poniedziałek, 28 października 2013

Na fali schematycznego myślenia

Na początku słów kilka o okładce, bo do niej odnosi się tytuł posta. Można odnieść wrażenie, że tak mocno utkwiła  w podświadomości niektórych osób informacja o sile religijnej i duchowej wymowy powieści Rodziewiczówny, że uznają takie okładki jako najlepsze do jej książek.


A czy w konkretnej powieści wątek religijny, mistyczny, duchowy jest obecny w mniejszym czy większym stopniu to chyba nie ma znaczenia. Teraz już nareszcie można (po zmianach ustrojowych), więc idziemy na całość.
A że okładka nijak się ma do rzeczywistej treści? to co z tego?
I w ten sposób wpadamy z jednej skrajności w drugą. Naprawdę, nie chcę żadnych rysunkowych wizji projektantów - wolę serię z szarymi okładkami  (z niej wykorzystałam portret pisarki do banera akcji).
Przeczytałam kilka powieści Marii Rodziewiczówny wydanych w tej serii (akurat takie wydania wypożyczyłam z biblioteki) i oceniam je jako zupełnie nietrafione. Podobnie jak notki od wydawcy, umieszczone  z tyłu. Nie należy ich czytać, bo zawierają jakieś dziwne streszczenia.

A co mogę powiedzieć o samej powieści?
"Na fali" - 1894.
Trochę mnie lektura zmęczyła i wynudziła, szczególnie na początku (zanim tak naprawdę nie zaczęłam rozróżniać kto jest kim). Zanim dojechałam do końca, już mi się ugruntowało określenie: to powieść półprodukt, potrzebująca dopracowania i rozwinięcia.
Dlatego, że składa się głównie z dialogów. Brakuje mi szerszej charakterystyki i opisu pojawiających się postaci, rozwinięcia sytuacji wydarzeń. Głównie z dialogów dowiadujemy się, jacy to ludzie. To prawie tak, jakbyśmy czytali sztukę teatralną z oszczędnymi didaskaliami. W lekturze nie pomaga także specyficzny język Rodziewiczówny (ale to zawsze stawiam jako prywatne utrudnienie dla mnie).

Natomiast fabuła powieści to jak zawsze u pisarki materiał na scenariusz filmowy klasycznego romansu.
Bohaterem jest młody student prawa, Józef Reni, który wolałby zamienić studia na swobodę gry na skrzypcach. Józef jest człowiekiem spokojnym, trochę nieśmiałym, dobrego charakteru, o ugruntowanej  moralności, ale ulega wpływom i można nim manipulować. I daje się w życiu oszukiwać i wykorzystywać. Staje się łatwą ofiarą dla większości ludzi, którzy go otaczają: ciotka z wujem, fałszywy przyjaciel Iwo, Pepi - jego wielka miłość, bogaty Maltas. Właściwie trudno nam ocenić, czy nawet dobre dla niego  jest to, że ulega wpływom swojego duchowego przewodnika Łukasza. Dla wielu ludzi staje się on jeszcze bardziej naiwnym, a może nawet głupim, który nie tylko nie pragnie, ale wręcz odrzuca bogactwo samo wpadające w jego ręce.
Józef ma brata Piotrusia, który jest w dużym stopniu jego przeciwieństwem. Wesoły, lekkomyślny hulaka, wdający się w niezliczone romanse i beztrosko zaciągający długi. Bracia się jednak kochają, są sami na świecie i Józef opiekuje się Piotrem jak tylko potrafi.

W powieści przewija się cała galeria ludzkich typów, w większości mało sympatycznych lub wręcz odrażających.
Szczególnie takimi ludźmi są ciotka i wuj - niewyobrażalnie chciwi i skąpi.
Niewiele brakuje też żonie Józefa, którą poślubił nie wiedząc o tym, jak został sprytnie w małżeństwo wmanewrowany. Ta cicha myszka jako panienka, po ślubie okazuje się klasyczną megierą, zamieniającą węzły małżeńskie w kajdany.

"Na fali" to jedyna powieść (z dotychczas przeczytanych przeze mnie), której akcja dzieje się w nieokreślonym miejscu. Dokładnie mówiąc w nie nazwanym mieście. To chyba wynika z wielkiej miłości pisarki do ziemi, do roli - wtedy opisuje okoliczności przyrody. Miasto jak gdyby nie istnieje dla Rodziewiczówny jako temat, a jeśli już się pojawia to tylko w tle wydarzeń. Nie ma tu klimatów kresowych, autorka skupiła się na ludziach, więc mogłaby umieścić akcję w jakimkolwiek mieście na świecie. Ludzie i ich sprawy są swego rodzaju mikrokosmosem, który w tym przypadku nie ma ojczyzny.
Jak większość utworów pisarki, również ta powieść należy do grupy pesymistycznych, przygnębiających, smutnych. Aż chwilami ma się dość tych minorowych tonów, tego czarnego obrazu minionego świata, który znajdujemy u Rodziewiczówny. Świata minionego pod względem socjalnym i społecznym, bo emocje i uczucia ludzkie są właściwie takie same jak sto lat temu...

Wpis dodaję do akcji "Alfabet Rodziewiczówny"

6 komentarzy:

  1. Ta przewijająca się liczba postaci w jej książkach to chyba dla niej charakterystyczne.I szeroki przekrój społeczny.
    Nie czytałam tej. U niej przeważnie smutno, ale to wynika niestety z czasów, w jakich toczy się akcja jej książek. Chociaż nie można są i optymistyczne akcenty, choćby happy endy miłosne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładka jest okropna, tak jak inne z tej serii.

      A książki bardziej optymistyczne też znajdziemy, chociaż moim zdaniem to nie chodzi o czasy, ale o rodzaj tematów, jakie pisarka wybierała. I o sposób interpretacji. Mogła przecież te same historie opisać cukierkowo i różowo.

      Usuń
    2. No tak, racja. I chyba dlatego jakoś najbardziej nie ciągnie mnie już do "Między ustami a brzegiem pucharu". Raczej bym już nie strawiła tej książki, która w jakimś stopniu przypomina styl Mniszkówny.

      Usuń
    3. "Między ustami..." jest strasznie napuszona stylistycznie. Niektóre zdania wypowiadane przez bohaterki to sam patos. Do tego stopnia, że są już śmieszne i psują patriotyczną wymowę całości.

      Usuń
    4. Dlatego bym już nie ryzykowała, ale jak ją czytałam mając coś około 20 lat, a może o mniej się zachwycałam, oczywiście romansem.

      Usuń