niedziela, 27 października 2013

Na jesienną chandrę w październiku

Optymistyczna książka na jesienną chandrę, to jedna z październikowych kategorii Trójki p-pik.
Co prawda bardziej według mnie pasowałaby w listopadzie, bo to miesiąc uważany za szczególnie przygnębiający (chyba najbardziej w roku). Październik, kojarzony nieodmiennie ze złotą polską jesienią daje nam jeszcze dużo słońca i pogodnego nieba. Ale skoro taka kategoria została wybrana, to można do zabawy przystąpić lub nie.
Ja przystąpiłam, zakładając od razu zapuszczanie się w nieznane mi dotychczas rejony współczesnej polskiej literatury kobiecej. Miałam wielką ochotę na przeczytanie czegoś nowego (tkwię przeważnie w lekturach znanych, czytanych wielokrotnie). Coraz bardziej potrzebuję umysłowego wytchnienia, które daje tak lekceważona "literatura kobieca". 

Początkowo zastanawiałam się nad powrotem do lektury znanej mi już powieści, o której wiem, że ma takie pozytywne oddziaływanie. Jednak oddając ostatnio książki w bibliotece poszłam na żywioł.
Wcześniej w domu "nie przygotowałam się", czyli nie poszperałam na blogach w celu wyszukania odpowiednich tytułów.  Zresztą pewnie niewiele by mi to dało, bo jak znam życie tych książek albo by wcale nie było "na stanie", albo byłyby właśnie "w czytaniu".

Nie zaprzątając więc sobie głowy szukaniem na półkach (nawet nie wiedziałabym czego szukać), wystosowałam do pani bibliotekarki prośbę: "chciałabym wypożyczyć powieść optymistyczną, z pozytywnym zakończeniem, ale żeby to nie był jakiś koszmarny harlekin". Pani bez namysłu sięgnęła do regału i tak dostałam książkę, którą widziałam chwilę wcześniej na półce świeżych zwrotów. 

To "Gosposia prawie do wszystkiego" Moniki Szwai 

O autorce nie wiem zupełnie nic, słyszałam tylko nazwisko. Żadnej jej książki, ani recenzji nie czytałam, więc skoro mi podsunięto mogę spróbować - sama chciałam ten rodzaj literatury - lekki, łatwy i przyjemny.
I taka jest ta książka, więc moje oczekiwania spełniła - dobre czytadło. Powieść nie okazała się jakimś niestrawnym knotem-romansidłem. Czytało mi się łatwo i szybko, nawet okazało się, że akcja w trakcie wciąga. Napisana stylem, który lubię - prosto, bez nadęcia i silenia się na skomp0likowane konstrukcje językowe, dowcipnie i z lekką ironią. 

Książka podejmuje trudne tematy (przemoc w rodzinie, rasizm, sponsoring nastolatek), ale właśnie w  sposób dość lekki, jakby na marginesie, tak "przy okazji". Chociaż mają one wpływ na wydarzenia, to są jedynie zasygnalizowane."Gosposia..." to współczesna bajka, mocno wyidealizowana, jeśli chodzi o losy głównej bohaterki (nawet jak na wymogi bajki). Rozwiązywanie życiowych problemów udaje jej się bez wysiłku, wszystko idzie jak po maśle, a poznawani nowi ludzie wręcz pchają się, żeby pomagać i się zaprzyjaźniać (a także zakochiwać).

Maria, nazywana przez rodzinę i przyjaciół Mareszką, jest żoną dobrze ustawionego adwokata. I ma być nią nadal w takiej formie, jaką sobie życzy pan mąż. Ma tkwić dyskretnie u jego boku, prowadzić dom na wysokim poziomie, bez własnych fanaberii w myślach i czynach.
Maria miała przed sobą piękną karierę naukową, ale cóż - padło jej na mózg i tak się zakochała, że wszystko zostawiła dla małżeństwa z ukochanym Aleksem. Jednak nie zatrzasnęła bezpowrotnie drzwi do poprzedniego życia i nadeszły chwile, że zapragnełą do niego wrócić - wcale nie ze szkodą dla wygody i komfortu męża. Jest przecież doskonale zorganizowaną perfekcjonistką, (taka PPD*), więc pięknie i bez trudu pogodziłaby wszystkie obowiązki. 

Tu jednak spotkała swoje największe  rozczarowanie połączone z szokiem i bólem fizycznym, tudzież spadnięciem klapek z oczu, bo ukochany okazał się chamem i damskim bokserem. Mareszce miłość przeszła jak ręką odjął,  zaplanowała sprytną ewakuację z domu i z życia męża (wystawiając mu "rachunek za wikt i opierunek", czyli oskubała nieco finansowo) i wyjechała na drugi koniec Polski.
Tam (przy zdalczynnej pomocy teściowej) rozpoczęła nowe życie, podejmując pracę w dziedzinie, na której znała się najlepiej (oprócz komparystyki językowej), czyli w prowadzeniu domu na najwyższym poziomie i za duże pieniądze. 

Podeszłam do tej lektury jak do sympatycznej bajeczki, dlatego nie będę szczegółowo analizować błędów i wypaczeń. W przeciwnym wypadku rozpisałabym się o tym, co mnie przeszkadzało w tej opowieści. A byłaby to przede wszystkim sama główna bohaterka. Odebrałam ją jako sztywną i nudną paniusię dobrze po 40-stce i mocno się zdziwiłam, gdy doczytałam, że jest sztywną i nudną paniusią dopiero co po trzydziestce..
Następna w kolejce byłaby przewidywalność zdarzeń i zbytnia łatwość w osiąganiu celów przez Mareszkę.
Ale to przecież bajka, w której wszystko i wszyscy pomagają poszkodowanej bohaterce. Co krok zdobywa nowych przyjaciół (no, raz się pomyliła co do czarnowłosej Carmen-Hanki), jest doceniana, bez problemów się realizuje, a za progiem już czeka nowa miłość.

Miło sobie czasem tak pomarzyć...

*PPD to oczywiście Perfekcyjna Pani Domu

6 komentarzy:

  1. Był czas, że czytałam Szwaję namiętnie i te książkę też mam za sobą.
    Jej książki są wszystkie można rzec na chandrę z dużą dozą optymizmu.
    Ja w ramach tej kategorii trójki przeczytałam 'Byli i będą" a teraz mozolę się nad postem o niej.
    Lektura zacna i doskonała również na chandrę, gdyż jak to u Rodziewiczówny jest i patriotyzm, i miłość, a nawet niejednej pary i oczywiście można poznać życie kresowiaków po 1963 roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To lubię najbardziej u Rodziewiczówny :)
      Ja właśnie skończyłam posta i wstawiam do Alfabetu... Tylko jak zawsze mam problem, bo najwięcej refleksji jest w trakcie czytania, a jak siadam do pisania to mi uciekają. Chyba muszę zacząć zapisywać "na gorąco".
      Nie mam "Byli i będą" u siebie, jeszcze nie czytałam, ale poluję w bibliotece.

      A co lektur na chandrę, to być może będę więcej takich wybierać. Chyba mam teraz taką fazę.

      Usuń
    2. Chandra meno i chandra sezonowa.
      Dobrze, że książek na poprawę nastroju jest sporo.
      Rodziewiczówna można rzec wiedzie tu prym, ale i współczesnych jest sporo.

      Usuń
    3. Oczywiście miało być po 1863 roku.

      Usuń
  2. Ooo, co ja widzę - Monika Szwaja. Zapraszam do siebie na konkurs z jej najnowszą książką ;) "Gosposi..." jeszcze nie czytałam i po Twojej recenzji mam mieszane uczucia, szczególnie ze względu na denerwującego bohatera głównego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za zaproszenie :) ale nie skorzystam. Po prostu FB dla mnie nie istnieje (pisałam o tym już kilkakrotnie).

      Usuń