poniedziałek, 27 maja 2013

"Pechowiec" (1981)


Lekka komedia kryminalna, w której reżyser nie traktuje widza jak idiotę i nie serwuje mu prymitywnych gagów i żartów. To film, w którym nie ma nadmiaru paplaniny i wrzasków, czego można by spodziewać się po francuskiej komedii. Młody i szczupły Depardieu wraz z Pierrem Richardem tworzą duet, który potrafi rozśmieszyć widza bez słów, a jedynie samą mimiką i gestem.
Film różni się tempem akcji oraz ujęciami scen od dzisiejszych komedii, może wydawać się  współczesnym (niektórym) widzom  zbyt wolny i miejscami nudnawy. Nie ma tu niepotrzebnej przemocy, co zdarza się niestety i w dzisiejszych produkcjach niby komediowych. Ale wyjaśnienie jest proste - to przecież film francuski, a nie amerykański.

Historia kręci się wokół pechowej córki bogatego przedsiębiorcy, która w czasie egzotycznych wakacji zostaje porwana. Mija kilka miesięcy, a poszukiwania nie dają pozytywnych rezultatów. Wtedy zdesperowany ojciec wysyła z nową misją osobę równie pechową, mając nadzieję, że ktoś taki przypadkowo trafi na ślady jego córki. Wybrany pechowiec (Pierre Richard) wyrusza w towarzystwie siły fachowej, czyli detektywa (Gerard Depardieu). Niestety, kolejne zdarzenia, które przytrafiają się pechowemu amatorowi śledczemu, nie tylko nie przybliżają rozwiązania zagadki, ale coraz bardziej je oddalają.

Lubię taki rodzaj kina, a dodatkowym smaczkiem jest w tle obraz sielankowej i bogatej rzeczywistości  Zachodu w czasie, gdy my mieliśmy właśnie system kartkowy stanu wojennego.

sobota, 18 maja 2013

Pozostanie muzyka...

Zawsze oglądając w telewizji występy zespołu, omijałam Korę, czekając na niesamowite solówki gitarzysty.
Każda jego piosenka to mój ulubiony kawałek i wspomnienia... wspomnienia... wspomnienia...

Dziś odszedł Marek Jackowski... może do swojego błękitnego nieba...


piątek, 17 maja 2013

"Gonitwa" (1971)


Nie znałam tego filmu i wcześniej o nim nie słyszałam. 
Oglądając go teraz, przeniosłam się w czarno-białą rzeczywistość początków lat 70-tych, odnajdując tak wiele zapomnianych, czy nieznanych młodszym widzom szczegółów codzienności. Saturator z wodą sodową, butelka z mlekiem pod drzwiami, wielkie żelazko, siatka na zakupy... I ta szarzyzna ulicy w sensie tłumu prawie jednakowo wyglądających obywateli, zatłoczona kawiarnia, zatłoczony PKS, szarzy ludzie śpieszący się wychodząc z fabryki, zakładu pracy.

Główna bohaterka jest kobietą żyjącą w monotonnym rytmie: dom, dzieci, mąż, praca w domu (szycie na maszynie). Rutyna codzienności zrobiła z niej szarą, zaniedbaną żonę i matkę, która nagle spotyka się z zainteresowaniem mężczyzny innego niż własny mąż.Poznaje nauczyciela swojej córki i coś się nagle dzieje między nimi. Kobieta zaczyna dbać o swój wygląd i zatraca się w nowej miłości jak młoda, zaślepiona dziewczyna.

Film jest właściwie miejscem dla dwójki głównych bohaterów, inne osoby to tylko tło. I może najbardziej przemawiająca jest w swojej roli Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Nie nadużywając środków wyrazu, przekazuje silne emocje swojej bohaterki. Mężczyzna, którego obdarzyła uczuciem, właściwie po pierwszych krokach inicjatywy dalej już tylko pozwala się kochać. I w tym związku okazuje się słaby, ucieka od skomplikowanej sytuacji w tchórzliwy sposób.

Gazety i gazetki (1) - Koniec kolejnej gazety

Znika z rynku tytuł obecny od 1946 - to wtedy, zaraz po wojnie powstał  "Film".


W latach licealnych i studenckich kupowałam go regularnie (na pewno w domu rodzinnym znajdę jeszcze przykurzony stosik), bardziej szukając zdjęć (jakież były marne jakościowo!) i notek o aktorach, niż mądrych treści recenzentów i krytyków. Jakoś wcale nie były potrzebne. I tak mogłam obejrzeć tylko te filmy, które były "puszczone" do obejrzenia. A czytanie o nowościach zagranicznych, których i tak nie widzieliśmy, było graniem na nerwach czytelniko-widzom.

W nowych czasach (od 1993 roku) "Film" stał się miesięcznikiem - w lakierowanych okładkach, wydawany na super błyszczącym papierze,  zapchany reklamami i wyglądem już niczym nie różniący się od masówki wydawniczej. Tej nowej wersji wcale mi nie szkoda, bo dawno przestałam kupować.
W czerwcu ma się ukazać ostatni numer.

czwartek, 16 maja 2013

Było... minęło... (11) - Archaiczne nudy , chociaż się bardzo starałam zachwycić

"Lato leśnych ludzi" to tytuł, który najczęściej  jest wymieniany w twórczości Marii Rodziewiczówny, obok "Strasznego dziadunia". Leżało sobie to Lato... zakopane w piwnicznej szafie mojego rodzinnego domu (okazało się nawet, że są w niej dwa różne wydania), a ja co jakiś czas robiłam kolejne podejście do książki.
Nie wiem...  - pewnie się nie znam... nie wyczuwam.... nie rozumiem tych literackich metafor i głównego przesłania powieści.

A w dodatku nie jestem na fali ekologicznego/survivalowego zachwytu nad prostotą życia w leśnym poszyciu...
Często wolę hałas leśny od zgiełku wielkiego miasta, lubię naturę i doceniam możliwość przebywania na jej łonie. Ale nie byłam nigdy harcerką, a urok prymitywizmu grupowego obozowania  poznałam już w dorosłości (na szczęście tylko dwa razy).

Od kilku lat obcuję ze specyficznym stylem pisania Rodziewiczówny. Czytam jej powieści, brnąc przez kolejne kartki zapisane dziwnym językiem, który mnie najczęściej drażni. Ale cóż...taka jest Rodziewiczówna, a ja jednak lubię jej pomysły na fabułę i chcę poznać cały jej dorobek literacki.

Niestety "Lato leśnych ludzi" okazało się dla mnie barierą trudną do pokonania. Szczególnie początek powieści odstrasza skutecznie. Zawzięłam się jednak i  próbowałam dostosować  do odmiennego (nawet jak na Rodziewiczównę),  archaicznego, pełnego pompatyczności najwyższych tonów języka. Czytałam i męczyłam się, nie mogąc skupić uwagi na kolejnych zdaniach, w których miało do mnie przemówić piękno przyrody, uroda prostoty, czar leśnej pieśni z patriotycznymi akcentami.
Nie, nie kpię, nie wyśmiewam...
Dobrnęłam jakoś do końca i ze smutkiem stwierdzam, że trud autorki już nie jest atrakcyjny dla czytelnika, że czas tej opowieści już przeminął. Powstała prawie 100 lat temu i nie wytrzymała tego upływu lat.

Książka jest na wpół baśnią, na wpół poetycką opowieścią, w której dawny czytelnik (zwłaszcza miejski), znalazł wiele opisów bogatej przyrody lasu. Jednak była to pożyteczna w pewnym stopniu lektura do czasu, gdy technika zastąpiła słowa opisu. Od czasu rozpowszechnienia zdjęć, później kolorowych filmów, teraz dostarcza nam niezwykłe możliwości.W XXI wieku obcujemy z przyrodą w takich szczegółach "makro", jakich Rodziewiczówna nie byłaby sobie w stanie wyobrazić.Co by powiedziała na możliwość stałej obserwacji "na żywo" życia bocianów w gnieździe, siedząc sobie wygodnie przed ekranem komputera?

A czy w tych biblijno-patriarchalnych meandrach myśli, gdzie zwierzęta rozmawiają z ludźmi jest jakaś fabuła?
Jak na możliwości pisarki to fabuła niewielka, a współcześnie można powiedzieć, że dość infantylna i egzaltowana.

Mówiąc w skrócie: Rosomak, Pantera i Żuraw wczesną wiosną każdego roku wracają do swojej leśnej głuszy, gdzie żyją zgodnie z rytmem przyrody, w tak prymitywnych warunkach, jak tylko się da. Pewnego lata dołącza do nich młody chłopak, któremu pobyt w lesie ma pomóc w nabyciu tężyzny fizycznej, doświadczenia życiowego, a nawet w zapomnieniu o młodzieńczej miłości do pewnej mężatki.
W pewnym momencie pojawia się rodzina starego patrioty Odrowąża, która ze względu na imiona i nazwisko  niezwykle przypomina postaci z "Macierzy" - powieści wcześniejszej o 17 lat. Córka Odrowąża ma na imię Magda, jej synek (13 letni) - Jasiek, a milczący ciemnowłosy mąż to Szczepański.
Przypadek, czy celowe przeniesienie?

Nie mam pod ręką nastoletniego czytelnika, który posłużyłby mi w doświadczeniu. Sama więc zaryzykuję tezę, że taki młody czytelnik po prostu nie zrozumiałby większości tekstu, jeśli w ogóle dałby radę go przeczytać.

wpis do "Alfabetu Rodziewiczówny"

"Kilka dni z życia Obłomowa" (1979)

Obłomow to tytułowy bohater powieści Iwana Gonczarowa (wydanej w Rosji 1859 roku).
Jak wyrazista musiała być postać stworzona przez Gonczarowa, skoro stała się synonimem "braku woli działania, bierności, czczego marzycielstwa" (słownik PWN) i trafił do naszego języka w określeniu "obłomowszczyzna".

Pierwszy raz widziałam Obłomowa w spektaklu telewizyjnym z 1973 roku. W roli tytułowej Jan Prochyra, w obsadzie również kilku znanych aktorów, ale tylko główny bohater pozostał w mojej pamięci. Być może to zasługa samego tekstu i rola jest praktycznie trudna do zepsucia.

Wczoraj obejrzałam film "Kilka dni z życia Obłomowa", w reżyserii Nikity Michałkowa.
Najczęściej nie oglądam filmów o Rosji lub filmów w oparciu o literaturę rosyjską, realizowanych przez twórców innych nacji. Pisałam o tym kilkakrotnie przy okazji dyskusji o nowej wersji "Anny Kareniny".
W tym przypadku jednak to film rosyjski z rosyjską duszą, choć powstał w czasach Związku Radzieckiego.

Kim jest bohater filmu?

Obłomow, młody samotny mężczyzna, prowadzący jednostajne życie, unormowane przez samego siebie. Całymi dniami leży w łóżku, obsługiwany przez starego sługę. Nie musi pracować i martwić się o pieniądze, bo jego potrzeby zapewniają dochody z majątku. Jak sam mówi "nie skalałem się żadną pracą". Użala się nad sobą, ma pretensje do całego świata i chce, żeby wszyscy dali mu święty spokój. Ma jednak przyjaciela, który próbuje wyrwać go z tego bezsensownego i próżniaczego bytu. To mu się w pewnym stopniu udaje, ale Obłomow w dalszej perspektywie nie potrafi kierować swoim życiem.

Rosyjskie dawne i nostalgiczne klimaty, choć wcale nie jest to tylko ładny obrazek.
Bardzo dobra gra aktorów, piękne zdjęcia (uzupełniane tekstem narratora), wykorzystanie muzyki Rachmaninowa  i mamy inne kino, niż współcześnie narzucany widzowi zachodnio-amerykański model szalonych migających kadrów.
I ja wolę takie kino, bo na takim między innymi się wychowałam...





wtorek, 14 maja 2013

"Skradziona kolekcja" (1979)

Na początek ocena końcowa - ten film to koszmarek adaptacyjny, zły sen pisarza, który się niestety sprawdza.
Gdyby tak oddzielić film od powieści Joanny Chmielewskiej "Upiorny legat", można by go spokojnie omawiać jako kolejną komedię z lat 70-tych. Komedię na średnim poziomie, pokazującą trochę tamtej rzeczywistości. Komedię z udziałem znanych i lubianych aktorów (ich nazwiska można zaleźć na stronie filmu).
Dla mnie jedynym plusem tego filmu jest zapis codzienności tamtych lat, to zawsze mnie trochę wzrusza. Gdy patrzę na scenografię, wyposażenie mieszkań, na ruch uliczny, na stroje i fryzury z lat, gdy byłam studentką i zakładałam własną rodzinę.

Ale mając świadomość, że film został oparty na książce (której treść i bohaterów znam bardzo dobrze) i że oczywiście pozmieniano na potrzeby scenariusza co się tylko da, ja nie mogę spokojnie oglądać tego "dzieła". Szczególnie, gdy piskliwa filmowa Joanna Chmielewska w wersji  "sto procent blondynka", jest na dłuższą metę nie do zniesienia.

Ale czym są odczucia rozczarowanego widza, w porównaniu z cierpieniem autora tak przerobionej powieści. Co do odczuć Joanny Chmielewskiej  nie ma wątpliwości, bo wielokrotnie dawała im wyraz - najmocniej chyba w "Rzezi bezkręgowców".