czwartek, 11 lipca 2013

Nie ma przebaczenia...

Nie jestem historykiem, nie jestem politykiem - jestem po prostu obywatelką swojego państwa i nie muszę podlegać światowym przymusom, modzie, poprawności politycznej, czy jak to jeszcze inaczej nazwać.
 To wszechobecne nawoływanie do wybaczania, wzajemnego zrozumienia, pojednania, więc pewnie i do zapomnienia w bliższej lub dalszej przyszłości.

Otóż nie... tak się nie da ponownie wepchnąć strasznego losu tysięcy Polaków znowu w otchłań niepamięci teraz, gdy drzwi do tej otchłani wreszcie uchylono.

Przyznaję, że dopiero niedawno (kilka lat temu) dowiedziałam się o rzezi wołyńskiej, o tym straszliwym ludobójstwie. Nie mając rodziny na tamtych terenach, nie miałam świadomości tego, co się wydarzyło.
Teraz, w 70 rocznicę tych wydarzeń, słuchałam wypowiedzi żyjących świadków, trochę czytałam, ale tylko trochę. Może to wstyd, że tak krótko i powierzchownie. Ale ja po prostu, tak po ludzku, nie jestem w stanie udźwignąć ciężaru tej tragedii. Nie mogę patrzeć na zdjęcia zabitych w bestialski sposób dzieci, kobiet, mężczyzn. Nie mogę o tym czytać, to mnie przeraża ponad miarę. I nie mają znaczenia liczby - to tragedia każdego ludzkiego życia.
Napisałam na początku, że nie jestem historykiem, więc nie znam wszystkich okoliczności, uwarunkowań, przyczyn, ofiar po drugiej stronie - widzę to, co dotyczy bezbronnych polskich ofiar. Nie jestem politykiem, więc nie muszę naginać swojego sumienia do koniunkturalnych interesów partyjno-politycznych.

Nie ma przebaczenia, bo komu przebaczać?

czwartek, 4 lipca 2013

Czwartkowa "Kobra"



Z prawdziwym rozrzewnieniem obejrzałam dzisiejszą emisję prawdziwej starej "Kobry".
Na kanale TVP Kultura, jak za dawnych czasów, czwartkowy wieczór z Teatrem sensacji.
Zupełnie przypadkowo zajrzałam do programu telewizyjnego i znalazłam taką perełkę:  
"Cała prawda" - autor sztuki: Philip Mackie (brytyjski scenarzysta filmowy i telewizyjny), reżyseria: Janusz Morgenstern.
Widowisko zarejestrowano w 1963 roku (czyli równo 50 lat temu) i jest to drugi z najstarszych zachowanych w całości spektakli Teatru "Kobra" (zarejestrowany z anteny). Oczywiście czarno-biały.

Streszczenie w zapowiedzi: Przebiegły morderca zabija swoją kochankę. Wcześniej jednak przeprowadza misterną intrygę, która ma na celu skierowanie podejrzeń na człowieka niewinnego, swojego rywala, przeciwko któremu świadczą zarówno fakty, dowody, jak i motyw. Jedynie widz od początku zna prawdę. Gdy już wydaje się, że mamy do czynienia ze zbrodnią doskonałą - morderca popełnia błąd, który go zdradza.

To było niezwykłe przeżycie, tak jakby czas się cofnął o tyle lat. Nawet nie próbowałam ustalić sama ze sobą, którą sztukę oglądałam jako ostatnią - to było tak dawno.

A teraz obejrzałam "Kobrę" w czystej postaci - z czołówką aktorską tamtych czasów, w scenografii tamtych czasów, z fantastyczną muzyką jazzową w tle. Niestety w końcowej "liście płac"brak informacji o muzyce.

Sama sztuka została zrealizowana tak prostymi środkami wyrazu jak tylko to możliwe. Prawie cała akcja przebiega na małej powierzchni salonu, z krótkim epizodem na posterunku policji. Scenografia minimalistyczna - kominek, barek, kanapa, fotel, telefon, okno, drzwi. Butelki z alkoholem wyeksponowane etykietami do kamery (odwrotnie niż dzisiaj, w czasach obłędu kryptoreklamy), no i stary poczciwy syfon z wodą sodową (model chyba ogólnoświatowy).

Obsada sztuki jest kameralna, siedmio-osobowa. Trudno dokonać podziału na role główne, bo praktycznie wszystkie postaci są tu ważne. Małżeństwo Poltonów zagrali sędziwi dziś aktorzy, Teresa Szmigielówna i Gustaw Lutkiewicz. A oprócz nich widzimy na ekranie aktorów, których już dawno nie ma wśród nas: Lidia Korsakówna, Zbigniew Cybulski, Ryszard Pietruski,  Mieczysław Stoor oraz Barbara Klimkiewicz, której głos znałam wcześniej zanim ją zobaczyłam. Grała bowiem w radiowym tasiemcu w odcinkach, czyli w powieści "Matysiakowie". W pewnym momencie zniknęła z obsady, a w lud poszła wieść, że aktorka uciekła za granicę i pracuje w "Radio Wolna Europa".

Sama realizacja sztuki jest taka właśnie, jaką pamiętam z lat 60-tych, czyli jak mały Jasio wyobraża sobie Anglików, angielski salonik i inspektora policji w trakcie czynności. Dziś trochę drażniła mnie maniera szybkiego podawania tekstu - właściwie aktorzy prawie się nie ruszali, nie używając mowy ciała, a za to szybko gadali.

Ale przyjemne są takie wycieczki w przeszłość...