sobota, 7 września 2013

"Eugeniusz Bodo - za winy niepopełnione"

Film zrealizowany w 1997 roku przez Stanisława Janickiego (scenariusz, reżyseria), miłośnika i niestrudzonego od lat popularyzatora wiedzy o naszym przedwojennym kinie. Tytuł nie jest przypadkowy, nawiązuje do filmu z 1938 roku, którego aktor był reżyserem i w którym wystąpił.

Film dokumentalny powstał dopiero w 1997 roku, mógł powstać w innych warunkach politycznych, gdy zaczynała się odsłaniać nasza prawdziwa historia. Prowadzący przez wiele lat program "W starym kinie", w jednej z audycji (chyba w latach 70-tych, ale tu się mogę mylić), zwrócił się do widzów z prośbą o nadsyłanie wiadomości o wojennych losach aktora, a w szczególności o okolicznościach jego śmierci.
Bowiem ten dokument jest przede wszystkim temu poświęcony - o filmie
Film wyraźnie można podzielić na dwie części.
Co prawda pierwsza część filmu to krótka biografia aktorska Eugeniusza Bodo, ilustrowana wspomnieniami, zdjęciami i filmowymi rolami. Jednak jest to tylko krótki zarys, dość powierzchowna, ogólnikowa i wybiórcza część informacyjna.
Natomiast część druga to w pewnym sensie akcja"śledcza", szukająca prawdy o ostatnich latach i chwilach życia aktora.


piątek, 6 września 2013

Nie robić umysłowych wakacji.

Jak zawsze przy takich temperaturach jestem bardzo zmęczona upałami w tym zagłębiu suszy, jakim jest moje miasto. Kiedy wszędzie w Polsce pada - u nas sucho jak pieprz. To się powtarza od dobrych kilku lat. I w tym roku nie inaczej. Mam dosyć natury do tego stopnia, że od kilku dni nie piszę na blogach, a nawet kołaczą mi się myśli w rodzaju "dam blogom wakacje". Co z tego, że teksty  do wpisów lęgną się na pęczki, kiedy wieczorową porą przy klawiaturze ... odechciewa się wszystkiego.
Jednak nie mogę sobie robić zbyt dużej przerwy, bo wtedy mój mózg uzna, że tak już będzie fajnie na długo i  nie podejmie na nowo odpowiednich funkcji.


Moje marzenie od lat.... mieszkać tam na stałe... nad polskim Bałtykiem.
I latem... i zimą.. i w czasie sztormów... i w listopadowe ulewy... o każdej porze roku
byle bez wrzeszczących tłumów ... ale w samotności z najbliższymi...


czwartek, 5 września 2013

"Siedem lat w Tybecie"

Nie wiem, czy przeczytałabym książkę, gdyby nie obejrzany w telewizji film.
Co prawda z filmu zapamiętałam tylko główny temat, reszta dość szybko wyparowała z głowy, czyli nie jest to dzieło zapadające głęboko w pamięć.
Jednak poprzez film trafiłam do książki, wypatrzyłam na półce w Bibliotece i wypożyczyłam.
To książka wspomnieniowa, opisująca fragment życia autora. Ale za to jak niezwykły jest to fragment. Kilka lat życia w zupełnie innym świecie, niż ten europejski, pozostawiony wydawałoby się w innym wymiarze.

Heinrich Harrer, narciarz i alpinista, zafascynowany górską wspinaczką w Himalajach, znajduje się w Indiach gdy wybucha II wojna światowa. W wyniku internowania dostaje się do obozu, skąd kilkakrotnie próbuje uciec. Gdy kolejna próba udaje się, dla Harrera rozpoczyna się nowy rozdział życia - dociera do Tybetu, niedostępnego dla cudzoziemców.
Dzięki niesamowitym splotom okoliczności udaje mu się przeżyć tak wiele ciężkich i niebezpiecznych chwil... a gdy znajdzie się w Tybecie nie tylko może tam po prostu żyć - poznaje osobiście młodego Dalajlamę.
To niezwykle bogaty materiał na książkę, szczególnie wartościowy, że Harrer robił wiele notatek na bieżąco. Zapisane w tamtym czasie są dlatego tak cenne.

Ale moje poznawanie losów autora nie odbyło się szybko i prosto.
Jeden powód to język, jakim książka została napisana. Zakładam, że tłumaczka, Ewa Waldeck-Kurtyka, starała się w swoim tłumaczeniu pozostać jak najbliżej oryginału.
Styl narracji jest dość prosty, chropawy i niestety monotonny. Nawet opisy ucieczek nie zawierają takiego ładunku emocji, jaki mogłyby mieć. Ale i tak ta początkowa część książki zatrzymała moją uwagę najdłużej.
Niestety, w dalszej części, gdy pojawiają się rozdziały szczegółowo opisujące życie Tybetańczyków, ich kulturę, zwyczaje itd. , poległam z kretesem. Natłok informacji podanych w tak nużący (mnie) sposób, dał efekt odwrotny od oczekiwanego - nie byłam w stanie czytać książki "jednym ciągiem". Zazwyczaj czytam jedną książkę, od początku do końca. Tutaj jednak odkładałam ją, powracałam za jakiś czas, przerywałam czytanie, powracałam... i tak przez dwa miesiące.

Może łatwiej przebrnęłabym przez ten gąszcz opisów i wiadomości, gdyby nie druk. I nie chodzi tu o trudności w czytaniu małych liter. Od dawna nie czytam bez okularów, nie chodzi więc o samą wielkość. Tutaj trafiłam na połączenie małych liter z gęstym drukiem poszczególnych zdań, co mnie zawsze na wstępie wkurza maksymalnie.
Nie znoszę, kiedy tekst mi się zlewa, zdania włażą jedne na drugie. Gubię wtedy sens, nie mogę skupić na czytaniu i każda książka, choćby największe arcydzieło, wydaje mi się do kitu...

środa, 4 września 2013

"Oddajcie mi swoje dzieci"

To niesławne, choć słynne słowa z przemówienia "króla" Litzmannstadt Getto, Chaima Rumkowskiego.
Były początkiem niezwykle dramatycznych wydarzeń, w tym i tak już dramatycznym miejscu i czasie.
4 września 1942 roku na placu strażackim (dziś ul. Zachodnia)  Rumkowski wezwał mieszkańców getta do oddania swoich dzieci, do wydania ich na śmierć po to, by uratować dorosłych i sprawnych do pracy.



Rozpoczęła się "wielka szpera" - akcja przeszukiwania domów i zabierania  niepotrzebnych: ludzi starych, chorych, niedołężnych oraz dzieci do 10 roku życia. Wciągu kilkunastu wrześniowych dni wywieziono z getta 5862 dzieci, a łącznie 15.681 osób.

Zapisane we wspomnieniach relacje o tych wydarzeniach są przerażające...

Jedną z form upamiętnienia dzieci tej dzielnicy - dzieci polskich, żydowskich i cygańskich, jest akcja Dzieci Bałut - murale pamięci.  Mijam niektóre z tych murali prawie codziennie...

Poruszam tę tematykę na blogu po raz pierwszy i zaryzykuję stwierdzenie, że chyba jestem jedną z nielicznych osób, które mieszkając tu interesują się wojenną historią tych ulic, kamienic, a przede wszystkim ludzi stłoczonych na pewien czas w swoistym więzieniu, jakim było Litzmannstadt Getto.

Wszyscy ci, którzy teraz mieszkają w tych starych przedwojennych domach, to kolejne pokolenie powojennych lokatorów. Być może niektórzy ich dziadkowie lub pradziadkowie mieszkali tu przed utworzeniem getta - nie wiem, jaki procent z nich powrócił do swoich mieszkań.
Nowi to na pewno lokatorzy bloków zbudowanych wśród tych kamienic, od początku lat 50-tych.
To nie był dobry pomysł, takie wymieszanie środowiskowe. Stare Bałuty, mimo socjalistycznego epizodu, nadal są dzielnicą o niezbyt dobrej reputacji. Cała Łódź jest paskudnie oszpecana napisami i malunkami rasistowskiej treści, ale tutaj na Bałutach nie ma dosłownie domu bez tych "ozdób". A ich autorzy nie do końca nawet wiedzą i rozumieją o co w nich chodzi. Być może to jeden ze skutków dawnych relacji międzyludzkich, coś co przetrwało w świadomości mieszkańców miasta przez tyle lat: trudne stosunki Polaków i Żydów w przedwojennej Łodzi.

Wśród książek poruszających tematykę getta są wydawnictwa wspomnieniowe, opracowania naukowe, wydawnictwa fotograficzne. Jedyną powieść o tamtym czasie, jaką znam, napisał... szwedzki pisarz.


Gdy pierwszy raz przeczytałam informacje o wydaniu tej książki, byłam bardzo zaskoczona i sceptyczna - "jak ktoś z innego kraju może zrozumieć to, co działo się tutaj". Teraz, po lekturze,  trochę inaczej na to patrzę. O samej książce napiszę w innym poście.

wtorek, 3 września 2013

Powakacyjnie... już nie tak samo , jak za dawnych lat.

Właściwie nie wiem, dlaczego używam słowa wakacje, skoro od paru lat wakacji nie mam. Chyba takie przyzwyczajenie z całego życia.
Rozpoczął się nowy rok szkolny, czas wakacyjny minął, a ja tego czasu nie wykorzystałam należycie - blogowo oczywiście. Pisałam o tym wcześniej, więc nie będę się powtarzać.
W czerwcu, poruszona do działania akcją Beznadziejnie zacofanego w lekturze wyciągnęłam z półek (nie tylko do zdjęcia) trochę swoich młodzieżowych powieści (polskich autorów). I tak sobie je przypomniałam czytając jedną za drugą. Z zamiarem pisania o każdej na blogu, co z przyczyn technicznych nie wypaliło. Miał być wakacyjno-relaksacyjny sezon z lekkim zabarwieniem refleksyjnym (ale bez nadmiaru analiz i ciężkiej artylerii myślowej).

Lipcowo-sierpniowe wpisy miały być liczne i w większości o młodzieżowych książkach z dawnych czasów (czytaj "moich czasów").

Oczywiście doskonale znałam ich treść, przecież w swoim czasie czytałam je po kilka razy.
I co się okazało teraz? jednak inaczej je odbieram po latach. Minęło 30, 40 lat i z powieści poruszających bieżące problemy dorastającej młodzieży osadzone w aktualnych realiach, stały się powieściami historycznymi.
O te realia właśnie chodzi. Jak teraz dać młodemu czytelnikowi taką książkę bez stałego komentarza i wyjaśnień, prawie takich samych jak przy lekturze "Krzyżaków"? Przecież on nie zrozumie warunków tamtego życia codziennego.

Stopień archaiczności poszczególnych tytułów jest różny - pewne książki są w treści bardziej zrozumiałe (tu postawiłabym na pierwszym miejscu powieści Krystyny Siesickiej), do innych nie przystąp bez nakreślenia tła. (najbardziej mnie zdenerwował pan Samochodzik).

Nie przypuszczałam, że nasz świat i nasza rzeczywistość zmienią się tak bardzo w życiu jednego pokolenia.
A to z kolei tak bardzo zmieni literaturę.

niedziela, 1 września 2013

Świat zniszczony bezpowrotnie...

1 września 1939 roku ... napaść hitlerowskich Niemiec na Polskę... początek II wojny światowej... tragizm śmierci milionów ludzi...

A w tym także zniszczenie całych obszarów kultury polskiej... czego nie zdołali zrobić Niemcy, dokończyli powojenni okupanci, rękami samych Polaków.

Aktorzy przedwojennego kina nagle znaleźli się w innej rzeczywistości, z której już nie było powrotu do dawnej sławy i popularności, do dawnego bogactwa niektórych gwiazd, do pracy na planie filmowym, a także do miasta zamienionego w morze gruzów... To wszystko przepadło...

Jak wspomniałam w poście Modne lata trzydzieste, dzięki moim dziadkom wychowałam się w atmosferze tamtych lat. Chodziłam do dziadków "na telewizję" (my nie mieliśmy jeszcze telewizora) na każdy film przedwojenny. Oglądaliśmy przez lata w "Starym kinie" trochę zachowanych starych filmów, słuchaliśmy gawęd autora programu - Stanisława Janickiego, ale niewiele wiedzieliśmy o prawdziwych wojennych i powojennych losach znanych aktorów. Filtr cenzury działał bardzo dobrze.

Tragiczne ostatnie lata życia Eugeniusza Bodo były  pierwszym "odsłonięciem" prawdy, z jakim się zetknęłam po czasach cenzury historycznej, po latach przemilczeń i zakłamań. W PRL według oficjalnej wersji Bodo został zamordowany przez Niemców. Dopiero na początku lat 90-tych pojawiły się pierwsze inne publikacje na ten temat. Pamiętam jak poruszył mnie artykuł  w Gazecie Wyborczej (o moskiewskim więzieniu, o śmierci w łagrze) i zamieszczone w nim więzienne zdjęcia aktora, jakże inne od tych gwiazdorskich

Eugeniusz Bodo - to prawdziwy symbol gwiazd kina lat 30-tych.
W momencie wybuchu wojny kończył pracę nad filmem sensacyjnym "Uwaga - szpieg!". I według Stanisława Janickiego ten film był powodem ucieczki aktora do Lwowa. Tam pracował w swoim zawodzie, czyli występował na scenie, brał udział w objeździe radzieckich miast, nagrał piosenki w języku rosyjskim.
Krążą różne wersje dotyczące przyczyn samego aresztowania przez NKWD:
mówi się, że został aresztowany przypadkowo; inna wersja podaje, że oskarżano go o szpiegostwo; jeszcze inna, że sam zwrócił na siebie uwagę podaniem o wizę wyjazdową do Stanów Zjednoczonych. Przy tej okazji wyszło na jaw szwajcarskie obywatelstwo aktora, które przeszkodziło w uwolnieniu go po podpisaniu umowy Sikorski - Majski.
Zmarł 7 października 1943 r. w obozie Kotłas (obwód archangielski).  Jak umierał Eugeniusz Bodo
Jego ukochany pies, dog-arlekin Sambo, przeżył swojego pana - podobno został zabity przypadkowo podczas powstania warszawskiego.

 


Jadwiga Smosarska - uznawana za największą gwiazdę przedwojennego filmu polskiego. Miała to "szczęście", że przeżyła wojnę, nie zaznając nawet koszmaru okupacji.
Po wybuchu wojny przedostała się wraz z mężem poprzez Litwę do Stanów Zjednoczonych (tam znalazła się w listopadzie 1939 roku). Dlaczego opuściła kraj tak szybko? Podobno przyczyną wyjazdu był strach, oboje z mężem bali się wojny. A przecież na jej początku nie byliby w stanie wyobrazić sobie, czym ta wojna będzie dla Polaków. W USA nagle znalazła się w innym świecie (i nie chodzi tu o aspekt geograficzny). Aktorka przyzwyczajona do sławy i luksusowego życia, staje się jednym z tysięcy europejskich imigrantów. Mimo trudności materialnych stara się pomagać innym Polakom ze środowiska artystycznego, na przykład Hance Ordonównie.
Pierwszy raz po wojnie przyjeżdża do Polski dopiero w 1958 roku, a więc po 19 latach emigracji. Po kilku następnych odwiedzinach postanawia wrócić na stałe. Nie zamieszka jednak w nowym warszawskim mieszkaniu. Umiera 1 listopada 1971 roku.

Franciszek Brodniewicz - jeden z czołowych amantów kina międzywojennego.
Po wybuchu wojny  zastosował się do zaleceń bojkotu, nie zgodził się także na udział w antypolskim filmie "Heimkehr".
Był członkiem ruchu oporu, a w swoim mieszkaniu na ul. Złotej ukrywał znajomą Żydówkę.
Odpowiadał za akcje odnajdywania zrzutów spadochronowych i właśnie w trakcie jednej z nich zmarł na serce - 17 sierpnia 1944 roku.


 


Mariusz Maszyński - aktor teatralny i filmowy; doskonały recytator, aktor dubbingowy, zapamiętany na ekranie m.in. w filmie "Każdemu wolno kochać".
W czasie okupacji wziął udział w bojkocie i nie występował publicznie na scenie.
Zginął wraz z żoną i siostrami, rozstrzelany przez własowców 6 sierpnia 1944 roku.


 



Michał Znicz (właściwie Michał Feiertag) - aktor ról drugoplanowych i charakterystycznych.
Zginął w Pruszkowie, w Wigilię Bożego Narodzenia 1943 roku.
Wcześniej był w warszawskim getcie, ale dzięki żonie (również aktorce) Janinie Morskiej znalazł się po aryjskiej stronie.
 Nie są znane dokładne okoliczności jego śmierci.
Popełnił samobójstwo... stał się ofiarą denuncjacji... zginął w otwockim szpitalu w czasie akcji likwidacyjnej osób chorych psychicznie.




Stanisław Sielański (właściwie: Nasielski) -  nazywany mistrzem drugiego planu.
Wraz z wybuchem wojny zaczęła się jego emigracyjna tułaczka. Początkowo w Rumunii, od 1940 roku we Francji, a od 1941 w USA - do końca życia. Wszędzie, gdzie przebywał występował na scenie. W Stanach należał do Polskiego Teatru Artystów. Występował w kilku miastach USA, a także w amerykańskiej telewizji.
Nie wrócił do kraju, zmarł na emigracji 28 kwietnia 1955 roku.

Wojenny czas i okoliczności implikowały różne zachowania, różne postawy...

Ina Benita - nie do końca znane okoliczności śmierci aktorki, widzianej prawdopodobnie ostatni raz, gdy wchodziła do kanałów w czasie powstania warszawskiego.
Przed wojną zagrała w kilkunastu filmach - była bardzo popularna (nie tylko z powodu swoich ról filmowych), ale w czasie okupacji występowała na jawnej scenie, nie przejmując się patriotycznym bojkotem takiej pracy aktorskiej. Utrzymywała kontakty towarzyskie z Niemcami. Związała się z oficerem Wermachtu, za co oboje zostali ukarani. On skierowany na front wschodni, ona uwięziona na Pawiaku, gdzie urodziła synka.
Uwolniona podobno 31 lipca 1944.
Zginęła mając 32 lata.


Kilka losów spośród tysięcy...