wtorek, 23 kwietnia 2013

Shirley Temple

Shirley Temple obchodzi 85-te urodziny. To niezwykłe zjawisko w dziejach kina - fenomen jej popularności. Mówi się o niej, że była największą gwiazdą dziecięcą. Czas przeszły jest tu chyba niepotrzebny, bo ona nadal jest tą największą. Fakt, że czas jej popularności przeminął tak dawno, nie zmienia jej miejsca w historii kina. I nie zmienia jej pozycji, ponieważ żadna inna młodociana gwiazda nie tylko nie odebrała jej tego pierwszego miejsca, ale nawet się do niego nie zbliżyła. Jeśli się mylę, proszę mnie poprawić - z uzasadnieniem oczywiście.

"Szirlejka" - tak nazywana w Polsce była znana również polskiej widowni w okresie przedwojennym. Wiem z rodzinnych wspomnień, jak silne było to uwielbienie młodocianych ówczesnych fanek gwiazdy.

Urodziła się 23 kwietnia 1928 w Santa Monica (Kalifornia). W latach 30-tych zagrała w ponad 40 filmach.
Rok 1934 to początek pasma jej sukcesów: "Mała Miss Marker" (1934), "Złotowłosy brzdąc" (1935), "Mały pułkownik" (1935), "Biedna, mała dziewczynka" (1936), "Heidi" (1937), "Mała Miss Broadway" (1938) i "Mała księżniczka" (1939).
Podobno jej zarobki to były kwoty 300 tys. dolarów za tytuł.

Jej szalona popularność to tylko czas dzieciństwa, gdy zdobywała sympatię i miłość widzów jako śliczna, rezolutna dziewczynka z loczkami i dołeczkami w buzi. Chyba w każdym filmie miała okazję do zaprezentowania swoich umiejętności tanecznych i wokalnych (od 3 roku życia chodziła do szkoły  tańca).
Gdy jako nastolatka zagrała w kilku filmach u Selznicka, nie odniosła już sukcesu. Na ekranie pojawiła się przecież zupełnie inna osoba. Rok 1950 to całkowite pożegnanie z filmem, można więc powiedzieć, że odeszła na filmową emeryturę w wieku 22 lat...
Nie zniknęła jednak całkowicie z życia publicznego - świat filmu zamieniła na świat polityki.
W 1977 roku  otrzymała nagrodę od American Center of Films for Children za całokształt twórczości

Obejrzałam swa filmy z jej udziałem (emitowane w telewizji): "Mały pułkownik" i "Mała księżniczka".
O pierwszym nie wypowiem się, ponieważ kompletnie go nie pamiętam.

Natomiast "Małą księżniczkę" widziałam kilka lat temu.


I jakie moje wrażenia? Nie podoba mi się takie żerowanie na powieści. Zawsze niezmiennie się wkurzam, gdy widzę mniejsze czy większe barbarzyńskie okaleczanie tekstu. Wybieranie kawałkami, zmienianie ile się da...
Gdyby film miał swój oryginalny scenariusz, to mówiąc amerykańsko; OK. Ale gdy  film jest adaptacją/na motywach/na podstawie, czy jeszcze jak tam inaczej twórcy filmu określą swoje przeróbki tekstu, to już nic nie jest dla mnie OK.
W przypadku "Małej księżniczki" w wersji filmowej oglądamy historię troszkę podobną do powieściowego oryginału autorstwa Frances Hodgson Burnett. Są te same nazwiska, podobna sceneria, tak ogólnie jest podobnie

I mamy całą listę tego, co nie jest podobne i co mnie się nie podoba.
Główne grzechy: filmowa Sara jest za młoda (szczególnie w końcówce filmu) - w przypadku dzieci i podrastających panienek różnica kilku lat to przepaść. Ojciec nie umiera gdzieś daleko przy szukaniu diamentów, ale ginie na wojnie w Afryce. Sara nie wierząc w śmierć ojca, błąka się po szpitalnych korytarzach szukając go wśród rannych żołnierzy. Film ma oczywiście inne zakończenie niż książka, bo w amerykańskiej opowiastce musi być happy. Do kompletu jeszcze twórcy dorzucają majestatyczną królową Wiktorię. A wszystko opakowane w lukrowany hollywoodzki celofan...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz