poniedziałek, 28 października 2013

Na fali schematycznego myślenia

Na początku słów kilka o okładce, bo do niej odnosi się tytuł posta. Można odnieść wrażenie, że tak mocno utkwiła  w podświadomości niektórych osób informacja o sile religijnej i duchowej wymowy powieści Rodziewiczówny, że uznają takie okładki jako najlepsze do jej książek.


A czy w konkretnej powieści wątek religijny, mistyczny, duchowy jest obecny w mniejszym czy większym stopniu to chyba nie ma znaczenia. Teraz już nareszcie można (po zmianach ustrojowych), więc idziemy na całość.
A że okładka nijak się ma do rzeczywistej treści? to co z tego?
I w ten sposób wpadamy z jednej skrajności w drugą. Naprawdę, nie chcę żadnych rysunkowych wizji projektantów - wolę serię z szarymi okładkami  (z niej wykorzystałam portret pisarki do banera akcji).
Przeczytałam kilka powieści Marii Rodziewiczówny wydanych w tej serii (akurat takie wydania wypożyczyłam z biblioteki) i oceniam je jako zupełnie nietrafione. Podobnie jak notki od wydawcy, umieszczone  z tyłu. Nie należy ich czytać, bo zawierają jakieś dziwne streszczenia.

A co mogę powiedzieć o samej powieści?
"Na fali" - 1894.
Trochę mnie lektura zmęczyła i wynudziła, szczególnie na początku (zanim tak naprawdę nie zaczęłam rozróżniać kto jest kim). Zanim dojechałam do końca, już mi się ugruntowało określenie: to powieść półprodukt, potrzebująca dopracowania i rozwinięcia.
Dlatego, że składa się głównie z dialogów. Brakuje mi szerszej charakterystyki i opisu pojawiających się postaci, rozwinięcia sytuacji wydarzeń. Głównie z dialogów dowiadujemy się, jacy to ludzie. To prawie tak, jakbyśmy czytali sztukę teatralną z oszczędnymi didaskaliami. W lekturze nie pomaga także specyficzny język Rodziewiczówny (ale to zawsze stawiam jako prywatne utrudnienie dla mnie).

Natomiast fabuła powieści to jak zawsze u pisarki materiał na scenariusz filmowy klasycznego romansu.
Bohaterem jest młody student prawa, Józef Reni, który wolałby zamienić studia na swobodę gry na skrzypcach. Józef jest człowiekiem spokojnym, trochę nieśmiałym, dobrego charakteru, o ugruntowanej  moralności, ale ulega wpływom i można nim manipulować. I daje się w życiu oszukiwać i wykorzystywać. Staje się łatwą ofiarą dla większości ludzi, którzy go otaczają: ciotka z wujem, fałszywy przyjaciel Iwo, Pepi - jego wielka miłość, bogaty Maltas. Właściwie trudno nam ocenić, czy nawet dobre dla niego  jest to, że ulega wpływom swojego duchowego przewodnika Łukasza. Dla wielu ludzi staje się on jeszcze bardziej naiwnym, a może nawet głupim, który nie tylko nie pragnie, ale wręcz odrzuca bogactwo samo wpadające w jego ręce.
Józef ma brata Piotrusia, który jest w dużym stopniu jego przeciwieństwem. Wesoły, lekkomyślny hulaka, wdający się w niezliczone romanse i beztrosko zaciągający długi. Bracia się jednak kochają, są sami na świecie i Józef opiekuje się Piotrem jak tylko potrafi.

W powieści przewija się cała galeria ludzkich typów, w większości mało sympatycznych lub wręcz odrażających.
Szczególnie takimi ludźmi są ciotka i wuj - niewyobrażalnie chciwi i skąpi.
Niewiele brakuje też żonie Józefa, którą poślubił nie wiedząc o tym, jak został sprytnie w małżeństwo wmanewrowany. Ta cicha myszka jako panienka, po ślubie okazuje się klasyczną megierą, zamieniającą węzły małżeńskie w kajdany.

"Na fali" to jedyna powieść (z dotychczas przeczytanych przeze mnie), której akcja dzieje się w nieokreślonym miejscu. Dokładnie mówiąc w nie nazwanym mieście. To chyba wynika z wielkiej miłości pisarki do ziemi, do roli - wtedy opisuje okoliczności przyrody. Miasto jak gdyby nie istnieje dla Rodziewiczówny jako temat, a jeśli już się pojawia to tylko w tle wydarzeń. Nie ma tu klimatów kresowych, autorka skupiła się na ludziach, więc mogłaby umieścić akcję w jakimkolwiek mieście na świecie. Ludzie i ich sprawy są swego rodzaju mikrokosmosem, który w tym przypadku nie ma ojczyzny.
Jak większość utworów pisarki, również ta powieść należy do grupy pesymistycznych, przygnębiających, smutnych. Aż chwilami ma się dość tych minorowych tonów, tego czarnego obrazu minionego świata, który znajdujemy u Rodziewiczówny. Świata minionego pod względem socjalnym i społecznym, bo emocje i uczucia ludzkie są właściwie takie same jak sto lat temu...

Wpis dodaję do akcji "Alfabet Rodziewiczówny"

niedziela, 27 października 2013

Na jesienną chandrę w październiku

Optymistyczna książka na jesienną chandrę, to jedna z październikowych kategorii Trójki p-pik.
Co prawda bardziej według mnie pasowałaby w listopadzie, bo to miesiąc uważany za szczególnie przygnębiający (chyba najbardziej w roku). Październik, kojarzony nieodmiennie ze złotą polską jesienią daje nam jeszcze dużo słońca i pogodnego nieba. Ale skoro taka kategoria została wybrana, to można do zabawy przystąpić lub nie.
Ja przystąpiłam, zakładając od razu zapuszczanie się w nieznane mi dotychczas rejony współczesnej polskiej literatury kobiecej. Miałam wielką ochotę na przeczytanie czegoś nowego (tkwię przeważnie w lekturach znanych, czytanych wielokrotnie). Coraz bardziej potrzebuję umysłowego wytchnienia, które daje tak lekceważona "literatura kobieca". 

Początkowo zastanawiałam się nad powrotem do lektury znanej mi już powieści, o której wiem, że ma takie pozytywne oddziaływanie. Jednak oddając ostatnio książki w bibliotece poszłam na żywioł.
Wcześniej w domu "nie przygotowałam się", czyli nie poszperałam na blogach w celu wyszukania odpowiednich tytułów.  Zresztą pewnie niewiele by mi to dało, bo jak znam życie tych książek albo by wcale nie było "na stanie", albo byłyby właśnie "w czytaniu".

Nie zaprzątając więc sobie głowy szukaniem na półkach (nawet nie wiedziałabym czego szukać), wystosowałam do pani bibliotekarki prośbę: "chciałabym wypożyczyć powieść optymistyczną, z pozytywnym zakończeniem, ale żeby to nie był jakiś koszmarny harlekin". Pani bez namysłu sięgnęła do regału i tak dostałam książkę, którą widziałam chwilę wcześniej na półce świeżych zwrotów. 

To "Gosposia prawie do wszystkiego" Moniki Szwai 

O autorce nie wiem zupełnie nic, słyszałam tylko nazwisko. Żadnej jej książki, ani recenzji nie czytałam, więc skoro mi podsunięto mogę spróbować - sama chciałam ten rodzaj literatury - lekki, łatwy i przyjemny.
I taka jest ta książka, więc moje oczekiwania spełniła - dobre czytadło. Powieść nie okazała się jakimś niestrawnym knotem-romansidłem. Czytało mi się łatwo i szybko, nawet okazało się, że akcja w trakcie wciąga. Napisana stylem, który lubię - prosto, bez nadęcia i silenia się na skomp0likowane konstrukcje językowe, dowcipnie i z lekką ironią. 

Książka podejmuje trudne tematy (przemoc w rodzinie, rasizm, sponsoring nastolatek), ale właśnie w  sposób dość lekki, jakby na marginesie, tak "przy okazji". Chociaż mają one wpływ na wydarzenia, to są jedynie zasygnalizowane."Gosposia..." to współczesna bajka, mocno wyidealizowana, jeśli chodzi o losy głównej bohaterki (nawet jak na wymogi bajki). Rozwiązywanie życiowych problemów udaje jej się bez wysiłku, wszystko idzie jak po maśle, a poznawani nowi ludzie wręcz pchają się, żeby pomagać i się zaprzyjaźniać (a także zakochiwać).

Maria, nazywana przez rodzinę i przyjaciół Mareszką, jest żoną dobrze ustawionego adwokata. I ma być nią nadal w takiej formie, jaką sobie życzy pan mąż. Ma tkwić dyskretnie u jego boku, prowadzić dom na wysokim poziomie, bez własnych fanaberii w myślach i czynach.
Maria miała przed sobą piękną karierę naukową, ale cóż - padło jej na mózg i tak się zakochała, że wszystko zostawiła dla małżeństwa z ukochanym Aleksem. Jednak nie zatrzasnęła bezpowrotnie drzwi do poprzedniego życia i nadeszły chwile, że zapragnełą do niego wrócić - wcale nie ze szkodą dla wygody i komfortu męża. Jest przecież doskonale zorganizowaną perfekcjonistką, (taka PPD*), więc pięknie i bez trudu pogodziłaby wszystkie obowiązki. 

Tu jednak spotkała swoje największe  rozczarowanie połączone z szokiem i bólem fizycznym, tudzież spadnięciem klapek z oczu, bo ukochany okazał się chamem i damskim bokserem. Mareszce miłość przeszła jak ręką odjął,  zaplanowała sprytną ewakuację z domu i z życia męża (wystawiając mu "rachunek za wikt i opierunek", czyli oskubała nieco finansowo) i wyjechała na drugi koniec Polski.
Tam (przy zdalczynnej pomocy teściowej) rozpoczęła nowe życie, podejmując pracę w dziedzinie, na której znała się najlepiej (oprócz komparystyki językowej), czyli w prowadzeniu domu na najwyższym poziomie i za duże pieniądze. 

Podeszłam do tej lektury jak do sympatycznej bajeczki, dlatego nie będę szczegółowo analizować błędów i wypaczeń. W przeciwnym wypadku rozpisałabym się o tym, co mnie przeszkadzało w tej opowieści. A byłaby to przede wszystkim sama główna bohaterka. Odebrałam ją jako sztywną i nudną paniusię dobrze po 40-stce i mocno się zdziwiłam, gdy doczytałam, że jest sztywną i nudną paniusią dopiero co po trzydziestce..
Następna w kolejce byłaby przewidywalność zdarzeń i zbytnia łatwość w osiąganiu celów przez Mareszkę.
Ale to przecież bajka, w której wszystko i wszyscy pomagają poszkodowanej bohaterce. Co krok zdobywa nowych przyjaciół (no, raz się pomyliła co do czarnowłosej Carmen-Hanki), jest doceniana, bez problemów się realizuje, a za progiem już czeka nowa miłość.

Miło sobie czasem tak pomarzyć...

*PPD to oczywiście Perfekcyjna Pani Domu

czwartek, 24 października 2013

Szansa dla 6-latków

Właśnie odbywa się w sejmie niezwykle ważna debata, nie tylko dotycząca samego referendum, ale też szerszego spojrzenia na polską edukację. Nie mogę zrozumieć dlaczego ta podstawowa dla rozwoju społecznego dziedzina jest od zawsze tak mało doceniania. Dlaczego nie dociera do osób usadowionych wygodnie na wysokich stołkach, że to najważniejszy fundament dla przyszłego istnienia i funkcjonowania państwa.
Zbyt mocne słowa? Przecenianie roli edukacji?
Na pewno nie!

Mam nadzieję, że referendum dojdzie do skutku i będę mogła oddać swój głos za proponowanymi tam zmianami.
Jestem przeciwna zmuszaniu dzieci 6-letnich do wcześniejszego podejmowania obowiązku szkolnego, pomysł utworzenia gimnazjów uważam za zły i szkodliwy, szkoła średnia powinna być szkoła czteroletnią.

Takie moje stanowisko nie jest jakimś chwilowym widzimisię. Znam pracę nauczyciela, szkołę, szkolnictwo, wszystkie powojenne reformy od czasu, gdy tylko sięgam pamięcią. Moi rodzice byli nauczycielami, ja mam za sobą pracę z młodszymi dziećmi przez całe swoje życie zawodowe. I stąd znam to wszystko naprawdę od podszewki.
Nikt mi nie wciśnie propagandowego kitu, jakim karmi ludzi rząd i bardzo chcę mieć możliwość wypowiedzieć się w demokratyczny sposób.

Nie chcę, aby moi wnukowie byli zmuszeni do wcześniejszego pójścia do szkoły.
O tym powinien decydować poziom dojrzałości szkolnej każdego dziecka. I na tej podstawie rodzice mogliby dokonywać wyboru.
Każde dziecko jest inne, nawet w rodzeństwie bywają ogromne różnice.
Między 7-latkiem urodzonym w styczniu, a 6-latkiem urodzonym w grudniu są dwa lata różnicy, a nie tylko teoretyczny rok kalendarzowy. Chyba prostszej matematyki nie ma.
A przecież wcześniejsze pójście do szkoły było zawsze możliwe, dziecko przechodziło badania w tym kierunku i Poradnia wydawała opinię w tej sprawie.

Patrzę na prawie pusta salę sejmową - jak zwykle krzykaczy politycznych tu nie ma, bo ich tak naprawdę to nie interesuje. Jedynym ich celem jest dbanie o własne stołki i pyskówki z przeciwnikami. Na pewno w innym czasie będą się mizdrzyć do kamer, żeby jak najmocniej się lansować.

A ci, którzy właśnie się wypowiadają przeciwko referendum, przyklepują pustosłowiem i frazesami prawdziwy cel tych reform, czyli liberalne i unijne lizusostwo. Podobnie jak to się dzieje we wszystkich innych sprawach.

Już dawno nic mnie tak nie poruszyło, jak to co się właśnie dzieje. I ta realna bezsilność, gdy milion podpisów obywateli nie ma większego znaczenia dla niektórych wybranych.
Gdyby można było to naprawdę zmienić przy kolejnych wyborach...

"Upadek" 2004

Na pewno nie wydałabym pieniędzy na bilet, ani nie poświęciłabym czasu na specjalne wyjście do kina, żeby obejrzeć ten film. Czytałam opinie i recenzje po premierze, znałam więc ten tytuł "ze słyszenia" i to mi wystarczyło.
Trafił się w telewizji, więc w końcu obejrzałam... powiedzmy, że z powodów czysto filmowych.

Nie lubię filmów o Niemcach w II wojnie światowej zrobionych przez Niemców (nawet we współpracy z innymi nacjami) - choćby to były współczesne produkcje "z dystansem" i poprawnością polityczną, silące się na bezstronność i obiektywizm I choćby grali w nim aktorzy pochodzący z innych państw, jak to ma miejsce w przypadku tego filmu. Nie potrafię odciąć emocji w odbiorze takich filmów, więc zawsze jest to opinia subiektywna, może nawet tendencyjna.


Film opowiada o ostatnich dniach wojny w bombardowanym i płonącym Berlinie, na którego ulicach panuje piekło, a w bezpiecznym podziemnym bunkrze dokonuje się klęska wodza III Rzeszy. Hitler i jego współpracownicy z każdym dniem i z każdą mijającą godziną coraz wyraźniej widzą nieuchronny koniec wszystkiego w co wierzyli i co tworzyli...

Nie chcę pisać dokładnego streszczenia filmu - to bez trudu można znaleźć w sieci.

