czwartek, 16 maja 2013

Było... minęło... (11) - Archaiczne nudy , chociaż się bardzo starałam zachwycić

"Lato leśnych ludzi" to tytuł, który najczęściej  jest wymieniany w twórczości Marii Rodziewiczówny, obok "Strasznego dziadunia". Leżało sobie to Lato... zakopane w piwnicznej szafie mojego rodzinnego domu (okazało się nawet, że są w niej dwa różne wydania), a ja co jakiś czas robiłam kolejne podejście do książki.
Nie wiem...  - pewnie się nie znam... nie wyczuwam.... nie rozumiem tych literackich metafor i głównego przesłania powieści.

A w dodatku nie jestem na fali ekologicznego/survivalowego zachwytu nad prostotą życia w leśnym poszyciu...
Często wolę hałas leśny od zgiełku wielkiego miasta, lubię naturę i doceniam możliwość przebywania na jej łonie. Ale nie byłam nigdy harcerką, a urok prymitywizmu grupowego obozowania  poznałam już w dorosłości (na szczęście tylko dwa razy).

Od kilku lat obcuję ze specyficznym stylem pisania Rodziewiczówny. Czytam jej powieści, brnąc przez kolejne kartki zapisane dziwnym językiem, który mnie najczęściej drażni. Ale cóż...taka jest Rodziewiczówna, a ja jednak lubię jej pomysły na fabułę i chcę poznać cały jej dorobek literacki.

Niestety "Lato leśnych ludzi" okazało się dla mnie barierą trudną do pokonania. Szczególnie początek powieści odstrasza skutecznie. Zawzięłam się jednak i  próbowałam dostosować  do odmiennego (nawet jak na Rodziewiczównę),  archaicznego, pełnego pompatyczności najwyższych tonów języka. Czytałam i męczyłam się, nie mogąc skupić uwagi na kolejnych zdaniach, w których miało do mnie przemówić piękno przyrody, uroda prostoty, czar leśnej pieśni z patriotycznymi akcentami.
Nie, nie kpię, nie wyśmiewam...
Dobrnęłam jakoś do końca i ze smutkiem stwierdzam, że trud autorki już nie jest atrakcyjny dla czytelnika, że czas tej opowieści już przeminął. Powstała prawie 100 lat temu i nie wytrzymała tego upływu lat.

Książka jest na wpół baśnią, na wpół poetycką opowieścią, w której dawny czytelnik (zwłaszcza miejski), znalazł wiele opisów bogatej przyrody lasu. Jednak była to pożyteczna w pewnym stopniu lektura do czasu, gdy technika zastąpiła słowa opisu. Od czasu rozpowszechnienia zdjęć, później kolorowych filmów, teraz dostarcza nam niezwykłe możliwości.W XXI wieku obcujemy z przyrodą w takich szczegółach "makro", jakich Rodziewiczówna nie byłaby sobie w stanie wyobrazić.Co by powiedziała na możliwość stałej obserwacji "na żywo" życia bocianów w gnieździe, siedząc sobie wygodnie przed ekranem komputera?

A czy w tych biblijno-patriarchalnych meandrach myśli, gdzie zwierzęta rozmawiają z ludźmi jest jakaś fabuła?
Jak na możliwości pisarki to fabuła niewielka, a współcześnie można powiedzieć, że dość infantylna i egzaltowana.

Mówiąc w skrócie: Rosomak, Pantera i Żuraw wczesną wiosną każdego roku wracają do swojej leśnej głuszy, gdzie żyją zgodnie z rytmem przyrody, w tak prymitywnych warunkach, jak tylko się da. Pewnego lata dołącza do nich młody chłopak, któremu pobyt w lesie ma pomóc w nabyciu tężyzny fizycznej, doświadczenia życiowego, a nawet w zapomnieniu o młodzieńczej miłości do pewnej mężatki.
W pewnym momencie pojawia się rodzina starego patrioty Odrowąża, która ze względu na imiona i nazwisko  niezwykle przypomina postaci z "Macierzy" - powieści wcześniejszej o 17 lat. Córka Odrowąża ma na imię Magda, jej synek (13 letni) - Jasiek, a milczący ciemnowłosy mąż to Szczepański.
Przypadek, czy celowe przeniesienie?

Nie mam pod ręką nastoletniego czytelnika, który posłużyłby mi w doświadczeniu. Sama więc zaryzykuję tezę, że taki młody czytelnik po prostu nie zrozumiałby większości tekstu, jeśli w ogóle dałby radę go przeczytać.

wpis do "Alfabetu Rodziewiczówny"

4 komentarze:

  1. Nigdy tej książki nie przeczytałam. Nie mogłam się do niej zabrać.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zabierałam i zabierałam, w końcu zmogłam.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Pocieszające" dla mnie jest to, ze nie tylko mnie usypiała.
      A na froncie "Alfabetu... "walczę i nie poddaję się, bo przecież sama sobie dałam takie zadanie.
      I lubię czytać Rodziewiczównę za jej pomysły na fabułę, a nie lubię za styl i język.

      Usuń