niedziela, 31 marca 2013

Wielkanoc u Borynów

"Hej! wesoły dzień nastał! Chrystus nam zmartwychwstał! Alleluja!
   Zmartwychwstał On, umęczon i lutą złością zabit! Powstał ci znowu w żywe, z ciemności, z mrozów, z pluch się wyniósł Najmilszy! Śmierci srogiej się wydarł, zmógł niezmożone ku człowiekowemu szczęściu i oto w ten czas wiośniany, w tę porę rodną unosi się nad ziemiami, w tym słońcu przenajświętszym utajony,  i rozsiewa wokół wesele, budzi omdlałe, ożywia martwe, wznosi przygięte, jałowe  zapładnia.
   Alleluja! Alleluja! Alleluja!...
   Tym ci to świat wszystek się rozlegał onego dnia Pańskiego.
   Jeno w Lipcach było ciszej i smutniej niźli po inne roki w tę porę.
  Zaspali galanto, bo już o dużym dniu, kiej słońce wciągnęło się nad sady, dopiero ruch się czynił po chałupach, skrzypiały wierzeje i rozczochrane głowy wyglądały rozziewane na świat boży, któren stojał w słońcu, skowronkowymi świergotami dzwoniący i młodą zielenią przytrząśnięty.
   I u Borynów zaspali. Jedna Hanka, co się ździebko poraniła, by obudzić Pietrka do szykowania konia i bryki, sama zaś zajęła się przygotowaniem święconego. Józka tymczasem z niemałym piskiem pucowała dzieci, sama się też we świąteczne szmaty przyodziewając, a pod studnią na podwórzu Pietrek z Witkiem domywali się do czysta; tylko stary Bylica zabawiał się z pieskiem na ganku, często nosem pociągając, czy już krają kiełbasy.
   Wedle zwyczaju nie rozpalano ognia w kominie, kontentując się zimnym święconym. Właśnie je była Hanka przynosiła z ojcowej izby, rozdzielając po talerzach, że każdemu po równo wypadało po kawale kiełbasy, szynki, sera, chleba, jajek i placka słodkiego."

Władysław St. Reymont "Chłopi", tom III Wiosna,  roz. V.

poniedziałek, 25 marca 2013

"Art of Freedom"



Zwycięska na szczycie, a tragiczna w powrocie ostatnia wyprawa polskich himalaistów rozgrywała się prawie na oczach widzów. Uczestniczyliśmy godzina po godzinie w kolejnych częściach scenariusza życia - w radości zdobycia szczytu, w schodzeniu do bazy, w oczekiwaniu na powrót wszystkich uczestników, w coraz większym niepokoju... wreszcie w tragicznej prawdzie otrzymując komunikat o zakończeniu wyprawy.

Jestem przeciwna takim medialnym spektaklom, w których jest bardzo cienka granica rzetelnej informacji  i taniej pogoni za sensacją. A cóż się lepiej sprzedaje, niż śmierć na ekranie?

Nie wiem, czy to dobrze dla odbioru samej idei wypraw, takie wyrywkowe  medialne przekazy, spłaszczające problematykę. Szczególnie dla widza, który niewiele wie o tym, jak wygląda rzeczywistość tam... na wysokości kilku tysięcy metrów. Jaki jest człowiek w ekstremalnych warunkach, co jest tam ważne, co może wpłynąć na ludzkie życie...
I nawet komentarze do aktualnych wydarzeń i wypowiedzi doświadczonych himalaistów nie za bardzo w tym pomagały. Chwilami wydawały się okrutne, gdy w wyważonym i spokojnym tonie ktoś mówił o ratowaniu swojego życia i pozostawieniu kolegi na pewną śmierć, bo warunki nie pozwalały na nic więcej.
Trudno jest zrozumieć takie chwile, gdy samemu nie odczuje się fizycznie słabości ludzkiego organizmu w zderzeniu w bezwzględnością  natury. To taka sama sytuacja, gdy czytamy o cierpieniach Polaków wyrzuconych  z pociągów na Syberii na pewną śmierć. Nawet samo odczuwanie przez nas mrozu w ostatnich tygodniach zimy w Polsce nie daje najmniejszej możliwości zrozumienia takich okrutnych warunków.

TVP Kultura pokazała w ubiegłym tygodniu film o naszych himalaistach : tutaj
Po jego obejrzeniu zrozumiałam o wiele bardziej, czym była w czasach minionego ustroju miłość polskich himalaistów do tych wysokich gór. Skąd się brała ta niezwykła pasja, dążenie do uczestnictwa w tym ryzyku najwyższego stopnia.
To nie znaczy, że im zazdroszczę tego akurat kręgu zainteresowań. Nie, nigdy mnie nie ciągnęło do gór. Nawet nasze polskie oznakowane ścieżki, prowadzące od Zakopanego, nie pociągały mnie za bardzo. Zawsze wolałam spacery morskim brzegiem niż pchanie się pod górę, bez  szerokich widoków aż po horyzont...

piątek, 22 marca 2013

Urodziny barda...

Nie lubił być tak nazywany... bardem Solidarności...
Gdyby żył, dziś obchodziłby swoje urodziny...



Nie wspominam Jacka Kaczmarskiego dzisiaj z powodów politycznych, ale bardziej prywatnych, ludzkich.
To symbol naszej młodości - młody, wrażliwy,  inteligenty człowiek.

