wtorek, 4 czerwca 2013

Bezkrytyczna siostrzana miłość.

Będąc  naiwnym dziewczęciem przeczytałam wspomnieniową powieść Magdaleny Samozwaniec "Maria i Magdalena" (1956 r.).

Jak wspomniałam, byłam wtedy nastolatką, więc przeczytawszy uwierzyłam w każde słowo autorki. Przyjęłam za pewnik jej opisy zdarzeń i ocenę ludzi. Później kilkakrotnie sięgałam po powieść (co było łatwe, bo stała i stoi u mnie na półce). I tak przez te kolejne czytania poznałam dokładnie rodzinę Kossaków w wersji samozwańczej. Lubiłam wracać do tego lukrowanego pudełeczka ze słodkimi pomadkami, do czego niewątpliwie przyłożył się swoją cukierkową kreską Antoni Uniechowski.

Przy którejś kolejnej lekturze coś mi jednak zaczynało zgrzytać i doszły do głosu wątpliwości. Wątpliwości pod hasłem "ej, czy to tak do końca prawda?". Szczególnie w odniesieniu do zachwytów Magdaleny nad siostrą i ojcem. Nad ich urodą, geniuszem, talentami - w ogóle nad całokształtem. Sama sobie odpowiedziałam w pewnym momencie, że to nie do końca same cuda, a jedynie rodzinny subiektywny pogląd. Co nie przeszkodziło mi w obcowaniu z poezją Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, która niezmiennie pozostaje moją ulubioną.

Edycja (bo mi umknęło)
Kolejne rysy na idealnym obrazie Kossakówki pojawiały się wraz z moim poszerzaniem wiedzy o rodzinie Kossaków. Argumentem o niewielkim istnieniu we wspomnieniach brata Jerzego, pominięciu bliskiej gałęzi na czele z kuzynką-pisarką Zofią, jest sam tytuł książki, czyli rzecz o dwóch siostrach. Jednak z drugiej strony autorka wspomina tak wiele różnych osób, wcale nie związanych blisko z rodziną, że dziwi milczenie na temat członków rodziny.

I kolejne moje zdziwienie, gdy obejrzałam film dokumentalny o siedzibie rodu Pawlikowskich na Kozińcu w tej chwili nie mogę odszukać bliższych danych o tym filmie). Film pokazuje nie tylko wnętrze willi, ale zawiera także wypowiedzi członków rodziny Pawlikowskich, gdzie Lilka wspomniana jest bardzo krótko i zupełnie obojętnie, jak ktoś mało znany.
Jak to? a gdzie uwielbienie dla jej osoby?... to był chyba dla mnie największy powód do weryfikacji dotychczasowego obrazu ukształtowanego "Marią i Magdaleną".

Trafiając w kolejnych latach na książki Magdaleny Samozwaniec, chętnie je czytałam, bo nazwisko (a raczej pseudonim literacki) nie było mi obce. I tu zdarzały mi się coraz większe zgrzyty pamięci, gdy w poszczególnych utworach odnajdywałam znane z "Marii..." wątki, historie, porównania, powiedzonka. Czyli ciągle te same odgrzewane kotlety. Swoją drogą ile razy można wykorzystywać ten sam materiał?

Jednak długo trwałam w zachwycie nad tym idyllicznym kręgiem rodzinnym. Obraz cudownej Kossakówki tak mi się utrwalił w umyśle, że przeżyłam prawdziwy szok, gdy zobaczyłam żałosną rzeczywistość. Latem 1980 roku wybraliśmy się z mężem na kilka dni do Krakowa, z planami zwiedzania i oglądania ile się tylko da. Oczywiście Kossakówka była na pierwszym miejscu mojej listy. Najpierw długo nie mogliśmy jej znaleźć (mimo posiadania planu miasta), jakoś nikt z miejscowych nie kojarzył takiego zabytku. Bo niestety ja, w swojej naiwności, widziałam oczami wyobraźni pięknie zadbane miejsce ważne dla naszej kultury. Nie było wtedy internetu, w którym wujek gugle wytłumaczyłby mi raz dwa moją pomyłkę. W końcu trafiliśmy do zaniedbanej bramy, przez uchyloną furtkę weszliśmy na małe podwórko.. Wejście było możliwe, bo czynny był jakiś warsztat - chyba introligatornia (takie usługi dla ludności)
Popatrzyłam... gdzie ten wielki piękny ogród?... gdzie te pracownie malarskie?...gdzie tamten czas....



Od mojego pierwszego spotkania z Marią i Magdaleną oraz twórczością Magdaleny Samozwaniec minęło ponad 30 lat. I oto w 2004 roku znalazłam w księgarni  nowe wydanie "Zalotnicy Niebieskiej" (1973r). Nie znałam, kupiłam , zaczęłam czytać. Już po kilkudziesięciu pierwszych stronach odłożyłam książkę, zniechęcona powtórkami treści.

