środa, 21 sierpnia 2013

Filmowa "Trędowata"

Od dobrych kilku lat mamy telewizyjny zestaw świąteczny, którym nas raczy nie tylko TVP, ale i stacje komercyjne. Gdy zbliżają się dni świąteczne w polskim kalendarzu  możemy obstawiać, że na pewno Kevin będzie sam w domu w towarzystwie Znachora i Trędowatej przy akompaniamencie miecza z ogniem.


Treści filmu opowiadać nie trzeba, bo prawie każdy ją zna (nawet jeśli filmu nie oglądał).
Nie mam możliwości porównania powieści Mniszkówny z tą wersją filmową, ponieważ nie pamiętam  tego dzieła. Oczywiście ogólne zarysy akcji są znane, ale ja przeczytałam powieść tak dawno, że nic nie pamiętam. Jeszcze w czasach szkolnych dostałam na krótko egzemplarz tragicznie wręcz zaczytany i przekazywany jak relikwia z rąk do rąk.

Sam film Hoffmana widziałam kilka razy i pierwsze wrażenia pozostały niezmienne.
Ładne zdjęcia, ładna muzyka, plenery i stroje w klimacie - plejada dobrych aktorów w przyzwoitym opakowaniu.
Jednak film razi mnie swoją sztucznością. Za bardzo odczuwam czas, w którym powstał. To taka pereelowska cepeliada na temat międzywojenny. Aktorzy tylko "są" na planie, odgrywają powierzchownie swoje role, a nie tworzą prawdziwych kreacji. Bardziej zakwalifikowałabym ten obraz do pastiszu, a nie do prawdziwego klasycznego melodramatu.
Przy okazji większości scen mam wrażenie, że aktorzy  na planie "się wygłupiają", że robią  to dla zgrywy, że za chwilę nie wytrzymają i wszystkich opanuje zbiorowa głupawka.

A największą pomyłką jest tu obsada głównej roli, czyli Stefci Rudeckiej. Elżbieta Starostecka jest beznadziejnie mdła i nijaka, bez wyrazu. Trudno uwierzyć, że taka gęś mogłaby stać się obiektem wielkiego uczucia możnego Ordynata. To podstawowy minus podkopujący wiarygodność filmu.

Przed II wojną światową powstały dwa filmy pod tytułem "Trędowata".
W 1926 - z główną rolą Jadwigi Smosarskiej. Ten film nie zachował się do naszych czasów.


W 1936 zrealizowano film z Elżbietą Barszczewską w roli Stefci.


Powstała jeszcze jedna wersja - tym razem serialowa - strona filmu.
Jakiś dziwoląg - ni pies, ni wydra...
Połączenie treści powieściowych ze współczesnymi fantazjami scenarzystów - szkoda gadać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz