sobota, 24 sierpnia 2013

"Zgadnij, kto przyjdzie na obiad" (1967)

Kiedyś, przed epoką telewizji satelitarnej i stacji komercyjnych, byliśmy skazani na łaskawość państwowej telewizji. Raz "dali" jakiś film i na tym koniec, jednorazowa emisja i zero szans na powtórkę.
Teraz mamy filmowy Eden - możemy wielokrotnie (bo na różnych kanałach) oglądać niektóre filmy, również te stare i dawno widziane. I w ten sposób codziennie cofam się trochę w swoją własną przeszłość, gdy trafiam na starocie sprzed lat - w większości oglądane wcześniej na czarno-białym ekranie telewizora. Pierwszy kolorowy odbiornik nabyliśmy z mężem chyba pod koniec lat 80-tych, bo pamiętam jeszcze wyprawę z moją malutką córeczką do zaprzyjaźnionego domu na emisję serialu "Niewolnica Izaura" - w koszmarnych kolorach samowybuchającego telewizora "Rubin".
Dzięki obecnemu luksusowi wyboru stacji zaczynam mieć problem z nadmiarem filmów do oglądania...


Film "Zgadnij, kto przyjdzie na obiad" (tytuł oryginalny:Guess Who's Coming to Dinner), to obraz z wyższej półki kina amerykańskiego, chociaż i on ma swoje kiczowate cechy.
Atutem filmu jest obsada aktorska głównych ról: Katharine Hepburn, Spencer Tracy i Sidney Poitier. To oni "trzymają film", pozostałych aktorów znają u nas chyba tylko najbardziej zapaleni miłośnicy kina amerykańskiego.
Po pierwszym obejrzeniu filmu najbardziej zapamiętałam rolę Sidneya Poitier, który w tamtych czasach pojawił się kilkakrotnie na naszych ekranach. Dziś inaczej odbieram przesłanie filmu, znając zakres wydarzeń i zmian, jakie zaszły na przestrzeni tych lat. Film powstała w latach 60-tych, gdy prawo niektórych stanów sankcjonowało podział rasowy obywateli. I na pewno był wtedy odważnych głosem na rzecz równouprawnienia.
Nikomu wtedy nie mieściłoby się w głowie, że prezydentem tego kraju może zostać czarnoskóry polityk.
Kandydat na zięcia, w rozmowie z przyszłym teściem używa nawet argumentu mającego świadczyć o naiwności dziewczyny: "tak, nasze dzieci będą miały ciężko. Ale ona widzi ich przyszłość w Białym Domu w otoczeniu czarnych doradców". To nawet jemu wydaje się utopią.

Film tak naprawdę nie jest o tym, czy czarnoskóry mężczyzna ma prawo wiązać się z białą dziewczyną. Rodzice dziewczyny są przecież wykształconymi ludźmi, którzy tak wychowali swoją córkę, że nie dostrzega ona w ludziach innego koloru skóry - to nie ma dla niej żadnego znaczenia. Dlatego może zakochać się w czarnym mężczyźnie, widząc jego wartość jako człowieka.
Kiedy jednak przedstawia go jako swojego przyszłego męża, sprawy się komplikują. Łatwo bowiem głosić poglądy na zewnątrz, ale gdy trzeba je zastosować w swoim prywatnym życiu - to już całkiem inna sprawa.

Mimo tego, że to obraz sprzed tylu lat i w tym czasie świat się zmienił, film nadal przyciąga uwagę. Na pewno za sprawą inteligentnych dialogów i dobrej gry aktorskiej. Wyłączyłabym z tej oceny odtwórczynię roli córki, która  jak na wykształconą osobę zachowuje się jak bezmyślna słodka idiotka. Tu naprawdę pasuje kategoria "blondynki" w dzisiejszym rozumieniu.
I dużym zgrzytem jest dla mnie zakończenie filmu, z cukierkową pioseneczką... ale cóż...  lepiej wcisnąć widzom typowo amerykański happy and ... w końcu i tak dostali sporą dawką treści zmuszających do myślenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz