niedziela, 23 czerwca 2013

Nienawidzę upału!!!

To powtarzam od lat, a szczególnie ostatnio, gdy mamy taki parszywy klimat tropikalny.
Z tego powodu nie jestem w stanie normalnie egzystować, spełniam wymuszone życiem podstawowe czynności (mieliście tak, żeby pot spływał po twarzy i kapał do zlewu? - ja tak dzisiaj zmywałam naczynia).
O pisaniu postów nie ma mowy, bo nie potrafię się skupić. Nawet odpowiedzi na komentarze nie umiem sklecić.
Ja chcę zimę, mróz, śnieg !!! niech zawieje i zamiecie! - mimo, że muszę machać łopatą przy odśnieżaniu.
W pewnej chwili nie wytrzymałam duchoty i zeszłam do zimnej jak lodówka piwnicy mojego rodzinnego domu, gdzie spędziłam miło czas grzebiąc w bibliotecznej szafie i odkrywając kolejne nieznane książki.
A w ogrodzie niestety już przekwitają peonie... uwielbiam ich zapach...




piątek, 21 czerwca 2013

Cierpienia młodego Wintera

Tak jak większość z nas, usłyszałam o serialu zanim go obejrzałam.
Kontrowersyjny film niemiecki "Nasze matki, nasi ojcowie" znalazł się niespodziewanie w programie polskiej telewizji, dając materiał do wielotematycznych dyskusji.
Obejrzałam wszystkie części filmu...
Obejrzałam debatę w studio - swoją drogą fatalnie prowadzoną (jednak dziennikarz powinien dla siebie zachować swoje emocje i swoje zdanie w takim programie, jakkolwiek się z nimi zgadzam). Debatę, która ledwie liznęła ten wierzchołek góry lodowej i zamieniła się w dość chaotyczną wymianę zdań...
Poczytałam opinie w internecie...

Zarówno rozmowa w studio, jak i dyskusje w sieci, nie były mi potrzebne do wyrobienia sobie własnego zdania, bo takie bez problemu wyrobiłam sobie sama.

Mam zbyt jednoznaczny stosunek do tej części niemieckiej przeszłości, żeby jakoś specjalnie ubierać w słowa to, co myślę o filmie. Dlatego tym razem wypowiem się w punktach.
Kolejność, oprócz pierwszego punktu, jest dowolna.

- Czy dobrze, że ten film został w Polsce pokazany?
Dobrze, bo przynajmniej wiemy jakiej opinii w oczach widzów 60 krajów (do których sprzedano serial) możemy się spodziewać.
Dobrze, bo nie będziemy mieć złudzeń, że stosunek Niemców do Polaków jest taki wspaniale poprawny, albo może przyjacielski.

Uważam, że film:
- jest tendencyjny, fałszuje historię, pokazuje jednostkowe zachowania jako ogólną normę
- wybiela Niemców i ich zbrodnie
- przerzuca odpowiedzialność na inne narody
- wzbudza w dalszym ciągu podziw dla niemieckiego munduru i wojska, w stylu "Befehl ist Befehl"
- utrwala złe stereotypy dotyczące Polaków

Film, w mojej ocenie, ma jak najgorszą wymowę polityczną i nie pomoże tu zachwyt jak to dobrze, że Niemcy łaskawie taki film w ogóle zrobili. Gdyby był to kolejny film na ten temat - dwudziesty, czterdziesty... można by zrozumieć krzywdzący obraz akowców, jako marginalną część wojennych postaw.
Ale nie w jednostkowym wydarzeniu filmowym, które przez swoją jednostkowość jest odbierane jako uogólnienie, przekrój całościowy. I z takim przekazem poszło w świat...

W powieści Elżbiety Jackiewiczowej "Pokolenie Teresy" jest pewne zdarzenie, gdy Niemka pomaga Teresie i jej koledze uniknąć łapanki. Oboje młodzi są bardzo zaskoczeni takim zachowaniem się nieznajomej kobiety, a podsumowaniem tej sytuacji jest zdanie, które utkwiło mi w pamięci:
"W każdym narodzie są ludzie i świnie".

wtorek, 18 czerwca 2013

Marinina... - bez entuzjazmu.

