w czytaniu, tylko coraz bardziej narastającą irytację. Drugi: typowe dla tamtych czasów wydanie książki, czyli byle jakie sklejenie. Każdorazowe przełożenie kartki wymusza jakiś nacisk, bo inaczej nie da się otworzyć, żeby jakoś dotrzeć do tekstu. I w ten sposób co jakiś czas od książki odrywa się kolejny fragment. Teraz, po jednorazowym przeczytaniu, mam książkę składającą się z kilkunastu części, w całkowitej rozsypce (łącznie z odpadnięciem okładki). Jak mnie to wkurza!


Kim jest arcyksiążę Ferdynand w pamięci historycznej ucznia nie interesującego się zbytnio dawnymi dziejami?
A... to ten, co dał się tak głupio zabić w Sarajewie i przez niego wybuchła pierwsza wojna światowa.
Taki stereotyp funkcjonuje w myśleniu większości ludzi. I na tym też wiedza o człowieku się kończy. Trochę więcej wiadomo o samym cesarzu Franciszku Józefie, a przede wszystkim o jego pięknej żonie  Sissi.
Arcyksiążę, tak jak większość męskich członków rodziny cesarskiej nosił pierwsze imię Franciszek. Czytając książkę można się pogubić w tej imieniomanii - prawie każdy to Franciszek, różnią się dopiero drugim imieniem.

Książka Windera to opowieść o całym życiu Franciszka Ferdynanda, począwszy od dzieciństwa i młodości jego matki - księżniczki Marii Annuncjaty z sycylijskiej linii Burbonów, aż do momentu śmierci wieloletniego następcy tronu w wyniku zamachu w 1914 roku. To opowieść o samotności, życiu w izolacji dworskiej złotej klatki, o nie spełnionych ambicjach, spalaniu się w żądzy władzy, ciągłym konflikcie z cesarzem i politycznymi przeciwnikami, o przemijaniu życia w oczekiwaniu na .
Czytelnika może szczególnie drażnić całkowity brak zrozumienia dla obywateli tego wielkiego państwa, wręcz pogarda wynikająca jedynie z wyższości urodzenia i pozycji w hierarchii.

Przyznaję, że ta lektura okazała się dla mnie trochę męcząca. Z jednej strony ciekawa, z wciągającą akcją, a z drugiej ponad 500 stron powieści naszpikowanej polityką. Chwilami wymagała oddechu, czytanie stawało się nużące, a sama powieść zamieniała się w nudny podręcznik do historii. Właśnie z powodu nadmiernego upolitycznienia w koncentracie. Natłok nazwisk, zdarzeń, powiązań i okoliczności przeszkadzał mi w lekturze.
To samo w mniejszej dawce wyszłoby moim zdaniem powieści na korzyść.

Jeszcze bardziej przeszkadzał mi klimat powieści. Tu wszyscy, dosłownie wszyscy są niesympatyczni, a najbardziej niesympatyczny jest tytułowy bohater. Autor postarał się ukazać każdą z pojawiających się postaci w złym świetle, tylko od strony jej wad, niemiłych cech charakteru, nagannych zachowań. Tak, jakby celem powieści było wyłącznie odbrązowienie wszelkich cesarsko-królewskich posągów.

Tak ocenia książkę wydawca:
"Przejrzysta kompozycja, wartka fabuła, plastycznie zarysowane postacie, piękny styl - oto literackie walory dzieła".
Cóż, nie wypowiem się na temat stylu i języka, bo nie czytam w oryginale. Czytam tłumaczenie, a to w tym przypadku oceniam wysoko.

Powieść- opublikowana w 1937 roku, idąca wyraźnie pod prąd tęsknoty za starą monarchią, szybko znalazła się na cenzurowanym.
W notce od wydawcy czytamy:
"W grudniu 1937 roku austriacka prasa doniosła: "Urząd kanclerza, na podstawie ustawy o ochronie tradycji, zabronił rozpowszechniania w Republice książki Ludwiga Windera Następca tronu opublikowanej przez Wydawnictwo Humanitas w Zurychu. Naruszenie zakazu będzie karane grzywną do 5000 szylingów lub trzema miesiącami aresztu.

Jak zawsze po bliższym poznaniu życiorysu postaci historycznej jestem ciekawa losów jej potomków. W tym przypadku losów trójki dzieci, które w jednej chwili straciły matkę i ojca. Córka i dwóch synów, pozbawieni w wyniku jednoznacznych zapisów przedmałżeńskich praw dziedziczenia nazwiska i tytułów, boleśnie odczuli nowe historyczne porządki w Austrii, których początkiem był rok 1938.

Ludwig Winder "Następca tronu. Powieść o Franciszku Ferdynandzie", tłum. Ireneusz Maślarz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990

Listopadowa Trójka E-pik: Książka z motywem królewskim


Odkurzanie przez czytanie



środa, 20 listopada 2013

"Oliwer Twist (2005)



Nie da się tego filmu zaliczyć do konkretnej kinematografii, bo figuruje jako efekt produkcyjny Czech, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch, z polskim reżyserem Romanem Polańskim na czele. Polskie akcenty to także zdjęcia Pawła Edelmana i scenografia Allana Starskiego. W tym międzynarodowym towarzystwie polski żywioł według mnie dał filmowi najwięcej.

Film przypomniał mi dawne czasy czytelnicze, gdy wieku -nastu lat czytałam Dickensa z biblioteki dziadka. Było to tak dawno, że treści przeczytanych książek nie pamiętam, co gorsza nawet nie pamiętam, czy wśród nich był także Oliwer. Nie mogąc się odnieść do literackiego pierwowzoru, pozwoliłam sobie na swobodę odbioru dzieła filmowego. A to dzieło obejrzałam z przyjemnością, bo obraz dobrze ilustruje dickensowskie klimaty - mroczną atmosferę, zło ludzkich charakterów, niesprawiedliwość świata.
Poddałam się malarskości obrazu, mniej doceniając treść i grę aktorów.
Tak też można...



piątek, 15 listopada 2013

"Admirał" 2008

Po minionych latach zalewu naszych kin i ekranów telewizyjnych wieloma propagandowymi produkcjami kina radzieckiego, wiązanego z częstym przymusem ich oglądania (w czasach szkolnych), zauważyłam u siebie objawy anty-. Polegają one na wieloletnim odcięciu się od literatury i współczesnego kina rosyjskiego.
W polskiej telewizji nowe filmy rosyjskie pojawiają się bardzo rzadko - tak jakby była tam wielka pustka. Mamy za to zjawisko identyczne z filmem amerykańskim, gdzie się nie obrócisz (czyli na każdym kanale tv), zawsze trafi się jakieś amerykańskie filmidło z brutalną bijatyką, albo strzelaniną albo z wulgarnymi małolatami.

Na film "Admirał" trafiłam znowu przypadkowo i tym razem z własnej woli obejrzałam.
To opowieść o ostatnich czterech latach życia admirała Kołczaka, pokazana na dwóch przeplatających się płaszczyznach - bohaterskiej walki w I wojnie światowej i późniejszej rewolucji oraz niestosownej (delikatnie mówiąc) miłości do pięknej mężatki Anny.

Film jest zrealizowany z rozmachem, jak za dawnych czasów kina radzieckiego. Do scen batalistycznych nigdy nie żałowali ani przestrzeni, ani statystów. Nie będę się wypowiadać ani o rozmijaniu z prawdą historyczną, ani o jakoby rażących błędach w scenach batalistycznych, bo nie znam się i nie wiem. Obejrzałam film jako fabułę opartą na faktach, fabułę wykreowaną na ekranie. Podobała mi się staranna scenografia, dbałość o szczegóły, ale...

No właśnie... tych "ale" jest tu trochę.
Całość jest zbyt gładka i powierzchowna, lśniąca i lakierowana - za bardzo przypomina amerykańskie superprodukcje. A nawet wspomniane wcześniej detale i szczegóły mocno kojarzą mi się z naśladownictwem serialu "Downton Abbey". Tak jak w czasach kina radzieckiego tylko bolszewicy byli wspaniali, tak tutaj oczywiście "biali" są wspaniali, prawie idealni. Od pewnego momentu czułam coraz większą propagandową wymowę filmu, nie dało się uciec od współczesnych politycznych wpływów.

Niewątpliwie jednak sam temat spowodował moje zainteresowanie się osobą admirała Kołczaka, o którym kiedyś nie szukałabym informacji. Zbyt dużo wciskano nam w szkole suchych faktów, dat i nazwisk. Ja nie interesowałam się aż tak postaciami wojskowych, a w powieściach zawsze opuszczałam wszelkie opisy bitew i manewrów poszczególnych armii.

Teraz sięgnęłam do życiorysu admirała i oczywiście do szczegółów dotyczących kobiety jego życia - Anny Timiriowej. Jej życiorys to dopiero jest bogaty materiał na film.


wtorek, 12 listopada 2013

Obiad po polsku

Nie przygotowałam specjalnych wpisów z okazji Narodowego Święta Niepodległości, chociaż planowałam ...miałam natomiast bardzo intensywne te świąteczne dni (i nie da się ukryć, że wyczerpujące fizycznie), na komputer czasu nie było. Zresztą w tym momencie bezdyskusyjnie ważniejsze dla mnie było spotkanie z bliskimi.
Moja patriotyczna forma obchodów to przyjazd i kilkudniowy pobyt w rodzinnym mieście  młodych członków naszej rodziny oraz uroczysty obiad w specjalnym gronie. Przy świątecznym stole zasiadły trzy pokolenia - najbliższa rodzina i przyjaciele. Zabrakło tych najstarszych - pradziadków (ze względów zdrowotnych, nie mają już sił na takie imprezy).
Zaplanowałam obiad najbardziej tradycyjny, złożony z polskich potraw (żadnych cudacznych obco brzmiących nazw) - począwszy od śledzika, rosołu, poprzez pieczone mięsa, jarzyny i surówki, na kompocie i ciastach kończąc.

Spotkania przy rodzinnym stole to dla mnie najlepsza forma podtrzymywania więzi międzypokoleniowych i kontynuowania naszych tradycji. Przy takich okazjach ja sama poznawałam prawdziwą historię - historię żywych ludzi. Siedziałam z dorosłymi przy stole (z własnej woli) i słuchałam tych rozmów, czasami zażartych dyskusji politycznych - tak odmiennych od ówczesnych lekcji w szkole.
Mam nadzieję na zachowanie takich obrazów w pamięci najmłodszego pokolenia.
Chociaż teraz ten niezwykle długi stół okazał się na chwilę wspaniałym torem do puszczania samochodzików przez Pierwszego Wnuczka (po rozłożeniu zadziwił go wymiarami), to może będzie jednym z pierwszych jego wspomnień związanych ze szczególnymi świątecznymi spotkaniami. Pamięć Drugiego Wnuczka zarejestruje może jakieś obrazki z następnych lat, teraz jest jeszcze zbyt malutki.

Wychowałam się na tradycyjnej polskiej kuchni, w której dominowały smaki z Podlasia, rodzinnych stron mojej Mamy. Tamte tradycje Mama wspaniale połączyła z tym co zastała w łódzkiej rodzinie męża, a ja to przejęłam.
Dokształcałam się z różnych książek kucharskich, ale szczególnych sentyment mam do tych najstarszych, z których wbrew pozorom można i dziś wiele skorzystać. Sięgam do nich i z prawdziwą przyjemnością -  po prostu sobie czytam. W praktyce wykorzystuję wiele wiadomości znalezionych w tych zabytkach księgarsko-kulinarnych. Czasami zrealizuję jakiś przepis, czasami skorzystam z rad i podanych sposobów.

Tak było, gdy doskonaliłam swoje umiejętności gotowania rosołu. W tym przypadku moją mistrzynią była słynna Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Postać barwna i wielce zasłużona wśród autorów polskich książek kucharskich.
Mam wydanie KAW z roku 1988, oparte na XXIII wydaniu tej książki z 1920 roku.
We wstępie znajdziemy trochę ciekawostek o samej Ćwierczakiewiczowej jako niezwykle popularnej  postaci dawnej Warszawy. Budziła zarówno sympatię, jak i antypatię - znana była z szorstkiego języka, ale też i z gorącego patriotyzmu i dobrego serca.
Między innym we wstępie  przytoczona jest anegdota wpleciona w powieść Zofii Kossak "Dziedzictwo".
Rzecz się dzieje w 1862 roku, gdy w Warszawie odbywa się pierwsza msza nowego arcybiskupa, protegowanego cara - ks. Felińskiego.
Został powitany nieprzyjaznymi manifestacjami, a po kazaniu w czasie mszy większość ludzi wyszła z katedry.
I wtedy pojawiła się majestatyczna postać. Pani Lucyna swoje ważyła - podobno schodziła na dół tyłem, a na górę trzeba ją było wnosić na fotelu, co robił za opłatą stróż z pomocą jakiegoś silnego człowieka z ulicy...

"... środkiem opróżnionej nawy kroczy postać doskonale znana: pani Lucyna Ćwierciakiewiczowa, autorka książki kucharskiej "365 obiadów". Potężna i groteskowa  (trudno zliczyć, ile karykatur pani Lucyny zrobił Kostrzewski. Ostatnio przestał, bo mu się sprzykrzyło). Kobieta niespożyta. Postrach dorożkarzy, z którymi kłóciła się o pół grosza, postrach przekupek, z których żadna tej paniusi nie przegada. Teraz wali prosto przed ołtarz, staje i donośnym, choć piskliwym głosem woła:
- Powolny sługo carski, arcybiskupie Feliński! W imieniu dobrych Polaków, co wyszli z katedry, w imieniu całego narodu polskiego, przeklinam ciebie, przeklinam do trzeciego pokolenia!
To powiedziawszy zawraca szeleszcząc fałdami sukni żałobnej.
   Nieodparty komizm postaci i słów wywołuje efekt nieoczekiwany...  Ludzie wracają do katedry, zresztą otoczonej później przez wojsko i policję, która wtargnęła do wnętrza"*

Nieźle Ćwierczakiewiczowa- patriotka wyskoczyła z tym trzecim pokoleniem arcybiskupa...

*Lucyna Ćwierczakiewiczowa. "365 obiadów", s.9-10, KAW, Kraków 1988

sobota, 2 listopada 2013

Aktorskie Zaduszki

W ostatnich latach zdarzyło mi się, że o śmierci ludzi znanych (mniej lub bardziej) z ekranu dowiadywałam się przypadkowo- najczęściej właśnie w czasie listopadowego wspomnienia tych, którzy odeszli.
Jak to jest, że nastały czasy popularności pustych i bezmyślnych gwiazdeczek-celebrytek, a głupawe teksty o głupawych wydarzeniach dominują w mediach? A wiadomość o śmierci osoby z większym czy mniejszym dorobkiem artystycznym nie ma szans pojawić się publicznie? Dowiadujemy się o tych smutnych faktach jedynie w przypadkach największych sław.

Dziś, w dniu tych nostalgicznych wspomnień chcę przypomnieć kilka kobiecych postaci polskiego filmu mojego pokolenia, o których ja pamiętam...


Wspaniała, niezapomniana Anula w  serialu "|Wojna domowa".
Serial, emitowany w telewizji tylko raz, zniknął na wiele lat.
Nagle, w 1978 roku, wypatrzyłam Anulę w pierwszym odcinku serialu "Życie na gorąco". Zagrała tam niewielką rólkę sekretarki.Telewizor był czarno-biały, a fryzura i makijaż inne, ale to była Ona - poznałam od razu.
Nie zrobiła kariery filmowej.
Wyjechała z Polski -  w Austrii założyła rodzinę, zmarła w Wiedniu.



Maria Probosz (1961-2010)
 "dziewczyna z Łodzi", absolwentka łódzkiej filmówki. 

Zagrała w blisko 40 różnych produkcjach, głównie na przestrzeni lat 80-tych.
Zaszufladkowana jako seksbomba najczęściej pojawiała się w rozbieranych rolach. Mimo, że w kilku filmach pokazała dobre aktorstwo, nie dane jej było rozwinąć talentu.
Po 1991 roku (jedne z ostatnich ról w serialach "Dom" i "Pogranicze w ogniu"), praktycznie już nieobecna w polskim filmie - takie powolne umieranie bez aktorstwa...

                                                                            
Joanna Wizmur (1957-2008)

Aktorka głównie teatralna i głosowa, sporadycznie pojawiająca się w filmie, reżyserka polskiego dubbingu.
Większą rolę zagrała w ostatnich latach w serialu "Pensjonat pod Różą". Pojawiła się w "Bożej podszewce" i epizodycznie w filmie "Jutro idziemy do kina".
Przegrała z późno zdiagnozowaną chorobą.
Anna Szczepaniak (1951-1979)

Jedyna w tym gronie aktorka, która odeszła na początku obiecującej kariery.
Zapamiętana właściwie tylko z drugoplanowej roli w serialu "Daleko od szosy".
Ofiara toksycznej miłości, zmarła śmiercią samobójczą.

Dzień Zaduszny - dzień wspominania

Od dawna zawsze w tym dniu towarzyszy mi tekst Reymonta, którego fragmenty cytowałam w ubiegłym roku - Dzień Zaduszny. To dla mnie niezwykle sugestywny, pełen emocji zapis oddający duchowość tego dnia. Powieść Reymonta odbieram jako wspaniały zapis naszych tradycji i kultury tamtego czasu. Czytałam ją wielokrotnie i nie raz przekonałam się, że w dyskusjach i rozmowach o zwyczajach a nawet pewnych zachowaniach ludzkich znajdzie się odpowiedni cytat z "Chłopów".

Dzisiejsze wspominanie wiąże się z byciem na cmentarzu. Właśnie z obecnością, a nie wizytą, czy odwiedzinami. Nasza fizyczna obecność na cmentarzu, wśród grobów, to nasze zachowanie pamięci. Wspominanie to przedłużanie bytu tych, którzy odeszli. Oby nie odeszli w niepamięć...


piątek, 1 listopada 2013

"Wszyscy święci" (2002)


Film jest częścią telewizyjnego cyklu "Święta polskie" i chyba szczególną częścią nie ze względu na temat, ale na obsadę aktorską. A ta jest niezwykła, bo reżyser zaprosił do udziału w filmie aktorów z najstarszego pokolenia. Tych, których pamiętam sprzed lat, gdy byli czołówką polskiego filmu. Tutaj w jakimś sensie zagrali samych siebie -  pokolenie Kolumbów, roczniki lat dwudziestych. Alina Janowska, Wiesława Mazurkiewicz, Teresa Szmigielówna, Wieńczysław Gliński, Lech Ordon, Bronisław Pawlik, Leon Niemczyk. A także Anna Polony i Emil Karewicz. Od czasu powstania filmu minęło 11 lat i niektórzy z nich już odeszli - tak, jak w tym roku odtwórczyni roli głównej.

Maria, kobieta prawie osiemdziesięcioletnia, w Dniu Wszystkich Świętych wyłamuje się z ustalonego od lat rodzinnego rytuału (w tym snobistycznego obiadu synowej) i bez wcześniejszego uprzedzenia bliskich znika z cmentarza. Wsiada do pociągu i jedzie do jakiegoś małego miasteczka. To podróż w czasie, chęć ostatecznego załatwienia dawnych spraw.  Chce po pięćdziesięciu latach odwiedzić grób swojego wojennego narzeczonego. Niestety, nie może grobu odnaleźć. Spotyka natomiast byłego dowódcę oddziału, który zabiera ją na spotkanie z dawnymi koleżankami i kolegami. To bolesna konfrontacja, która uświadamia jej jak inaczej mogłoby potoczyć się jej życie, gdyby podjęła inne decyzje...

Ilustracją muzyczną filmu jest piosenka "Ta nasza młodość" i jej motywy, przewijające się w tle.
Piosenka w wykonaniu Haliny Wyrodek - też już nieobecnej  aktorki.