wtorek, 14 maja 2013

"Skradziona kolekcja" (1979)

Na początek ocena końcowa - ten film to koszmarek adaptacyjny, zły sen pisarza, który się niestety sprawdza.
Gdyby tak oddzielić film od powieści Joanny Chmielewskiej "Upiorny legat", można by go spokojnie omawiać jako kolejną komedię z lat 70-tych. Komedię na średnim poziomie, pokazującą trochę tamtej rzeczywistości. Komedię z udziałem znanych i lubianych aktorów (ich nazwiska można zaleźć na stronie filmu).
Dla mnie jedynym plusem tego filmu jest zapis codzienności tamtych lat, to zawsze mnie trochę wzrusza. Gdy patrzę na scenografię, wyposażenie mieszkań, na ruch uliczny, na stroje i fryzury z lat, gdy byłam studentką i zakładałam własną rodzinę.

Ale mając świadomość, że film został oparty na książce (której treść i bohaterów znam bardzo dobrze) i że oczywiście pozmieniano na potrzeby scenariusza co się tylko da, ja nie mogę spokojnie oglądać tego "dzieła". Szczególnie, gdy piskliwa filmowa Joanna Chmielewska w wersji  "sto procent blondynka", jest na dłuższą metę nie do zniesienia.

Ale czym są odczucia rozczarowanego widza, w porównaniu z cierpieniem autora tak przerobionej powieści. Co do odczuć Joanny Chmielewskiej  nie ma wątpliwości, bo wielokrotnie dawała im wyraz - najmocniej chyba w "Rzezi bezkręgowców".

2 komentarze:

  1. Zgadzam się z Tobą w stu procentach, ten film był po prostu koszmarny. Bardzo mnie rozczarował. Zresztą już straszliwie nienaturalny plakat zwiastuje kłopoty. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film widziałam dawno, a trafił do tego posta, bo dzisiaj mignął mi w telewizji. Ale po mignięciu szybko uciekłam. :)

      Usuń