W nowościach kryminału zatrzymałam się gdzieś daleko w pomrokach dziejów, czyli na etapie milicyjnej sensacji w minionym stuleciu. Zresztą czytywałam kryminały najczęściej tylko w czasie wakacji, korzystając z miejscowych bibliotek w ośrodkach wczasowych. Na częstsze lektury w czasie roku szkolnego (dziecko, mąż, dom, praca, doskonalenie zawodowe) raczej czasu nie było za wiele.
Nie liczę tu swoistego kryminalizowania w wykonaniu Joanny Chmielewskiej, bo to gatunek sam w sobie.
Tak więc moje rozeznanie we współczesności kryminalnej jest żadne. A właściwie było żadne do czasu rozpoczęcia książkowego blogowania, bo dzięki niemu rozszerzam swoją wiedzę również w tym zakresie.

Czego to ja się naczytałam o pisarstwie Aleksandry Marininy!
Same pochwały, a kiedyś nawet trafiłam na określenie "rosyjska Chmielewska" (w sensie "rosyjska królowa kryminału"). Oj, jak dla mnie bardzo niefortunne porównanie - jak się okazało po lekturze.

Nic dziwnego, że w końcu postanowiłam dołączyć do fan-klubu tej pisarki, a mówiąc poważnie - zapoznać się z jej twórczością. Nie udało mi się rozpocząć lektury od początku cyklu o major Kamieńskiej, bo korzystając z biblioteki rejonowej złapałam to, co było na półce.

A była to "Złowroga pętla" (wydanie rosyjskie 1995), piąta część cyklu.
Nie zdradzając fabuły zacytuję jedynie notkę od wydawcy, umieszczoną na okładce.

"Major Anastazja Kamieńska staje przed kolejnym wyzwaniem. Tym razem śledztwo dotyczy szantażu, którego ofiarą pada pewne małżeństwo.
Ta z pozoru łatwa do wyjaśnienia sprawa łączy się w zaskakujący sposób z zabójstwem nieuczciwego dyrektora banku, chuligańskim wybrykiem, napadem na bank i samobójstwem zdolnego pracownika moskiewskiego instytutu badawczego.
   Kamieńska konsekwentnie dąży do rozwiązania zagadki, jednocześnie analizując niepokojący fakt gwałtownego wzrostu przestępczości w jednym z rejonów Moskwy..."

Sięgając po książkę zastanowiłam się, kiedy ostatnio czytałam coś ze współczesnej literatury radzieckiej (bo z nowej rosyjskiej na pewno nic).
I udało mi się doliczyć kilku pozycji w latach 70-tych.
Ubożuchno? Nic dziwnego - kto wtedy czytał, ten wie.
Lepiej znaliśmy klasykę z Tołstojem na czele, niż współczesne propagandowe losy bohaterskiej Armii Czerwonej lub produkcyjniaki sławiące życie w najlepszym ustroju na Ziemi. Raczej nie ciągnęło nas do tych lektur z własnej woli. A mnie dodatkowo nie ciągnęło do braci Strugackich, chociaż duży zbiór fantastyki naukowej mamy w naszej biblioteczce. To jednak sfera zainteresowań mojego męża, ja do tego rodzaju literatury  nie mogłam się przekonać.

Podchodząc więc do Marininy byłam bardzo ciekawa opisu współczesności rosyjskiej. I w tym zakresie rzeczywiście było to nowe poznanie.
Natomiast warstwa sensacyjna nie wciągnęła mnie tak, jak się tego spodziewałam.
Pojawiające się wraz z rozwojem akcji coraz to nowe tajemnicze postaci są tak tajemnicze, że w końcu mylą się i nie wiem, kto mówi poszczególne teksty.  Po pierwszych stu stronach poczułam takie zniechęcenie, że przerwałam czytanie i odłożyłam książkę na kilka dni. Później do niej wróciłam i w ciągu kilku kolejnych wieczorów jakoś zmęczyłam całość (ale pod przymusem, bo trzeba oddać).
Nie będę analizować szczegółowo tekstu, bo ta książka mnie znudziła.
Być może nie trafiłam z lekturą w odpowiedni nastrój (swój własny)... być może taki styl pisania to nie moje klimaty...
Nie zarzekam się, że na pewno już nigdy nie sięgnę po kolejną powieść Marininy.
Jednak teraz, po lekturze jednej książki, zupełnie nie mam ochoty na następne.

czwartek, 6 czerwca 2013

Pięć filmów w moim wieku


Na blogu Czarodziejska góra książek znalazłam ciekawą zabawę, w którą zagram sobie całkiem prywatnie.
Zabawa ta polega na wymienieniu pięciu tytułów filmów, które "urodziły" się w tym samym roku co my.
I tu jest pies pogrzebany, bo chociaż dość długo nie miałam oporów co do ujawniania swojego wieku, o tyle teraz licznik nabił już zbyt wiele. A nie chcę odstraszać potencjalnych czytelników bloga, którzy na widok rocznika wymienionych filmów złapaliby się za głowę i na zawsze uciekli (obawiając się, że może tu już straszy).
Ale z ciekawości poszperam w źródłach i sprawdzę, czy wraz ze mną pojawiły się na świecie jakieś znaczące dzieła - oczywiście filmowe... 

Sentymentalne powroty

Za sprawą Beznadziejnie zacofanego w lekturze pozostajemy jeszcze w klimatach lektur młodego czytelnika. Gorzej, że teraz to my sami, wracając do swoich książek ... szczególnie wartościowych i popularnych; zabawnych i poważnych... mamy pomęczyć się, wybierając tylko 15 tytułów. Oczywiście każdy z biorących udział w zabawie męczy się z wyboru i na własne życzenie, w dodatku z dużym entuzjazmem (co pokazały już pierwsze komentarze).
Ja też...  - ominąć taką okazję?
To przecież moje czasy, moje książki.
Wyciągnęłam więc z półek co się dało, chociaż listę stworzyłam od ręki. Więcej czasu zajęło mi natomiast jej skrócenie do wymaganego poziomu. Niestety... Odkładałam, zamieniałam, dokładałam...


Lista ułożona jest w porządku alfabetycznym, chociaż moje poznawanie się z poszczególnymi tytułami było oczywiście inne w czasie, a prawie wszystkie czekają na opisanie na blogu.
Dlaczego wybrałam właśnie te?
O niektórych już napisałam na blogu, o pozostałych planuję napisać. Nie używam jednak stwierdzenia, że "na pewno napiszę:, bo wiadomo jak to jest z tym "nigdy", "na pewno"...

"Czarodziej z Nantes" - Nadzieja Drucka - o książce napisałam TU
"Głowa na tranzystorach" - Hanna Ożogowska
Wydaje mi się, że czytałam w odcinkach w "Płomyku", co mogę jeszcze sprawdzić, jak się dokopię do pozostawionych w moim rodzinnym domu dużych ilości różnych gazet i czasopism (kupowałam i kupowałam). Od tamtych czasów już nie wracałam do bohaterów powieści, więc praktycznie nic pamiętam oprócz fantastycznych ilustracji Gwidona Miklaszewskiego.
"Godzina pąsowej róży" -  Maria Krüger - wspomnienia TU
"Kocha, lubi, szanuje" -  Maria Ziółkowska
Powieść czytana w czasie, gdy byłam rówieśnicą bohaterki, a to najlepszy test dla autora i jego dzieła.O tym jak wypadł napiszę w osobnym poście. A wybrałam książkę dlatego, że wtedy bardzo mi się podobała tematyka, czyli szkolna miłość.
"Kolory", podtytuł "Chłopięce lata Józefa Chełmońskiego" -  Teodor Goździkiewicz - wpis TU
"Tomek na Czarnym Lądzie" - Alfred Szklarski
To tylko jeden tytuł na potrzeby zabawy, a wybrałam go, bo to był pierwszy przeczytany Tomek . Oczywiście całą serię czytałam kilka razy.
"Pan Drops i jego trupa" - Jan Brzechwa
Urocza książeczka, jedna z pierwszych czytanych samodzielnie. Uwielbiałam ją...
"Podróże pana Kleksa" - Jan Brzechwa
Czytana w wieku, gdy wierzy się w każdą fikcję.
"Pokolenie Teresy" Elżbieta Jackiewiczowa
"Tarnina" - Jerzy Szczygieł
Obie powieści o wojnie w życiu dzieci i dorastającej młodzieży, ich lekturę odebrałam bardzo emocjonalnie, czytając w dość młodym wieku.
"Słoneczniki" - Halina Snopkiewicz
Uwielbiałam styl i język tej książki, czytałam wielokrotnie i jakoś odrzucałam tło polityczne. Przemawiała do mnie sama treść, bardzo mi bliska jak to historia dorastającej dziewczyny. Po latach trafiłam na ciąg dalszy, "Palladyni" i tu już była kompletna masakra. Beznadziejnie udziwnione powieścidło. Autorka za bardzo się wspinała na szczyty intelektu.
"Spotkajmy się w Bangkoku" - Anna Glińska (właśc. Natalia Gałczyńska) - pisałam o niej TU
"Wichura i trzciny" - Irena Krzywicka
Bardzo przemówiła do mnie walka z chorobą, której skutki widywało się wtedy często na ulicy. 
"Zapach rumianku" - Krystyna Siesicka
"Zapałka na zakręcie" - Krystyna Siesicka
Powieści Siesickiej to była klasa sama w sobie, czyhało się na każdą nowość w księgarni. Chociaż często miałam wrażenie, że powieściowa młodzież trochę wyrastała ponad nasz poziom, co wpędzało mnie w kompleksy po lekturze.

W pewnym momencie prowadzenia tego bloga doszłam do wniosku, że książki dla młodzieży i dla dzieci, o których piszę i mam zamiar napisać, to archaiczne starocie. Często z mało zrozumiałymi dziś realiami, które dla czytelnika w tamtych czasach były jego rzeczywistością. A to dziś historia...
Jakoś sama przeoczyłam ten drobny fakt, jakim jest upływ czasu i zmiany zachodzące w naszym świecie. Stało się tak być może dlatego, że nie pozbyłam się swoich książek, że są one ze mną cały czas. Do niektórych wracałam kilkakrotnie, niektóre przeczytane stoją na półkach od dawna.

W zabawie brakuje mi drugiej listy, którą stworzyłyby nazwiska ulubionych pisarzy. Nie zmieścił się Pan Samochodzik, pozostałe Tomki, książki Hanny Ożogowskiej.
Na nasze wybory najbardziej wpływa nasz wiek. Umieszczana na listach Małgorzata Musierowicz to pisarka dla mnie zupełnie nieznana. Gdy pojawiły się jej pierwsze powieści ja już byłam całkiem dorosła i nie ciągnęło mnie do tych lektur. 
A mój własny ranking wygląda tak:
1. Krystyna Siesicka
2. Alfred Szklarski
3. Zbigniew Nienacki
4. Edmund Niziurski
5. Hanna Ożogowska
6. Jan Brzechwa


wtorek, 4 czerwca 2013

Bezkrytyczna siostrzana miłość.

Będąc  naiwnym dziewczęciem przeczytałam wspomnieniową powieść Magdaleny Samozwaniec "Maria i Magdalena" (1956 r.).

Jak wspomniałam, byłam wtedy nastolatką, więc przeczytawszy uwierzyłam w każde słowo autorki. Przyjęłam za pewnik jej opisy zdarzeń i ocenę ludzi. Później kilkakrotnie sięgałam po powieść (co było łatwe, bo stała i stoi u mnie na półce). I tak przez te kolejne czytania poznałam dokładnie rodzinę Kossaków w wersji samozwańczej. Lubiłam wracać do tego lukrowanego pudełeczka ze słodkimi pomadkami, do czego niewątpliwie przyłożył się swoją cukierkową kreską Antoni Uniechowski.

Przy którejś kolejnej lekturze coś mi jednak zaczynało zgrzytać i doszły do głosu wątpliwości. Wątpliwości pod hasłem "ej, czy to tak do końca prawda?". Szczególnie w odniesieniu do zachwytów Magdaleny nad siostrą i ojcem. Nad ich urodą, geniuszem, talentami - w ogóle nad całokształtem. Sama sobie odpowiedziałam w pewnym momencie, że to nie do końca same cuda, a jedynie rodzinny subiektywny pogląd. Co nie przeszkodziło mi w obcowaniu z poezją Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, która niezmiennie pozostaje moją ulubioną.

Edycja (bo mi umknęło)
Kolejne rysy na idealnym obrazie Kossakówki pojawiały się wraz z moim poszerzaniem wiedzy o rodzinie Kossaków. Argumentem o niewielkim istnieniu we wspomnieniach brata Jerzego, pominięciu bliskiej gałęzi na czele z kuzynką-pisarką Zofią, jest sam tytuł książki, czyli rzecz o dwóch siostrach. Jednak z drugiej strony autorka wspomina tak wiele różnych osób, wcale nie związanych blisko z rodziną, że dziwi milczenie na temat członków rodziny.

I kolejne moje zdziwienie, gdy obejrzałam film dokumentalny o siedzibie rodu Pawlikowskich na Kozińcu w tej chwili nie mogę odszukać bliższych danych o tym filmie). Film pokazuje nie tylko wnętrze willi, ale zawiera także wypowiedzi członków rodziny Pawlikowskich, gdzie Lilka wspomniana jest bardzo krótko i zupełnie obojętnie, jak ktoś mało znany.
Jak to? a gdzie uwielbienie dla jej osoby?... to był chyba dla mnie największy powód do weryfikacji dotychczasowego obrazu ukształtowanego "Marią i Magdaleną".

Trafiając w kolejnych latach na książki Magdaleny Samozwaniec, chętnie je czytałam, bo nazwisko (a raczej pseudonim literacki) nie było mi obce. I tu zdarzały mi się coraz większe zgrzyty pamięci, gdy w poszczególnych utworach odnajdywałam znane z "Marii..." wątki, historie, porównania, powiedzonka. Czyli ciągle te same odgrzewane kotlety. Swoją drogą ile razy można wykorzystywać ten sam materiał?

Jednak długo trwałam w zachwycie nad tym idyllicznym kręgiem rodzinnym. Obraz cudownej Kossakówki tak mi się utrwalił w umyśle, że przeżyłam prawdziwy szok, gdy zobaczyłam żałosną rzeczywistość. Latem 1980 roku wybraliśmy się z mężem na kilka dni do Krakowa, z planami zwiedzania i oglądania ile się tylko da. Oczywiście Kossakówka była na pierwszym miejscu mojej listy. Najpierw długo nie mogliśmy jej znaleźć (mimo posiadania planu miasta), jakoś nikt z miejscowych nie kojarzył takiego zabytku. Bo niestety ja, w swojej naiwności, widziałam oczami wyobraźni pięknie zadbane miejsce ważne dla naszej kultury. Nie było wtedy internetu, w którym wujek gugle wytłumaczyłby mi raz dwa moją pomyłkę. W końcu trafiliśmy do zaniedbanej bramy, przez uchyloną furtkę weszliśmy na małe podwórko.. Wejście było możliwe, bo czynny był jakiś warsztat - chyba introligatornia (takie usługi dla ludności)
Popatrzyłam... gdzie ten wielki piękny ogród?... gdzie te pracownie malarskie?...gdzie tamten czas....



Od mojego pierwszego spotkania z Marią i Magdaleną oraz twórczością Magdaleny Samozwaniec minęło ponad 30 lat. I oto w 2004 roku znalazłam w księgarni  nowe wydanie "Zalotnicy Niebieskiej" (1973r). Nie znałam, kupiłam , zaczęłam czytać. Już po kilkudziesięciu pierwszych stronach odłożyłam książkę, zniechęcona powtórkami treści.

Stała sobie książka na półce czekając na moje zainteresowanie prawie dziesięć lat. Przyznaję, że sięgnęłam po nią teraz w związku z ukazaniem się zapisków Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej "Wojnę szatan spłodził".
Chciałam jednak przebrnąć przez "Zalotnicę...", tak dla uzupełnienia wiedzy.
I rzeczywiście, jest to swego rodzaju uzupełnienie/ciąg dalszy  niektórych wątków z "Marii..."
Ciąg dalszy, który napisany został jednak nieco innym językiem, już nie tak euforycznym i beztroskim. Bo i świat nie był już tym sielskim obrazeczkiem jak niegdyś, a nad losami rodziny, przyjaciół i znajomych zaciążyła straszna wojna. Czytając "Zalotnicę..." pewnych spraw nie zrozumiemy, nie znając wcześniejszej książki o siostrze-poetce.Tutaj są tylko zaznaczone, a w niektórych wręcz sama autorka wspomina "opisałam to już w Marii i Magdalenie".
Ta kolejna książka o ukochanej siostrze pokazuje nam kobietę-poetkę i jej twórczość w większej skali niż pierwsza. Cytowane wiersze, fragmenty sztuk oraz prywatne listy wzbogacają obraz Marii.
Jednak dla mnie jest tu pewne "ale" i to bardzo duże...
Nie mogłam skupić się ani na wierszach, ani na listach, mając za komentarz do nich nieustanne peany autorki książki. Cały tekst Magdaleny jest jednym wielkim hymnem pochwalnym pod adresem siostry Lilki, a przy okazji również ojca Wojciecha i troszkę matki obu sióstr. To, co było już widoczne w "MiM" tutaj przybrało formę kompletnie niestrawnej dla mnie treści. Jeden wielki zachwyt, subiektywizm ocen, bezkrytyczne spojrzenie - to wszystko tak irytujące, że przesłania konkretną informację i zniechęca do czytania. Bezustanne zachwyty typu: "największa poetka polska, prześliczna, cudownie piękna, najmądrzejsza, najlepsza, osoba o wyjątkowej kulturze itd". Podobnie o Wojciechu Kossaku - jaki to szalenie przystojny mężczyzna był.
Chyba autorka nie skojarzyła sobie faktu, że uroda i wygląd osoby bywa różnie odbierany. Ja patrząc na zdjęcia widzę młodą ładną kobietę i dość przystojnego mężczyznę, ale bez urazy..  są ładniejsze i są bardziej przystojni, zależy co się komu podoba. Być może działa tu magia osobistego kontaktu, jak podobno było z Hanką Ordonówną na scenie.

Magdalena Samozwaniec pisząc o innych ludziach widzi ich tylko przez pryzmat ich stosunku do siostry, a czasami przez porównywanie talentów i dorobku.Jeśli ktoś zachwycał się siostrą - dostał łaskawe słowo o sobie (Lechoń, Iłła) Kiedy nie zapisał się pozytywnie w życiu poetki (jak ci krytycy wstrętni nie doceniali sztuk!) - dobrze mu tak jeśli marnie skończył. Jak pisze o spotkanym na ulicy starym człowieku, drugim mężu.... tak jakby odczuwała swoistą satysfakcję, że dożył tej brzydkiej starości.
Kiedy jednak  przeczytałam, że Konopnicka była lichą poetką... doczytałam książkę do końca metodą wybiórczą, przelatując tekst pobieżnie. Pozostawiłam sobie listy i wiersze poetki na osobną lekturę, bez powracania do tekstu głównego.

Dziwnie się czuję po tej lekturze...
To tak, jak z obrazem dzisiejszej Kossakówki - obraz świata rodziny Kossaków został pozbawiony swoistego dawnego uroku, odarty z romantyzmu, dawnego wdzięku i radości. Jakoś wyjątkowo mnie to dotknęło, bo przez tyle lat trwałam w tym sielankowym, a jakże bardzo subiektywnym widzeniu.

Celowo przed czytaniem "Zalotnicy..." nie szukałam na blogach recenzji, nie chcąc się niczym sugerować.
Podejrzewam, że pozostanę w odosobnieniu, nie zachwycając się książką.
Niestety, nie podoba mi się... w moim odbiorze okazało się, że brak trzeźwego spojrzenia autora na temat może być zbyt wysoką przeszkodą.

niedziela, 2 czerwca 2013

Było... minęło... (12) - "Pan DOREMI i jego siedem córek" w stalinowskich klimatach

Szukając (w myślach i w szafkach) tematu do wpisu związanego z Dniem Dziecka,  spośród wielu książek dzieciństwa wybrałam pozycję nietypową. To książeczka stworzona wspólnie przez dwie wielkie indywidualności: poetycką - Jan Brzechwa i ilustratorską - Jan Marcin Szancer.


Autorzy wprowadzają młodego czytelnika w świat muzyki... I robią to w sposób genialny.
Ja właśnie dzięki tej książeczce poznałam nazwy i wartości nut, zrozumiałam znaczenia włoskich określeń tempa, przyswoiłam wiele podstawowych wiadomości.



O ile łatwiejsze były lekcje gry na fortepianie... jak proste i zrozumiałe gamy i pasaże...


Dobrze nam znany język Brzechwy połączony z ilustracjami Szancera przemówiły do mnie tak sugestywnie, że niewątpliwie był to pierwszy mój krok w stronę zainteresowania muzyką. Krok na drodze do jej rozumienia i przyjemności obcowania z nią. To mi pozostało na całe życie i dziś wybieram stacje radiowe z muzyką klasyczną, uciekając od gadających głów.


Książkę oglądałam i czytałam tak wiele razy, że umiałam jej treść na pamięć. Jednak gdy po latach wyciągnęłam ją z szafki, przekartkowałam i spojrzałam na to wydanie z punktu widzenia dorosłego czytelnika, dostrzegłam jej okropne upolitycznienie. Nigdy wcześniej nie analizowałam tego wydania w ten sposób. Faktem jest, że byłam jej pierwszym czytelnikiem wieki temu i nie rozumiałam podtekstów politycznych.


W treści znajdujemy elementy charakterystyczne dla okresu socrealizmu, wręcz obowiązkowe dla twórców, chcących wtedy wydać swoje utwory. I tutaj jest biedny lud, dobry Chopin pieśni gminnej słuchający,  pieśń buntownicza płynąca z niedoli, junacy i robotnicy śpiewający przy pracy, a nawet Stalinogród na mapie polskich tańców ludów.


I w ten sposób spaskudzono wartościową książkę, skazując ją właściwie na niebyt w innych warunkach ustrojowych. Dziś jest niechlubną pamiątką uległości? lizusostwa autorów?
Nie wiem, w jaki sposób miałabym teraz czytać ją swoim małym wnukom... jak omijać pewne fragmenty bez wyjaśnienia...
Ciekawostką historyczną jest stopka redakcyjna, a w niej między innymi podany dokładny czas cyklu wydawniczego: oddano do składania dn. 9.XII.1953. Podpisano do druku dn. 4.IV.1955. Druk ukończono w maju 1956.
Książka ma nietypowy, duży format: 29x28 cm. Pozostanie w mojej biblioteczce jako pamiątka dawnych czasów, a pewnie jakoś ją wykorzystam, czytając dzieciom w wersji ocenzurowanej. Swoją drogą - kto by przypuszczał...

Jan Brzechwa, Jan Marcin Szancer "Pan DOREMI i jego siedem córek", Nasza Księgarnia, Warszawa 1955

sobota, 1 czerwca 2013

Okradanie pamięci

Jak nazwać okradanie grobów? dewastację pomników na cmentarzu?
Wiadomo jak, bo to proceder równie stary jak sama ludzkość i ma swoje określenia.
Dla cmentarnych złodziei nie ma żadnych świętości, liczy się tylko zysk. Tym zyskiem jest albo sprzedaż ukradzionych elementów na złom, albo kasa otrzymana za wykonanie zlecenia jakiegoś "kolekcjonera".
Okradziono grób Krzysztofa Kieślowskiego na warszawskich Powązkach.


Wydaje się, że nie byłoby problemu złomiarzy, gdyby oni sami nie byli tak pewni swojej bezkarności.
Tego, że na pewno sprzedadzą ukradzione PKP trakcje lub tak charakterystyczne fragmenty z grobów znanych ludzi, w punktach skupu prowadzonych przez ludzi z wyłączonym myśleniem i przestrzeganiem prawa.