Od strony technicznej film robi wrażenie, chociaż końcówka mocno mnie wymęczyła - wydawała się przeciągana na siłę. Od pewnego momentu czekałam, kiedy wreszcie będzie koniec. Zarówno sceny walk na ulicach, jak i w zaciszu luksusowej kryjówki, są dobre i wymowne. Tak mogło być naprawdę.

Jednak film jako całość nie podobał mi się - cóż za niezręczne sformułowanie w tym przypadku. Trudno mówić o podobaniu, biorąc pod uwagę temat. Mówiąc inaczej, film odebrałam jako kolejne ocieplanie wizerunku wodza.
Widzimy na ekranie dobrego wujka, dobrego przełożonego, ukochanego przywódcę...
Podobnie jest z innymi bohaterami - w większości tacy sympatyczni Niemcy...

Po emisji pozostał niesmak i bezsilna złość na takie manipulacje.

wtorek, 22 października 2013

Moje czytanie współczesne... jest żadne

W poprzednim poście myślami tkwiłam w bardzo dalekiej (własnej) przeszłości.
Ten post to z kolei spontaniczny zapis refleksji po środkowo-nocnym spacerze blogowym. Zajrzałam właśnie do blogów, które czytam regularnie, przy okazji skręciłam do zupełnie mi nie znanych i w trakcie tej czytelniczej wycieczki szczególnie wyraźnie odczułam własną inność. To już mi sie wcześniej zdarzyło, ale nie tak intensywnie jak dziś.
Nie nazwę tego niewiedzą, brakiem oczytania, zapóźnieniem w rozwoju, zacofaniem itp. Raczej to efekt moich wyborów - taki, a nie inny.
Oprócz recenzji książek, trafiłam na wpisy dotyczące ulubionych lektur (nawet u Sardegny nazwane książkowymi bzikami), na wpisy związane z konkursami, na posty wyzwaniowe itd. Otóż w tych wszystkich miejscach spotkałam nazwiska autorów, które kompletnie mi nic nie mówią. A jak nazwiska obce, to tym bardziej tytuły ich książek. Jeszcze w przypadku polskich twórców coś mi się tam obiło o uszy, ale o tych zagranicznych nigdy nie słyszałam. To tak, jakbym trafiła na obcą planetę - nie znam nikogo, żadnego nazwiska  nie kojarzę.

Na szczęście zanim wpadłam w rozpacz z tego powodu, zdążyłam zadać sobie pytanie:
czy to bardzo duży grzech czytelniczy, że ja ich nie znam? Pewnie odpowiedzi młodych będą jednoznaczne: "tak, to świadczy o braku oczytania, o obniżeniu poziomu, w ogóle o wypadnięciu z obiegu. Jak można nie znać dorobku iksińskiego angielskiego, albo igrekowskiego amerykańskiego, nie mówiąc już o kryminałach skandynawskich! Po prostu wstyd!"
Po takim podsumowaniu na pewno powinnam jak najszybciej uciec z książkowej blogosfery, bo przecież nie jestem w nurcie zachwytów i jedynie słusznych wyborów recenzenckich.

A ja sobie myślę, że to wstyd nie znać naszej polskiej klasyki i jeszcze się tym chwalić na blogu. Jak czytam lekceważące teksty typu "nie znam powieści tej pani i nie mam zamiaru czytać", to mnie bardzo denerwuje takie prostactwo. Ja nie wpisuję tego rodzaju komentarzy u nikogo. Pozwólmy sobie na wzajem czytać to, co chcemy.
Nie narzucajmy obowiązujących list i kanonów, bo całkiem niedawno te przymusy przerabialiśmy na własnej skórze.

poniedziałek, 21 października 2013

Powroty do młodzieżowych lektur - coraz większe rozczarowania i żal

Moje lektury sprzed lat jakoś nie mogą się doczekać swojej kolejki. Początkowo miały mieć swoje posty tak jak inne współczesne lektury. Tak było w momencie założenia bloga. Czasu jednak mam ciągle za mało na częste pisanie, jak planowałam. Wiadomo, plany a życie to dwie różne bajki.
W czerwcu naszą czytelniczą pamięć mocno poruszył Beznadziejnie zacofany w lekturze, swoją akcją i plebiscytem. Wtedy wyciągnęłam z półek trochę tych książek - jednak zapomnianych, chociaż mnie się wydawało inaczej. Byłam pewna, że dobrze pamiętam treść wszystkich. Skoro je miałam u siebie i kiedyś wielokrotnie czytałam. Nie wzięłam pod uwagę przemijania wielu treści - w końcu żyję dopiero pierwszy raz i doświadczam po raz pierwszy na sobie wpływ czasu. Jeśli dorzucę jeszcze niezwykłe zmiany naszego świata w ciągu ostatnich, powiedzmy trzydziestu lat, to mam dzisiejsze odbieranie dawnych lektur.
Dodatkowym niemiłym akcentem - jakże ważnym, jak się okazuje - jest nasza własna polska polityczna przeszłość. Właśnie ta niedawna, powojenna.
Nie zajmuję się specjalnym tropieniem niechlubnej przeszłości znanych i popularnych twórców. Jednak co jakiś czas trafiam na takie informacje, które kładą się cieniem na niektórych życiorysach. Chociaż z drugiej strony nie powinno mnie to dziwić. Zawsze w podświadomości miałam takie pojęcie o znanych ludziach, właśnie wtedy w czasach PRL - skoro pisarz jest wydawany, jego książki mają duże nakłady, robi karierę - to w jakiś sposób musi być związany z władzą i ustrojem. Należeć do partii (wiadomo jakiej, tej przewodniej siły narodu) to było dla mnie wtedy jedyne znane powiązanie. O TW dowiedziałam się w innych czasach - kto nim był okazuje teraz. Podchodzę do takich informacji z bardzo dużą ostrożnością, bo jest to trudna sprawa. Trudna do oceny moralnej, gdy nie wiemy i nie będziemy wiedzieć o wszystkich okolicznościach podejmowania lub zmuszania do takiej współpracy.

Po przeczytaniu "Cięgów dla ciągów (dalszych)..." u Lirael, sięgnęłam (po raz pierwszy w tym przypadku) do informacji w wikipedii. Tak z czystej ciekawości, jaki jest dorobek tej tak popularnej w moich nastoletnich czasach pisarki, w jakich latach swojego życia tworzyła te kultowe (nie lubię tego określenia) powieści. I tu właśnie ten wspomniany wcześniej niemiły zgrzyt, choć podkreślam, że nie wiem, czy to prawda, więc nie będę oceniać tej informacji o 15-letniej współpracy z SB.

Jednak to jeszcze jeden ważny element mojego dzisiejszego odbioru tamtych lektur. Sięgając po te książki pewnie teraz będę "sprawdzać" życiorys autora. Nie dlatego, żeby odrzucać ze wstrętem jego utwory, jeśli przeszłość okaże się mało świetlana. Ale po prostu, żeby wiedzieć.

Kiedyś wypowiedziałam się w dyskusji na ten temat, zajmując stanowisko, że polityczna przeszłość autora nie powinna decydować o naszych wyborach czytelniczych. I nadal tak uważam, co nie znaczy, że mam ochotę czytać współczesne nowości autorów z mocno nieciekawymi życiorysami.

niedziela, 13 października 2013

Łódź kolorowa... nie ta obiecana...


"Ziemia obiecana", powieść naszego noblisty (choć nie za nią nagrodę otrzymał), to moja książka numer jeden.
Nie wiem, ile razy ją czytałam, ale na pewno jeszcze będę czytać. I nie dlatego, że mam sklerozę, więc muszę sobie przypominać treść. Dlatego, że to powieść genialnie oddająca ducha, istotę tego miasta. To prawda, że opowiada o mieście, którego w tamtym kształcie dziś już nie ma. Jednak czytelnicy, tacy jak ja (urodzeni i mieszkający tu całe życie), jeszcze trochę tego fabrycznego klimatu poznali. Czasy PRL-u zachowały i pozostawiły Łódź w jej XIX -wiecznych obrazach (dopiero trzeba było ostatnich dwudziestu lat kapitalizmu, żeby niszczyć, co się da).
Nic dziwnego, że Andrzej Wajda mógł wykorzystać w swoim filmie tak wiele autentyczności - począwszy od hal i maszyn fabrycznych, a skończywszy na budynkach i ulicach. II wojna światowa niewiele zmieniła w wyglądzie naszego miasta. A gdy dodam jeszcze wysłuchane i zapamiętane rozmowy i wspomnienia moich ciotek, wujków, dziadków, sięgające nawet carskich czasów, to nic dziwnego, że czuję nieprzerwaną nić historii tego miasta od wczoraj do dziś.

Do pisania na tym blogu o powieści Reymonta cały czas się przymierzam, bo to nie jest dla mnie taki sobie prosty wpis. Jeszcze szukam odpowiedniej formy.

A dzisiejsze skojarzenia łączą się z Festiwalem Kinetycznej Sztuki Światła "Light. Move. Festival".

Gdy oglądam takie pokazy (nazywając je "nowe na starym"), 


myślę o ludziach, którzy tworzyli tamtą Łódź i nie byliby w stanie wyobrazić sobie postępu techniki. Tego, co kolejny wiek przynosi. Budując domy przy najważniejszej ulicy miasta na pewno chcieli, aby przetrwały one jak najdłużej będąc świadectwem myśli technicznej swojego czasu.


 Ale w tych dalekich wizjach nie spodziewali, że te budowle będą w XXI wieku tłem takich obrazów





czwartek, 10 października 2013

Edmund Niziurski nie żyje

Czy to jakaś czarna seria? A może po prostu życiowa kolej rzeczy... każdy z nas musi kiedyś odejść... teraz odchodzi pokolenie moich rodziców.
Zmarł Edmund Niziurski


W czerwcowym plebiscycie na ulubioną polską powieść młodzieżową, na blogu BZWL, zajął pierwsze miejsce wśród autorów (wg ilości zgłoszonych tytułów) i drugie według liczby zdobytych punktów).

To pisarz mojego pokolenia, a choć czytałam Jego powieści bardzo, bardzo dawno (w szkolnych czasach) - zajmuje ważne miejsce w mojej pamięci.

Ostatni zakup

Nie kupowałam już ostatnich książek Joanny Chmielewskiej... głównie z powodu ceny, chociaż, gdyby to były te prawdziwie chmielewskie teksty, żadna cena nie odstraszyłaby mnie.
Śmierć mojej ulubionej pisarki bardzo mnie zasmuciła i myślę o Niej teraz wspominając nie tylko cały dorobek literacki, ale także cały kontekst mojego czytelnictwa tej twórczości. To moja młodość, najlepsze lata życia, gdy poznawałam kolejną nową powieść. Kilka dni wcześniej (przed odejściem pisarki),  weszłam do salonu prasowego(!) i tuż przy wejściu potknęłam się o skrzynkę stojącą na podłodze, w której było kilkanaście przecenionych tytułów - głównie Joanny Chmielewskiej. Pomyślałam sobie wtedy jak bardzo zmieniły się czasy i wartości. Kiedyś na te książki dosłownie się polowało, a teraz...

Niejako na pożegnanie z Autorką, kupiłam jednak ostatnią nowość...

poniedziałek, 7 października 2013

Nie będzie już kolejnej nowości - odeszła Joanna Chmielewska



Mam prawie wszystkie Jej książki...
poznałam ten specyficzny język i fantastyczne poczucie humoru prawie 40 lat temu i od tamtej pierwszej lektury pozostałam wierną czytelniczką...
Mogę powiedzieć, że całe życie z Chmielewską... dokładniej mówiąc dorosłe życie czytelnicze.
Chociaż do ostatnich powieści mam pewne zastrzeżenia, o których zawsze mówiłam i pisałam szczerze, to niezmiennie pozostaję w gronie fanów wszystkiego chmielewskiego.