Stała sobie książka na półce czekając na moje zainteresowanie prawie dziesięć lat. Przyznaję, że sięgnęłam po nią teraz w związku z ukazaniem się zapisków Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej "Wojnę szatan spłodził".
Chciałam jednak przebrnąć przez "Zalotnicę...", tak dla uzupełnienia wiedzy.
I rzeczywiście, jest to swego rodzaju uzupełnienie/ciąg dalszy  niektórych wątków z "Marii..."
Ciąg dalszy, który napisany został jednak nieco innym językiem, już nie tak euforycznym i beztroskim. Bo i świat nie był już tym sielskim obrazeczkiem jak niegdyś, a nad losami rodziny, przyjaciół i znajomych zaciążyła straszna wojna. Czytając "Zalotnicę..." pewnych spraw nie zrozumiemy, nie znając wcześniejszej książki o siostrze-poetce.Tutaj są tylko zaznaczone, a w niektórych wręcz sama autorka wspomina "opisałam to już w Marii i Magdalenie".
Ta kolejna książka o ukochanej siostrze pokazuje nam kobietę-poetkę i jej twórczość w większej skali niż pierwsza. Cytowane wiersze, fragmenty sztuk oraz prywatne listy wzbogacają obraz Marii.
Jednak dla mnie jest tu pewne "ale" i to bardzo duże...
Nie mogłam skupić się ani na wierszach, ani na listach, mając za komentarz do nich nieustanne peany autorki książki. Cały tekst Magdaleny jest jednym wielkim hymnem pochwalnym pod adresem siostry Lilki, a przy okazji również ojca Wojciecha i troszkę matki obu sióstr. To, co było już widoczne w "MiM" tutaj przybrało formę kompletnie niestrawnej dla mnie treści. Jeden wielki zachwyt, subiektywizm ocen, bezkrytyczne spojrzenie - to wszystko tak irytujące, że przesłania konkretną informację i zniechęca do czytania. Bezustanne zachwyty typu: "największa poetka polska, prześliczna, cudownie piękna, najmądrzejsza, najlepsza, osoba o wyjątkowej kulturze itd". Podobnie o Wojciechu Kossaku - jaki to szalenie przystojny mężczyzna był.
Chyba autorka nie skojarzyła sobie faktu, że uroda i wygląd osoby bywa różnie odbierany. Ja patrząc na zdjęcia widzę młodą ładną kobietę i dość przystojnego mężczyznę, ale bez urazy..  są ładniejsze i są bardziej przystojni, zależy co się komu podoba. Być może działa tu magia osobistego kontaktu, jak podobno było z Hanką Ordonówną na scenie.

Magdalena Samozwaniec pisząc o innych ludziach widzi ich tylko przez pryzmat ich stosunku do siostry, a czasami przez porównywanie talentów i dorobku.Jeśli ktoś zachwycał się siostrą - dostał łaskawe słowo o sobie (Lechoń, Iłła) Kiedy nie zapisał się pozytywnie w życiu poetki (jak ci krytycy wstrętni nie doceniali sztuk!) - dobrze mu tak jeśli marnie skończył. Jak pisze o spotkanym na ulicy starym człowieku, drugim mężu.... tak jakby odczuwała swoistą satysfakcję, że dożył tej brzydkiej starości.
Kiedy jednak  przeczytałam, że Konopnicka była lichą poetką... doczytałam książkę do końca metodą wybiórczą, przelatując tekst pobieżnie. Pozostawiłam sobie listy i wiersze poetki na osobną lekturę, bez powracania do tekstu głównego.

Dziwnie się czuję po tej lekturze...
To tak, jak z obrazem dzisiejszej Kossakówki - obraz świata rodziny Kossaków został pozbawiony swoistego dawnego uroku, odarty z romantyzmu, dawnego wdzięku i radości. Jakoś wyjątkowo mnie to dotknęło, bo przez tyle lat trwałam w tym sielankowym, a jakże bardzo subiektywnym widzeniu.

Celowo przed czytaniem "Zalotnicy..." nie szukałam na blogach recenzji, nie chcąc się niczym sugerować.
Podejrzewam, że pozostanę w odosobnieniu, nie zachwycając się książką.
Niestety, nie podoba mi się... w moim odbiorze okazało się, że brak trzeźwego spojrzenia autora na temat może być zbyt wysoką przeszkodą.

9 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alu - tak, słyszałam historię o duchach.
      Pisząc posta zapomniałam dodać, że kolejne rysy na idealnym obrazie pojawiły się po obejrzeniu filmu dokumentalnego o siedzibie rodu Pawlikowskich. Tak bardzo się wtedy zdziwiłam, gdy o Lilce padło może jedno, obojętne zdanie. Edytuję posta i dopiszę, bo to też ważny moment, gdy zastanowiło mnie całkowite pominięcie we wspomnieniach innych członków rodziny, tych najbliższych.
      Linka o duchach chętnie przyjmę. :)

      Usuń
    2. Dodałam jeszcze filmik o Kossakówce.

      Usuń
    3. Sama chetnie posłucham.

      Usuń
  2. Ja czytałam Marie i Magdalenę pewno 40 lat temu, ale tylko raz, gdyż miałam ją z biblioteki. I też byłam pod urokiem tej książki i pewno nadal jestem, gdyż co jakiś czas ją wspominam i myślę by ją sobie nabyć.
    O Kossakówce dzisiejszej kiedyś mimochodem chyba w tv usłyszałam. Jak wjeżdżam do Krakowa to zawsze ja mijam. Szkoda, że nie powstało tak nigdy muzeum biorąc pod uwagę całą rodzinę Kossaków. Było by ciekawe.
    Muszę sprawdzić w biblioteczce, ale chyba miałam biografię Wojciecha Kossaka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam pamiętniki Wojciecha Kossaka, wydane pod tytułem "Wspomnienia".
      A patrząc na ruinę Kossakówki najbardziej mnie przygnębia widok tych bloków włażących dosłownie na plecy domu.

      Usuń
    2. Chyba mi o nie właśnie chodzi.
      Szkoda, że Ministerstwo Kultury tez nie podjęło nigdy żadnych działań w kierunku uratowania tego miejsca.

      Usuń
  3. Liznęłam trochę tematu o Kopera we Wpływowych kobietach II RP. Temat sióstr oczywiście rozwinę.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja do "Wpływowych kobiet..." jeszcze nie dotarłam, czekam jak się trafią w bibliotece (czas kupowania książek to już jednak dla mnie historia, chociaż czasami się wyłamuję). :)

      Usuń