wtorek, 30 kwietnia 2013

(Nie)boszczyk mąż

Kryminał trochę nietypowy kryminalnie, dlatego nie pojawia się w nim tak kochana przez autorkę milicja/policja.
Na potrzeby aktualnej trójki e-pik wyciągnęłam książkę z półki do ponownego przeczytania, bo mimo, że ją czytałam to niewiele  pamiętam. Niestety, ta powieść należy już do ostatniej, mało atrakcyjnej grupy książek Joanny Chmielewskiej. A są to książki, których treść dość szybko umyka z naszej pamięci. Zapamiętujemy główny motyw, ale niewiele więcej. Przegadane wodolejstwo i strony zapchane mało istotnym dla akcji tekstem (książka liczy sobie 447 stron.) powodują, że czytelnik gubi się w tym morzu słów. A jeśli jest na tyle sprawny umysłowo, że się nie gubi, to grozi mu dość mocne znudzenie.
Tyle minusów, więc dlaczego czytam Chmielewską (wiedząc o nich nie od dziś)? Wyjaśnienie jest proste - tak bardzo lubię wszystko chmielewskie, że jednak czytam... chociaż wiem, że "to nie to", że humor taki sobie, że po raz kolejny się rozczaruję...

"Malwina Wolska siedziała przy oknie w salonie swojego pięknego domu, zapatrzona w potoki deszczu, i obmyślała zbrodnię.
   Długo bardzo ta zbrodnia jakoś nie przychodziła jej do głowy, dopiero teraz nastąpił błysk i okazało się, iż stanowi jedyne rozsądne wyjście. Jasne, oczywiście, tego podleca trzeba po prostu zabić.
   Podlecem był jej mąż"

Malwina, kobieta po czterdziestce, jest klasycznym okazem bezmyślnej "blondynki" z dowcipów. Postanawia zabić męża (bardzo bogatego), który nieopatrznie rzucił słowem "rozwód". W obawie, że ów rozwód będzie dla niej oznaczał nędzne bytowanie, obmyśla sposoby dokonania zbrodni doskonałej. Musi być taka, bo wiadomo, że morderca nie dziedziczy. I wymyśla... co krok to większą głupotę.

Wraz z rozwojem akcji, czytelnika mogą coraz bardziej denerwować główne osoby dramatu (niedoszłego jak nietrudno się domyślić). Mąż i żona, czyli Karol i Malwina. Malwina jest tak głupia i bezmyślna, że ręce opadają. Nie wiem, ile takich egzemplarzy chodzi po ziemi w rzeczywistości - ja nie znam nikogo takiego, ale  pewnie są podobne (albo jeszcze gorsze).
Z kolei Karol to domowy tyran, pan i władca - "ja zarabiam na dom, więc ma być tak jak ja chcę". W dodatku inteligentny złośliwiec, dokopujący żonie na każdym kroku. Co prawda ona nie rozumie jego ciętego języka, ani subtelnych aluzji, więc satysfakcja nie jest pełna. Żona nie jest równorzędnym przeciwnikiem, a chwilami taki partner dobrzy by panu Wolskiemu zrobił na jego rozdęte ego. Młoda siostrzenica żony się nie liczy, chociaż potyczki słowne z nią są miłym urozmaiceniem. Chwilami ma się ochotę uszkodzić takiego typa.
Malwina nie pracuje, jedynym jej zadaniem jest prowadzenie domu i tu, na polu kulinarnym, sprawdza się genialnie. Nie mogąc odmówić sobie rozkoszy podniebienia, jakie potrafi prawie z niczego wyczarować pani domu, oboje małżonkowie w ciągu dwudziestu lat wspólnego obżerania się zdobyli niezły zapas nadwagi.
Wątek kulinarny jest istotny w całej akcji, dlatego książka podwójnie pasuje do kwietniowej trójki e-pik.
Ten temat jest mi szczególnie bliski, bo i gotować bardzo lubię.. i jak najbardziej niezdrowo, ale smacznie... i skończyło się też niechcianymi kilogramami. W tym zakresie świetnie rozumiem bohaterkę.
Ale chyba nie udałoby mi się schudnąć tak cudownie, jak w wersji Joanny Chmielewskiej.

Joanna Chmielewska "(Nie)boszczyk mąż", KOBRA, Warszawa 2002

niedziela, 28 kwietnia 2013

"Trójka hultajska" (1937)



Życiowe przygody trzech beztroskich czeladników: Szydełka, Igiełki i Wiórka. Z różnych przyczyn porzucają swoje obowiązki i bez grosza przy duszy wyruszają przed siebie. W wyniku szeregu zdarzeń ( w zamyśle zabawnych, a w filmie chwilami irytujących prostacką głupotą) wygrywają los na loterii. Oczywiście pieniądze muszą zostać lekkomyślnie przetracone przez dwóch, żeby ten trzeci wspaniałomyślnie mógł im dopomóc.

Według mnie ten film nie przetrwał próby czasu. Oglądałam go teraz po raz pierwszy, z ciekawością szukając znanych aktorów i obrazu codzienności przedwojennej Polski, co mnie zawsze najbardziej interesuje w filmach. Niestety, bardzo się rozczarowałam. Film można zakwalifikować do kina rozrywkowego dla mało wymagającej widowni, coś dla kucharek i służących (według międzywojennych kategorii myślowych).
Prymitywne środki wyrazu, gra aktorów w konwencji jarmarcznej, minimalizm dekoracji - co akurat było dość powszechne ze względów finansowych. Nie biorę tu pod uwagę fatalnej jakości kopii filmu, to niestety wojenny los wielu polskich filmów. I tak dobrze, że niektóre się ostały.
Obecność w obsadzie Tamary Wiszniewskiej wydaje mi się pomyłką - to aktorka, którą widziałam w produkcjach na lepszym poziomie. Wyraźnie nie pasuje do roli, jest sztuczna i jakby nieobecna duchem. Pojawia się Ina Benita i Ludwik Sempoliński, mignął wszechobecny na ekranach w tamtym czasie młodziutki Tadeusz Fijewski.
Film mnie już tak znudził, że nie chciałam dalej oglądać, gdy nagle tytułowa trójka zaczęła śpiewać piosenkę "Czy tutaj mieszka panna Agnieszka?". Wielki przebój Henryka Warsa, piosenkę wielokrotnie wykonywaną po wojnie.



I właściwie po zakończeniu piosenki, śpiewanej na ulicy przez bohaterów zbierających pieniądze na loteryjny los, można zakończyć oglądanie filmu. Po tym muzycznym akcencie akcja wraca do swojego nurtu, znów mamy kolejne scenki ni to kabaretowe, ni to cyrkowe - na żenująco niskim poziomie. A aktorzy niby grali, chociaż za bardzo chyba nie przyłożyli się do pracy.
Najważniejsza zaleta tego filmu to fakt, że on w ogóle jest, że kopia dotrwała do dziś...

sobota, 27 kwietnia 2013

"Cham" - ekranizacje powieści Elizy Orzeszkowej




Pierwszy film  na podstawie tej powieści Elizy Orzeszkowej powstał przed wojną,  w 1931 roku  (reż. Jan Nowina-Przybylski), który w ogólnych zarysach odwołuje się do książki.
Niedawno oglądałam ten film na kanale TVP Historia, który od pewnego czasu systematycznie emituje filmy polskie, niektóre pokazywane w telewizji po raz pierwszy.
Rzeczywiście, tak jak możemy przeczytać w tym krótkim opisie, fabuła filmu tylko częściowo pokrywa się z powieścią. 
Obsada aktorska to jakby zestaw drugiego gatunku, nie ma tu wielkich gwiazd, ani nawet znanych nam dziś aktorów. Jedyne bardziej rozpoznawalne nazwiska to Stanisław Sielański i może Mieczysław Cybulski (ale już dla bardziej zaawansowanych widzów).

Twórcy filmu (uznając aktualność tematyki psychologicznej) przenieśli akcję w czasie i miejscu - z XIX wieku nad Niemnem do współczesnych im okolic Łowicza. Właśnie ten łowicki folklor najbardziej mnie raził, bo pozbawiał opowiadaną historię kresowego klimatu. Dodatkowym minusem było powierzenie roli Pawła młodemu (choć przystojnemu) aktorowi. Jak widać ważniejsze było zapewnienie filmowi frekwencji, niż głębsze potraktowanie tematu. Całość jest właśnie taka banalna, schematyczna, sztuczna...

Po raz drugi powieść trafiła na ekran w 1979 roku. Reżyseria: Laco Adamik.
Główną rolę - Pawła, zagrał (co było dla mnie wtedy wielkim zaskoczeniem) Piotr Szczepanik. Ogromnie popularny w latach 60-tych piosenkarz, mający w swoim dorobku takie przeboje, jakie już dziś się nie trafiają, a tu nagle pokazuje się jako aktor.
Frankę zagrała Monika Niemczyk. Widziałam film dość dawno, ale pamiętam główne wrażenie odnośnie właśnie roli Franki. Wydawało mi się, że M.Niemczyk pokazała swoją bohaterkę zbyt współcześnie, jako dziewczynę z drugiej połowy XX wieku. Na ekranie pojawiają się m.in. Jan Pietrzak, Barbara Rachwalska, Marian Dziędziel, Halina Wyrodek, Franciszek Trzeciak - popularni w tamtych latach aktorzy (zaliczając również Pietrzaka do aktorów).

wtorek, 23 kwietnia 2013

Shirley Temple

Shirley Temple obchodzi 85-te urodziny. To niezwykłe zjawisko w dziejach kina - fenomen jej popularności. Mówi się o niej, że była największą gwiazdą dziecięcą. Czas przeszły jest tu chyba niepotrzebny, bo ona nadal jest tą największą. Fakt, że czas jej popularności przeminął tak dawno, nie zmienia jej miejsca w historii kina. I nie zmienia jej pozycji, ponieważ żadna inna młodociana gwiazda nie tylko nie odebrała jej tego pierwszego miejsca, ale nawet się do niego nie zbliżyła. Jeśli się mylę, proszę mnie poprawić - z uzasadnieniem oczywiście.

"Szirlejka" - tak nazywana w Polsce była znana również polskiej widowni w okresie przedwojennym. Wiem z rodzinnych wspomnień, jak silne było to uwielbienie młodocianych ówczesnych fanek gwiazdy.

Urodziła się 23 kwietnia 1928 w Santa Monica (Kalifornia). W latach 30-tych zagrała w ponad 40 filmach.
Rok 1934 to początek pasma jej sukcesów: "Mała Miss Marker" (1934), "Złotowłosy brzdąc" (1935), "Mały pułkownik" (1935), "Biedna, mała dziewczynka" (1936), "Heidi" (1937), "Mała Miss Broadway" (1938) i "Mała księżniczka" (1939).
Podobno jej zarobki to były kwoty 300 tys. dolarów za tytuł.

Jej szalona popularność to tylko czas dzieciństwa, gdy zdobywała sympatię i miłość widzów jako śliczna, rezolutna dziewczynka z loczkami i dołeczkami w buzi. Chyba w każdym filmie miała okazję do zaprezentowania swoich umiejętności tanecznych i wokalnych (od 3 roku życia chodziła do szkoły  tańca).
Gdy jako nastolatka zagrała w kilku filmach u Selznicka, nie odniosła już sukcesu. Na ekranie pojawiła się przecież zupełnie inna osoba. Rok 1950 to całkowite pożegnanie z filmem, można więc powiedzieć, że odeszła na filmową emeryturę w wieku 22 lat...
Nie zniknęła jednak całkowicie z życia publicznego - świat filmu zamieniła na świat polityki.
W 1977 roku  otrzymała nagrodę od American Center of Films for Children za całokształt twórczości

Obejrzałam swa filmy z jej udziałem (emitowane w telewizji): "Mały pułkownik" i "Mała księżniczka".
O pierwszym nie wypowiem się, ponieważ kompletnie go nie pamiętam.

Natomiast "Małą księżniczkę" widziałam kilka lat temu.


I jakie moje wrażenia? Nie podoba mi się takie żerowanie na powieści. Zawsze niezmiennie się wkurzam, gdy widzę mniejsze czy większe barbarzyńskie okaleczanie tekstu. Wybieranie kawałkami, zmienianie ile się da...
Gdyby film miał swój oryginalny scenariusz, to mówiąc amerykańsko; OK. Ale gdy  film jest adaptacją/na motywach/na podstawie, czy jeszcze jak tam inaczej twórcy filmu określą swoje przeróbki tekstu, to już nic nie jest dla mnie OK.
W przypadku "Małej księżniczki" w wersji filmowej oglądamy historię troszkę podobną do powieściowego oryginału autorstwa Frances Hodgson Burnett. Są te same nazwiska, podobna sceneria, tak ogólnie jest podobnie

I mamy całą listę tego, co nie jest podobne i co mnie się nie podoba.
Główne grzechy: filmowa Sara jest za młoda (szczególnie w końcówce filmu) - w przypadku dzieci i podrastających panienek różnica kilku lat to przepaść. Ojciec nie umiera gdzieś daleko przy szukaniu diamentów, ale ginie na wojnie w Afryce. Sara nie wierząc w śmierć ojca, błąka się po szpitalnych korytarzach szukając go wśród rannych żołnierzy. Film ma oczywiście inne zakończenie niż książka, bo w amerykańskiej opowiastce musi być happy. Do kompletu jeszcze twórcy dorzucają majestatyczną królową Wiktorię. A wszystko opakowane w lukrowany hollywoodzki celofan...

środa, 17 kwietnia 2013

"Nadzieja umiera ostatnia" - Halina Birenbaum


To była pierwsza książka dotycząca Holocaustu (wtedy jeszcze nie znałam tej nazwy, chyba nie funkcjonowała w języku polskim - pisano o martyrologii, o zagładzie Żydów), którą przeczytałam jako nastolatka. Była w bibliotece mojego dziadka, obok innych pozycji dotyczących II wojny światowej. Tamto wydanie z 1967 roku jest inne od tego, które teraz posiadam. Wydanie późniejsze zawiera dodaną nową część, zatytułowaną "Wyprawa w przeszłość - Polska 1986" - opis pobytu autorki w Polsce, powrotu po 40 latach...

Czas tamtej lektury miał znaczenie, bo jako nastoletnia czytelniczka szczególnie przeżyłam treść książki. Książki opowiadającej historię dziewczynki, której dzieciństwo i wiek dojrzewania wypadły na czas piekła na ziemi. A ja czytając ją byłam przecież w tym samym wieku. W tamtych latach 60-tych pamięć o wojnie była bardzo świeża - niezależnie od tego czy dotyczyła tragedii Polaków, czy Żydów. Duża część społeczeństwa to byli ludzie, którzy przeżyli wojnę. Mogli o niej opowiedzieć różnie, tak jak różne były ich przeżycia i poglądy polityczne. A my - dzieci tego pierwszego powojennego wyżu demograficznego, dojrzewaliśmy historycznie o wiele szybciej. Dzieciństwo naszych rodziców wypadło właśnie na tamten wojenny czas. Obcowałam z pamięcią tego czasu - z jego patriotyzmem, polskością, ale także podziałami, uprzedzeniami. Jakoś nikogo nie dziwiło, że 12-, 14-latka czyta książki o tematyce wojennej. Bo za trudne? zbyt okrutne? niezrozumiałe? A przecież czytanie o wojnie było tylko jednym z elementów większej całości. Składały się na nią rozmowy-wspomnienia dorosłych, ta prawdziwa część historii. I druga, mniej zgodna z prawdą strona medalu - szkoła, akademie, obchody pamięci, film.

Ja jednak (wtedy podświadomie) już szukałam w opisach tragedii narodów losów jednostkowych, losów zwykłych ludzi wciąganych w tryby machiny zdarzeń. Może to było wynikiem wielokrotnego oglądania rodzinnych albumów ze zdjęciami. Te stare fotografie zatrzymały czas przedwojenny i ludzi, którzy tej wojny nie przeżyli.

"Nadzieja umiera ostatnia" to wspomnienia kolejno z warszawskiego getta i obozów koncentracyjnych, w których autorka książki straciła najbliższych, a sama kilkakrotnie przeżyła własną śmierć.

W przypadku takich wspomnień nie należy pisać streszczeń książek, bardziej lub mniej szczegółowych.
To nic nie daje, bo co wybrać do recenzji? które wydarzenie wyszczególnić?... -  trzeba przeczytać od początku do końca...przebyć całą drogę...

W tej książce bardzo ważny jest dla mnie moment historyczny, w którym powstała. W czasie, gdy opisywane przeżycia są tak mocne, jakby to było wczoraj.
Nie dowierzam wspomnieniom pisanym po wielu latach. Im dłuższy jest dystans czasowy od opisywanych wydarzeń, tym trudniej zachować ich szczerość, prawdę, autentyzm. A gdy jeszcze do wspomnień dopisuje się jakąś ideologię, polityczną otoczkę do późniejszych wydarzeń związanych ze wspomnieniami, to szczególnie mnie zniechęca...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Łyżka za cholewą a widelec na stole... mała kulinarna silva rerum

Na początek prywatny wstęp...
Dotychczas przyglądałam się kolejnym "Trójkom e-pik". Podobały mi się właściwie wszystkie propozycje, ale pozostawałam obserwatorką. Głównie dlatego, że mało czytam nowych książek (brak czasu i inne sprawy) i na razie skupiam się na swobodnym pisaniu o książkach dawno lub niedawno przeczytanych. Dodatkowo zawsze krytycznie podchodzę do zjawiska :recenzji blogowych, bo nie uważam swojego pisania za takowe - o innych blogach się nie wypowiadam. Każdy rozumie jak chce termin "recenzja", ja wolę traktować swojego bloga zgodnie z tytułem, jak zeszyt z notatkami.

Jednak dałam się skusić aktualnemu zaproszeniu, bo tematyka dla mnie szczególnie atrakcyjna:

książka, w której motyw kulinarny odgrywa ważną rolę
kryminał pisany kobiecą ręką
książka, która została zekranizowana

Zaczynam od książki z motywem kulinarnym i wybrałam taką, która właściwie jest cała na wskroś kulinarna. To książeczka (drobiazg wydawniczy -  ze względu na formę wydania i objętość), która stoi na mojej kuchennej półce od dawna (dokładnie od roku wydania). Kupiłam ją jako początkująca młoda kucharka, szukając w księgarniach czegokolwiek o gotowaniu (takie to były czasy zamierzchłe z niedoborami na każdym polu).  
I tak mówiąc szczerze nigdy wcześniej nie przeczytałam jej w całości, "od deski do deski". Rzeczywiście, korzystałam z niej jak z tradycyjnej książki kucharskiej, ponieważ zawiera sporo przepisów kulinarnych (co sprawdziłam na miejscu w księgarni).
Teraz doczekała się więcej uwagi z mojej strony.

Całość tworzą cztery rozdziały:
Tadeusz Przypkowski "Prologowa gawęda" - krótki, dość ogólnikowy historyczny zarys polskich dziejów kuchennych, trochę nadziewany rodzynkami ciekawostek.
Magdalena Samozwaniec "Z pamiętnika imć panny Klementyny Ochędożyńskiej" - stylizowana na XVIII wiek opowieść panienki na wydaniu, realizującej przy pomocy babci starą zasadę "przez żołądek do serca" (mężczyzny oczywiście).
Magdalena Samozwaniec "Jak się jadało w domu Kossaków" - dla czytelnika, który wcześniej zetknął się z rodzinnymi wspomnieniami pisarki (na przykład w "Marii i Magdalenie"), nie ma tu zbyt wielu nowości.
Stefania Przypkowska "Garść kulinarnych polskich przepisów.
Chociaż przepisy kulinarne tworzą osobny rozdział, to pojawiają się także we wcześniejszych. I są to naprawdę przepisy do wykorzystania. Oczywiście pod warunkiem, że lubimy tradycyjną polską kuchnię, ze wszystkimi tego konsekwencjami kalorycznymi.
Wymieniona wśród autorów Maja Berezowska nie wypowiada się słowem, ale jak zawsze swoim charakterystycznym rysunkiem.



Każdy rysunek jest dodatkowo opatrzony zgrabnym wierszowanym podpisem. Na przykład takim:
"August III lubił gąski, pulardy i łanie,
Lecz nie gardził również i udźcem baranim".

lub

"Radziwiłłowskie zrazy w wydrążonym chlebie
Smaczne w domu, a takoż w wojennej potrzebie".

Przepis na Uniwersalne polskie "Piwoszki" *
250 g dobrze odciśniętego nie kwaśnego twarogu (najlepiej odwarzyć zsiadłe mleko) miesza się z 250 g pszennej mąki i 250 g masła oraz dwoma jajami, dodając:
10 cukier waniliowy i skórkę pomarańczową lub cytrynową bardzo miałko utartą, a wtedy będziemy je mieli do deserów, herbaty, kaw;
2) sól i pieprz do smaku zaprawiając jeszcze: drobno tartym kminkiem, imbirem, curry, a wtedy będą do piwa, przekąsek, zup.
Gdy wszystkie te ingrediencje dobrze się połączą przy wyrobieniu ciasta, wykłada się je na talerz posypany mąką i dobrze wychładza w lodówce. Potem wałkuje się na grubość 5 mm i wycina foremkami: herby, znaki zodiaku, monogramy itp. Piecze się na ostrym ogniu do ich zrumienienia.


Maja Berezowska, Stefania i Tadeusz Przypkowscy, Magdalena Samozwaniec "Łyżka za cholewą a widelec na stole", Wydawnictwo Literackie Kraków 1977, wyd. II

* "Garść kulinarnych polskich przepisów", s.91

Trójka e-pik: książka w której motyw kulinarny odgrywa ważną rolę


piątek, 12 kwietnia 2013

"Tatarak" (2009)

"Tatarak" - ekranizacja opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza (wyd. 1960).


I jak zwykle u Wajdy (czego najbardziej nie lubię), mamy na ekranie jakieś udziwnione pomieszanie z poplątaniem. Już pomijam wątki z innych źródeł, chociaż zawsze drażni mnie przy ekranizacjach literatury zbyt swobodne manipulowanie tekstem. Bardziej nie odpowiada mi połączenie treści utworu literackiego z monologiem aktorki, opartym na jej szczególnie traumatycznych osobistych przeżyciach. Mogę zrozumieć uczucia i chęć rozliczania się aktorki z chorobą i śmiercią bliskiej osoby, bo oglądałam ten film sama  będąc w podobnej sytuacji. Ale nie widzę racjonalnego wytłumaczenia dlaczego znalazły się w tym filmie. I nawet nie będę próbować zgadywać "co poeta (tu reżyser) miał na myśli".

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Bizneswomen Dulska - ocena subiektywna.

Poniższe moje uwagi dotyczące nowej realizacji "Moralności pani Dulskiej" są wyłącznie moimi subiektywnymi odczuciami. Nie będzie wielkiej analizy, dogłębnej krytyki, szczegółowego omawiania. Po prostu uwagi "z fotela przed telewizorem". Nie pretenduję tym tekstem do gatunku recenzji teatralnych -  ktoś może powiedzieć, że nie mam racji., że się nie znam, że nie rozumiem, że jestem z minionej epoki.

Zapowiedzi premierowego spektaklu Teatru Telewizji tej naszej klasyki już wywołały we mnie pewien niepokój - co też dziwnego i awangardowego zaserwuje nam reżyser i z jakim skutkiem?
I wcale to nie były bezpodstawne obawy. Nowa odsłona sztuki, której tekst mam w swojej biblioteczce, znam go dobrze i widziałam kilka różnych realizacji - rozczarowała mnie na całej linii.

Właściwie mogę w jednym zdaniu wyrazić swoją opinię:  nużąco, nieciekawie, ledwo letnia temperatura emocji, pozbawienie właściwego ciężaru gatunkowego podstawowych problemów  sztuki poprzez wprowadzanie scenografii  współczesności.

Jestem zwolenniczką wystawiania sztuk w konwencji, w jakiej tekst został napisany, z zachowaniem klimatu poprzez scenografię zgodną z jego treścią. Wiem, to konserwatywne, może anachroniczne. Są sztuki uniwersalne, dające możliwość nowoczesnej realizacji. Jednak nie trzeba każdego tekstu na siłę uwspółcześniać.  A to z tego prostego powodu, że nie wszystkie problemy są ponadczasowe tak, jak się niektórym wydaje. Romeo i Julia  XXI wieku? jak najbardziej. Los służącej z nieślubnym dzieckiem współcześnie? jaka skala problemu w porównaniu z obyczajowością tamtych czasów? Dziś nie ma już takiej wymowy moralnej, takiego skomplikowania.
Zabieg podsunięty widzowi łopatą, mający pomóc "zrozumieć" (bo przecież teraz widz karmiony papką sam nie myśli), dał niezamierzony skutek. To dla mnie strzał kulą w płot. Pojawiające się współczesne gadżety, elementy scenografii, stroje i fryzury przeniosły problematykę do współczesności, gdzie tak problematyczne owe sprawy nie są. A cięcia w tekście? - nie wiem po co. 

Do tego gra aktorów - taka sobie. Najmniej pretensji można mieć do Roberta Więckiewicza, wiadomo dlaczego. Wrzeszcząca i miotająca się siostrzyczka była mocno denerwująca. Zbyszko - jakby jeszcze przebywał w sali samobójców. A sama pani Dulska? Nerwowe wycieranie szybek w kredensie, to gesty jakby mimowolne, w oczekiwaniu na możliwość wyjścia z domu. Niech tu się sprawa szybko wyjaśni i załagodzi, bo pani domu śpieszy się do pracy... hotel 52 czeka...

niedziela, 7 kwietnia 2013

"Dziewczyna z dobrego domu" (1962)

Zawsze przy okazji tematyki sylwestrowej przypomina mi się film "Dziewczyna z dobrego domu" z 1962 roku.
O filmie można przeczytać tutaj. Podoba mi się to początkowe zdanie: 
"Opowiadana wspaniałą jazzową muzyką Andrzeja Kurylewicza historia Joanny, która w sylwestrową noc porzuca mieszczańskie zasady dla spontanicznej zabawy"

Oglądałam film kilka razy i pozostanie dla mnie miłym  wspomnieniem lat dzieciństwa, kiedy moi rodzice bawili się na jednej z takich zabaw. W rodzinnym albumie jest nawet kilka zdjęć, które wspaniale ilustrują poziom zabawy. Fotograf bawił się równie dobrze, jak pozostali uczestnicy spotkania - co widać na ukośnych ujęciach "tańczących" chyba stołów.

Nie wszystkie nazwiska odtwórców głównych ról pozostały w pamięci widzów, ale kilka z nich to prawdziwe gwiazdy polskiego kina. I wtedy i później: Ignacy Gogolewski, Tadeusz Janczar, Elżbieta Czyżewska.
Ciekawostką jest udział Piotra Skrzyneckiego i Mieczysława Święcickiego jako uczestników balu w piwnicy.

sobota, 6 kwietnia 2013

"Mogiła Nieznanego Żołnierza" (1927)

W ramach cyklu reportaży "Obraz odzyskania niepodległości" TVP Historia pokazała w listopadzie ubiegłego roku niezwykły film fabularny.



Piszę "niezwykły", bo jest to obraz zrealizowany zaledwie kilka lat po zakończeniu I wojny światowej i dzięki czasowi powstania ma według mnie ogromny walor autentyczności. Wszystko w nim jest współczesne z opowiadaną historią - nie ma stylizacji, odtwarzania czasów i realiów. Stroje, przedmioty codziennego użytku, mundury, broń, wnętrza, plenery - słowem  to wszystko, co widzimy na ekranie, było takie, jak wtedy.

"Mogiła Nieznanego Żołnierza" w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego  z 1927 roku, jest filmem niemym.
W 2010 roku został cyfrowo odrestaurowany  przez  Filmotekę Narodową  w projekcie obchodów stulecia polskiej kinematografii. Obecnie obraz jest dostępny w sepii, z muzyką, którą specjalnie skomponował Rafał Rozmus.

Film posiada wszystkie charakterystyczne cechy kina niemego:  wyrazistą, często przerysowaną grę aktorów; krótkie, ale jednoznaczne i bardzo emocjonalne teksty w napisach; prostą wymowę zdarzeń; wyraźny i łatwy od odczytania podział na dobrych i złych bohaterów. I w tych kategoriach ja ten film odbieram, widząc w nim bardziej dokument swojej epoki niż opowiedzianą fabułę. Obraz ma wyraźną wymowę patriotyczną, a dość prymitywnymi (patrząc z perspektywy lat) środkami pokazane jest całe zło, bezwzględność i okrucieństwo rewolucji bolszewickiej. Z takim podejściem nie oczekiwałam od filmu wyżyn artystycznych, czy awangardowej innowacyjności.

To moje własne uwagi po obejrzeniu filmu, a co na ten temat znajdziemy w literaturze filmowej?

"Historia filmu polskiego" *, tom 1, rozdział X "Ostatnie lata kina niemego 1926-1929":

"Kurs na adaptacje literatury poważnej, czy wielkiej, to charakterystyczna cecha okresu. Praktyka ta przyniosła w efekcie zaostrzenie sporu o film artystyczny, toczonego między branżą a publicystami. (...) Pierwsze obrazy zrealizowane na podstawie literackich pierwowzorów rozwiały co najmniej połowę złudzeń. "Mogiła Nieznanego Żołnierza" (1927), według powieści Andrzeja Struga ujawniła bezradność literatów wobec poczynań producentów. Pozostawało skapitulować, przystosować się do utartej praktyki lub odejść zostawiając literaturę na łasce przedsiębiorców. (...)

(...) Karol Irzykowski, "attache starego państwa Literatury w młodym [...] i już doszczętnie skorumpowanym państwie Filmu", salwujący - jak mówił - interesy swego państwa w duchu inwazji i przyszłego podboju, mógł spodziewać się, że "Mogiła Nieznanego Żołnierza" będzie wydarzeniem artystycznym. Wskazywały na  to znane nazwiska reżysera Ryszarda Ordyńskiego i scenarzystów, nazwisko Andrzeja Struga, autora literackiego pierwowzoru, nieprzebrzmiała aktualność tematu - prochy Nieznanego Żołnierza sprowadzono do stolicy i pogrzebano uroczyście w listopadzie 1925 roku - oraz mocna obsada aktorska. (...) Niestety - sprawozdawca "Dźwigni" pisząc o Mogile stwierdzał bez ogródek, że film jest równie tandetny artystycznie i technicznie jak wyświetlana przed laty "Tajemnica medalionu". Sceny ukazujące pozazmysłową, telepatyczną więź córki z ojcem zagubionym na bezdrożach Rosji ogarniętej rewolucją, dramaturgicznie kluczowe, wypadły słabo. Z filmu zakrojonego na wielką skalę - wspomina Jerzy Toeplitz - zostało w pamięci kilka obrazów batalistycznych.  Andrzej Strug, jeśli wierzyć temu co powiedział  w wywiadzie dla "Kino-Teatru", był zadowolony z realizacji Mogiły. Pisarz zwracał uwagę, że reżyser Ordyński uniknął grasującej w filmach polskich rozmyślnej propagandowości i antybolszewizmowi"

Ówczesna krytyka nie oceniła filmu zbyt dobrze, ale my - po 85 latach - zupełnie inaczej go odbieramy. Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę bezpowrotne straty polskiego dorobku filmowego w wyniku II wojny światowej, każdy ocalały film jest cenną pamiątką.

Ogólnikowy, mniej więcej zgodny z chronologią opis fabuły można znaleźć na stronie filmu.

Jest rok 1916, drugi rok trwa I Wojna Światowa. Kapitan Michał Łazowski (Jerzy Leszczyński), nagle wezwany z urlopu, wyrusza na wołyński front. Na krakowskim dworcu żegna go żona Wanda (Nina Olida) oraz córka Nelly (Maria Malicka). Niebawem do Krakowa nadchodzi wiadomość, że kapitan zaginął bez wieści a w pułku, którym dowodził, nikt nie ocalał. Po kilku latach, żona kapitana, nie mając nadziei na powrót męża, utwierdzona w swym przekonaniu listem, który przywiozła jego matka (Konstancja Bednarzewska), informującym, że syn jej, za udział w walkach przeciwko władzy radzieckiej, skazany został na karę śmierci przez rozstrzelanie, wychodzi ponownie za mąż. Tymczasem Łazowski, który dostał się do rosyjskiej niewoli, dzięki pomocy zakochanej w nim Kseni (Leokadia Pancewiczowa), ucieka. Rozpoczyna się tułacza gehenna, poprzez Krym, Odessę, stepy południowej Rosji, do rodzinnego kraju...

Ostatnie sekwencje filmu to kilka ujęć z oryginalnej kroniki filmowej - marszałek Piłsudski na koniu  i uroczysta parada wojskowa przed Grobem Nieznanego Żołnierza.

*Historia filmu polskiego" tom I,  Władysław Banaszkiewicz, Witold Witczak, Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 1966, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe

piątek, 5 kwietnia 2013

W notesie filmowym...

Film to mój drugi, po książkach, krąg zainteresowań.
Interesowałam się historią kina, zebrałam trochę książek i wydawnictw na ten temat. Kupowałam czasopisma ukazujące się kiedyś w Polsce - "Film", "Ekran", "Kino", "Magazyn filmowy".
Od kilku lat coraz rzadziej chodzę do kina (głównie z powodów finansowych), zadowalając się telewizyjnymi projekcjami. Wiem, że w ten sposób muszę zadowalać się tym, co ktoś wybierze do emisji po czasie (nie oglądam nowości) i nie jest to komfort dużego ekranu. Za to mam bezcenny komfort domowego fotela (bez minusów zbiorowego oglądania, o których już pisałam tutaj na blogu książkowym).

Obejrzałam wiele filmów, nigdzie nie zapisując uwag o nich.
Teraz  (lepiej późno niż wcale) postanowiłam to nadrobić.Przypomniała mi się historia pewnej pary małżeńskiej, wieloletnich kinowych widzów. Chodzili do kina prawie codziennie, zapisując kolejne zeszyty tytułami obejrzanych filmów. Ja kiedyś, jeszcze jako nastolatka zapisywałam tytuły oglądanych w telewizji seriali. Cóż to było (kilkanaście, -dziesiąt  tytułów), w porównaniu z oceanem seriali dostępnych  obecnie na równie bezkresnym morzu kanałów telewizyjnych.
Dość wyraźnie mogę nakreślić granicę mojej znajomości kina - to koniec lat 80-tych. Do tamtych lat jeszcze byłam w miarę na bieżąco z tym, co działo się w światowym kinie. Dobra znajomość kina polskiego to była dla mnie sprawa oczywista. A z czasem coraz mniej filmów oglądałam, coraz mniej czytałam na ten temat. Teraz nie mam zamiaru na siłę nadrabiać tamte braki. To jest niemożliwe - tym bardziej, że pewne gatunki filmowe zupełnie mnie nie interesują.

Chcę raczej (w sposób amatorski) zebrać tutaj trochę wiadomości o filmach, serialach, aktorach z minionego i zapomnianego w wielu przypadkach okresu kina i telewizji. Będę pisać o filmach, które widziałam. I o aktorach, którzy przed laty byli tak znani i popularni, że dziś trudno mi uwierzyć jak wielka jest niewiedza młodego pokolenia o nich, o ich dorobku artystycznym. A nawet, co jest szczególnie smutne, nieznajomość ich nazwisk (nawet tych największych polskich gwiazd).
To szczególnie mnie uderzyło ostatnio, gdy jeden z dziennikarzy, prowadzący plotkarski program w telewizji, beztrosko przyznał się, że do czasu emisji serialu o Annie German nie wiedział o jej istnieniu. A wydawał mi się taki inteligenty i oczytany...
Fakt poświęcenia uwagi filmowi, książce lub gazecie nie będzie jednoznaczny z polecaniem go. Po prostu dany film obejrzałam... kiedyś kupiłam książkę o tematyce filmowej, bo w ogóle ukazała się jakaś pozycja na dany temat. A czy teraz jest oceniana dobrze, czy źle, wtedy nie mogło mieć żadnego znaczenia.
Podkreślam amatorskie podejście do tematu, a będzie to także podejście dość luźne. Nie planuję obarczenia się jeszcze jednym obowiązkiem i przymusem spełniania jakichś kryteriów.
To by od razu zepsuło mi humor i zniechęciło do ulubionej rozrywki...

wtorek, 2 kwietnia 2013

Samodzielność kobiet przed laty - "Czahary"

Dzień Kobiet świętuję, a jakże... jednak w tym roku dni przed-, w trakcie i po-, były tak wypełnione, że już czasu i spokojnej myśli na pisanie nie wystarczyło. Planując wcześniej post z tym naszym świętem związany, miałam oczywiście problem, którą powieść, a dokładniej którą bohaterkę wybrać.
W rezultacie zdecydowałam się na swoją ulubioną powieść Rodziewiczówny.

  "Czahary" - wydane pierwszy raz w 1905 roku, to powieść bardziej optymistyczna, lżejszego kalibru, wśród innych utworów pisarki. To nie znaczy, że mamy do czynienia z jakąś komedyjką, czy ckliwym romansidłem.
Nic z tych rzeczy... to powieść, która tak jak inne utwory Rodziewiczówny,  porusza tematy społeczne, problemy rodzinne związane z podziałem ojcowizny, stosunek ziemian do pracy i do własnego majątku. Nie brakuje też wątków uczuciowych. Natomiast nie jest tak mocno widoczny akcent religijny lub patriotyczny, jaki znajdziemy w innych powieściach.

Od razu powiem, że uważam "Czahary" za najlepszą powieść pisarki (chociaż jeszcze wszystkich nie przeczytałam). Powiedzmy więc, że z tych już przeczytanych.

Dlaczego określam powieść jako lżejszą?
Przede wszystkim za sprawą tematyki oraz...  humoru, którego w niej nie brakuje. Humoru słownego i humoru sytuacyjnego, który przeplata się z całkowicie poważnymi sprawami.
Nie ma ma tu czarnego obrazu świata, goryczy i pesymizmu, z jakim spotykamy się w innych powieściach. Nie ma tak przygniatającej krzywdy, niesprawiedliwości, bezradności w obliczu  cynizmu i wyrachowania. Czytelnik nie odbiera tylu złych emocji, jak to ma miejsce nie raz u Rodziewiczówny.
Dodatkowo książka jest napisana językiem bardzo czytelnym po latach, a sama akcja wciąga (nie ma zbędnych dłużyzn, zniechęcających do czytania).

A skąd tytuł posta? Problem samodzielności kobiet przed ponad stu laty jest tu bardzo istotnym motywem, a nawet mogę się pokusić o stwierdzenie, że dominującym.
Możliwość samodzielnej egzystencji niezamężnej panny na wsi, pracujących kobiet w mieście, czy pozbawionej opieki męża wdowy z dziećmi to było prawdziwe wyzwanie. Nie pomagało w tym ani prawo, ani tradycja, ani tym bardziej podejście mężczyzn do tego typu babskich fanaberii. Główna bohaterka, Zośka, pragnąca się uczyć by móc później pracować, z polecenia ojca została przez braci siłą zmuszona do rezygnacji z planów i marzeń,  przywieziona do domu jak zbiegła kryminalistka.

   Umiera bogaty posiadacz ziemski - stary Janicki. Wydawałoby się, że łatwe do przewidzenia jest przejęcie spadku przez dwóch synów. Tymczasem niespodziewanie sensacją staje się odmowa podpisania działów przez jedną z córek - Zofię, która żąda wydzielenia dla siebie części ziemi oraz uwzględnienia jako spadkobiercę trzeciego brata (pominiętego całkowicie przy projektowaniu działu).

"- Woronne, jak pan widzi, jest to stylowy , poleski majątek - dużo wody, błota, wydm, sosnowego boru, wszystko rozrzucone w tysiącach niw, ostrowów, przegrodzone rzekami, rozciągnięte w fantastyczną figurę, wśród łąk chłopskich i nawet kilku sąsiednich dóbr. "

Zofia nie chce nędznej sumy pieniędzy, ani perspektywy życia w domu brata w roli panny na wydaniu. Bycia na łaskawych chlebie u człowieka, który potrafi tylko się bawić i robić kolejne długi.

" [...] oni nie znają - nie mają pojęcia, gdzie i jaka jest ich własna ziemia, ani jej lubią, ani o nią dbają. Jeden i drugi uważa ją za towar, za który można dostać pieniądze. Rolnicy nie są z powołania. Chcą się bawić i używać. Bawią się ciągle, w konie, w karty, w małżeństwo, w miłość, w polowanie, w tańce zimą, w majówki latem, teraz mają się bawić w gospodarstwo. Po śmierci ojca chcieli się też bawić w interesa działu i rozdysponowali między sobą, że Karol zostanie przy całości Woronnego, Lucjanowi da sto tysięcy spłaty, nam siostrom po dziesięć tysięcy - Wacława zupełnie z gry wykreślili. Więc gdym zaprotestowała i zażądała nie jakiejś fikcyjnej sumy, ale części w naturze, potracili głowy, podnieśli na mnie gniew całej rodziny i są teraz bezradni, ale wściekli, bo bawić się wedle swej woli nie mogą, na zabawkę czekać muszą. [...]"

Taka postawa młodej panny jest wielkim zaskoczeniem dla wszystkich. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety pałają świętym oburzeniem: 

[...] " - Oto jest rezultat wszystkich emancypacyj i wolności dawanej pannom! - wybuchnęła Wilszycowa. - Sumienia i wstydu nie ma taka dziewczyna. Całą rodzinę gubi! Nic nie uszanuje, nawet ojcowskiej świeżej mogiły. Zgroza!" [...]

W następstwie swojej nieugiętej postawy panna Zofia zostaje sama, bo nikt nie próbuje zastanowić się nad całą sytuacji i zrozumieć dziewczynę.

[...] - Słuchaj no, Zośka - rzekł poważnie Wilszyc - tu nie czas na fantazje i kaprysy kobiece. Tu się toczy kwestia poważna, chodzi o los nas wszystkich, o przyszłość całej rodziny, o opinię ludzką, o honor nazwiska. To, czego pragniesz, jest niesłychane i tego nie dostaniesz. Oni ci tego dać nie mogą, bo obydwa zginą, a przecież ruiny ich na swe sumienie brać nie chcesz ani narazisz siebie na potępienie całej rodziny i zerwanie z nami wszelkich węzłów, gdy oddasz sprawę tę waszą prywatną na sądową drogę. Na to ani pozwalamy, ani ci tego darujemy. Zostaniesz w tej walce sama - zastanów się tedy, czym ci to grozi, i opamiętaj się póki czas." [...]

Rodzina wyrzeka się jej, traktując ostracyzm jako należną karę za buntowniczość i awanturnictwo (w ich rozumieniu oczywiście). W tych pojęciach nie mieściła się samodzielność myślowa panien, które powinny całkowicie podlegać rodzicom, a później mężowi. Oni mieli decydować o całym życiu kobiet, na własne decyzje nie było miejsca.

Rodziewiczówna bezlitośnie rozprawia się tej powieści z galerią kobiecych typów, w której właściwie tylko Zofia jest postacią pozytywną i budzącą sympatię. Kobiece bohaterki drugiego planu, to bezmyślne i bezwolne puste lalki (wcale nie tak piękne jak Izabela Łęcka) bez wyobraźni i własnych poglądów. I oczywiście bez wykształcenia dającego pracę.

Siostra Bronka - wdowa, kompletnie niezaradna życiowo, nie potrafiąca zapewnić swoim dzieciom bezpiecznej egzystencji. Wyszła za mąż za blagiera, próżniaka i suchotnika bez majątku, bo "On mnie tak kochał, tak prosił!".

Emilka Suchońska - osiemnastoletnia córka właścicielki zajazdu, w którym Zośka zamieszkała na czas rozwiązania sprawy i której udzielała trochę lekcji. [...] ograniczona zupełnie, nie czuła do wiedzy ani zapału, ani potrzeby i po paru lekcjach Zośka poznała, że jałowy ten grunt próżna praca chcieć uprawić. Zresztą Emilka kategorycznie oświadczyła, że ma narzeczonego, więc już żadnej nauki nie potrzebuje... [...]

Nina Sterdyńska - narzeczona Karola.  [...] była to typowa panna z obywatelskiego domu. Miała od dziecka bony, potem nauczycielki, płatne bardzo drogo, wedle pojęć papy Sterdyńskiego, bo aż 400 rubli rocznie, potem została wywieziona na jeden rok do Warszawy dla "talentów". Przez ten rok posiadła śpiew (muzykę uprawiała od dziecka w domu), malarstwo, tańce, salonową ogładę - nawet podobno brała jakieś lekcje literatury - i wróciła do domu jako wykwalifikowana już do wydania za mąż. W domu zajmowała się ścieraniem kurzu w salonie, doglądaniem kwiatków w ogrodzie, robieniem herbaty, czytaniem powieści, bawieniem gości i odwiedzaniem sąsiadów. Wymalowała ekran na atłasie i drewniany stolik upiększyła wypalonym jeleniem, wyszyła na kanwie kilka pasów na meble, bardzo długo proszona, umiała zaśpiewać "salonowy kawałek", tańczyła z gracją, w poważnych kwestiach nie zabierała głosu... [...] itd itd.

W porównaniu z tymi "paniami i panienkami" bohaterki chłopskiego pochodzenia wydają się dużo mądrzejsze.

Podobne kryteria można zastosować do męskich bohaterów, wśród których tylko dwóch - brat Wacław  i bogaty przyjaciel Motold, to ludzie zasługujący na szacunek swoją pracą i postawą moralną.

Natomiast niewątpliwie najbarwniejszą postacią powieści jest Kasjan. Trudny do jednoznacznego określenia typ wiejskiego zabijaki, terroryzujący od lat okolicznych mieszkańców. Ciągle na bakier z prawem, wyznający własną chłopską filozofię, skory do awantur i kradzieży. Jednocześnie szczerze oddany "panience", nawrócony grzesznik, potrafiący dobrze zarządzać i ludźmi i powierzonymi mu pieniędzmi. Kasjan to postać szczególnie dobrze zarysowana i właśnie jego każdorazowe pojawianie się w akcji to dawka wspomnianego na początku humoru.
Nie można nie lubić Kasjana...

"Czahary" to obraz minionego świata dalekich polskich Kresów. To nam jak zawsze daje Rodziewiczówna - opis codziennego życia "panów" i życia chłopów, stosunków między nimi. Jest również wątek uczuciowy, chociaż bohaterowie bardzo mało romansowi są na zewnątrz - skrytością przewyższają wszystkich ponad miarę.

Bardzo lubię tę powieść i wracam do niej co jakiś czas.
Kilka lat temu obiła mi się o uszy informacja o rozpoczęciu realizacji filmu, na podstawie powieści. Próbowałam teraz coś znaleźć na ten temat, niestety bez rezultatu.

Alfabet Rodzewiczówny