czwartek, 16 maja 2013

"Kilka dni z życia Obłomowa" (1979)

Obłomow to tytułowy bohater powieści Iwana Gonczarowa (wydanej w Rosji 1859 roku).
Jak wyrazista musiała być postać stworzona przez Gonczarowa, skoro stała się synonimem "braku woli działania, bierności, czczego marzycielstwa" (słownik PWN) i trafił do naszego języka w określeniu "obłomowszczyzna".

Pierwszy raz widziałam Obłomowa w spektaklu telewizyjnym z 1973 roku. W roli tytułowej Jan Prochyra, w obsadzie również kilku znanych aktorów, ale tylko główny bohater pozostał w mojej pamięci. Być może to zasługa samego tekstu i rola jest praktycznie trudna do zepsucia.

Wczoraj obejrzałam film "Kilka dni z życia Obłomowa", w reżyserii Nikity Michałkowa.
Najczęściej nie oglądam filmów o Rosji lub filmów w oparciu o literaturę rosyjską, realizowanych przez twórców innych nacji. Pisałam o tym kilkakrotnie przy okazji dyskusji o nowej wersji "Anny Kareniny".
W tym przypadku jednak to film rosyjski z rosyjską duszą, choć powstał w czasach Związku Radzieckiego.

Kim jest bohater filmu?

Obłomow, młody samotny mężczyzna, prowadzący jednostajne życie, unormowane przez samego siebie. Całymi dniami leży w łóżku, obsługiwany przez starego sługę. Nie musi pracować i martwić się o pieniądze, bo jego potrzeby zapewniają dochody z majątku. Jak sam mówi "nie skalałem się żadną pracą". Użala się nad sobą, ma pretensje do całego świata i chce, żeby wszyscy dali mu święty spokój. Ma jednak przyjaciela, który próbuje wyrwać go z tego bezsensownego i próżniaczego bytu. To mu się w pewnym stopniu udaje, ale Obłomow w dalszej perspektywie nie potrafi kierować swoim życiem.

Rosyjskie dawne i nostalgiczne klimaty, choć wcale nie jest to tylko ładny obrazek.
Bardzo dobra gra aktorów, piękne zdjęcia (uzupełniane tekstem narratora), wykorzystanie muzyki Rachmaninowa  i mamy inne kino, niż współcześnie narzucany widzowi zachodnio-amerykański model szalonych migających kadrów.
I ja wolę takie kino, bo na takim między innymi się wychowałam...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz