czwartek, 5 września 2013

"Siedem lat w Tybecie"

Nie wiem, czy przeczytałabym książkę, gdyby nie obejrzany w telewizji film.
Co prawda z filmu zapamiętałam tylko główny temat, reszta dość szybko wyparowała z głowy, czyli nie jest to dzieło zapadające głęboko w pamięć.
Jednak poprzez film trafiłam do książki, wypatrzyłam na półce w Bibliotece i wypożyczyłam.
To książka wspomnieniowa, opisująca fragment życia autora. Ale za to jak niezwykły jest to fragment. Kilka lat życia w zupełnie innym świecie, niż ten europejski, pozostawiony wydawałoby się w innym wymiarze.

Heinrich Harrer, narciarz i alpinista, zafascynowany górską wspinaczką w Himalajach, znajduje się w Indiach gdy wybucha II wojna światowa. W wyniku internowania dostaje się do obozu, skąd kilkakrotnie próbuje uciec. Gdy kolejna próba udaje się, dla Harrera rozpoczyna się nowy rozdział życia - dociera do Tybetu, niedostępnego dla cudzoziemców.
Dzięki niesamowitym splotom okoliczności udaje mu się przeżyć tak wiele ciężkich i niebezpiecznych chwil... a gdy znajdzie się w Tybecie nie tylko może tam po prostu żyć - poznaje osobiście młodego Dalajlamę.
To niezwykle bogaty materiał na książkę, szczególnie wartościowy, że Harrer robił wiele notatek na bieżąco. Zapisane w tamtym czasie są dlatego tak cenne.

Ale moje poznawanie losów autora nie odbyło się szybko i prosto.
Jeden powód to język, jakim książka została napisana. Zakładam, że tłumaczka, Ewa Waldeck-Kurtyka, starała się w swoim tłumaczeniu pozostać jak najbliżej oryginału.
Styl narracji jest dość prosty, chropawy i niestety monotonny. Nawet opisy ucieczek nie zawierają takiego ładunku emocji, jaki mogłyby mieć. Ale i tak ta początkowa część książki zatrzymała moją uwagę najdłużej.
Niestety, w dalszej części, gdy pojawiają się rozdziały szczegółowo opisujące życie Tybetańczyków, ich kulturę, zwyczaje itd. , poległam z kretesem. Natłok informacji podanych w tak nużący (mnie) sposób, dał efekt odwrotny od oczekiwanego - nie byłam w stanie czytać książki "jednym ciągiem". Zazwyczaj czytam jedną książkę, od początku do końca. Tutaj jednak odkładałam ją, powracałam za jakiś czas, przerywałam czytanie, powracałam... i tak przez dwa miesiące.

Może łatwiej przebrnęłabym przez ten gąszcz opisów i wiadomości, gdyby nie druk. I nie chodzi tu o trudności w czytaniu małych liter. Od dawna nie czytam bez okularów, nie chodzi więc o samą wielkość. Tutaj trafiłam na połączenie małych liter z gęstym drukiem poszczególnych zdań, co mnie zawsze na wstępie wkurza maksymalnie.
Nie znoszę, kiedy tekst mi się zlewa, zdania włażą jedne na drugie. Gubię wtedy sens, nie mogę skupić na czytaniu i każda książka, choćby największe arcydzieło, wydaje mi się do kitu...

2 komentarze:

  1. Oglądałam film i nie miałam pojęcia, że jest również książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też trafiłam przypadkiem w bibliotece.

      Usuń