W takich brodatych chłopcach  w okularach, grających na gitarach i śpiewających mądre teksty (Okudżawy, Wysockiego) kochały się dziewczyny... to byli koledzy w liceum i na studiach. Na spontanicznych spotkaniach (wtedy się wpadało do kogoś bez zapowiedzi, bo najczęściej ludzie nie mieli telefonów), siedzieliśmy w kilka, czy kilkanaście osób w małych blokowych pokoikach i dyskutowaliśmy. Nie o karierach, forsie i komercji, ale o poezji, filmie, polityce, bombie atomowej, wesołych i smutnych przygodach naszego grona. Jakoś nie przypominam sobie ani jednego wypadu do dyskoteki. Nie ukrywam, że płynęło wtedy morze piwa i mocniejszych trunków, a siedzieliśmy w gęstej atmosferze dymu tytoniowego. Jakoś tam się później zaliczało, albo nie zaliczało kolejną sesję egzaminacyjną...
Imponowali nam swoją wiedzą, ale także umiejętnościami fizycznymi - żeglowali, wisieli na skałkach, jeździli na nartach, trenowali judo, kendo, pływanie.
Podrywali na kasety z piosenkami Pink Floydów ... przynosili na randki małe kolorowe bukieciki, sprzedawane przez uliczne kwiaciarki...
I ja dałam się zauroczyć takiemu męskiemu okazowi z brodą i gitarą... na całe życie...

poniedziałek, 18 marca 2013

Pamiętam inne Podlasie

"Bluszcz prowincjonalny", przeczytany jakiś czas temu, czeka w kolejce do swojego posta. Jednak nic dzisiaj nie napiszę o samej powieści, bo nie jestem w stanie spojrzeć na nią w miarę obiektywnie.

Książka nie spełniła moich oczekiwań - od razu wyjaśnię, że chodzi mi o moje osobiste oczekiwania wspomnieniowe. Na takie się przede wszystkim nastawiłam, a ich brak nie jest zarzutem skierowanym do autorki. To tylko i wyłącznie moje niewłaściwe odczytanie zapowiedzi wydawniczych oraz recenzji na blogach.

Po entuzjastycznych opiniach blogowych, że jest to powrót do dzieciństwa, że są dawne podlaskie klimaty, tak bardzo chciałam książkę mieć i przeczytać, jak już dawno nie zdarzyło mi się to z żadną inną. Otworzyła mi sie dawno zamknięta szufladka w pamięci z niesamowicie pięknymi wspomnieniami wakacji u dziadków.

Tyle tylko, że w recenzjach przeoczyłam (a może jej nawet nie znalazłam) informację, ile bohaterka powieści ma lat, jak daleko sięgają jej wspomnienia z jej dzieciństwa... i jakie one są.  Czasami zapominam, że wspomnienia z dzieciństwa to już nie tylko czas mojego pokolenia, ale lata dużo późniejsze. Przed lekturą książki wymieniłam z autorką na jej blogu kilka zdań na temat, gdzie przekonywała mnie, że tak bardzo się podlaska wieś nie zmieniła. Być może już w latach 80-tych i 90-tych nie zmieniła się w tak widoczny sposób i o to chyba autorce chodziło.
Ja jednak pamiętam z dzieciństwa inne Podlasie - wieś w latach 60-tych i 70-tych, a to był całkowicie inny świat. Już go nie ma...

Przyjeżdżałam na wakacje z wielkiego fabrycznego zadymionego miasta i po kilku przesiadkach na różne środki lokomocji nagle odnajdywałam się w zupełnie innej rzeczywistości. Chyba mogę pokusić się o stwierdzenie, że tak mogła wyglądać nie tylko przed II wojną światową, ale również pod koniec XIX wieku.

Wieś była całkowicie drewniana, wszystkie budynki pokryte strzechą. Pierwsze murowane domy pojawiły się w epoce gierkowskiej. Na drewnianych sztachetach suszyły się zarówno saganki do gotowania, jak i uprane części garderoby (prało się w strudze z użyciem drewnianych kijanek). Oczywiście żadnych wygód typu łazienka. Wodę nabierało się wiadrem umocowanym na drągu lub przywieszonym do żurawia studziennego, a za potrzebą... za stodołę.
Pamiętam oświetlenia lampami naftowymi, bo nie było elektryczności. Wielki piec w kuchni ogrzewał zimą wszystkie pomieszczenia. Latem miał zasunięte szyberki, żeby nie grzać niepotrzebnie w alkierzu i dużej izbie. Bo latem na tym piecu gotowało się jedzenie dla ludzi i ziemniaki dla świń (w niektórych domach  były osobne "letnie kuchnie"), a w każdą sobotę babcia piekła w nim wielkie, prostokątne chleby. Leżały potem  w dużej izbie na wyprawowej skrzyni babci. Uwielbiałyśmy do niej zaglądać, podnosząc z trudem ciężkie okute wieko...
Do chleba pyszne masło ubijane w dużej drewnianej kierzance (to wcale nie było takie łatwe), albo smalec z wielkim skwarkami, posypany gruboziarnistą solą. Do tego zielone ogórki, zrywane na zastodolu.
Latem dzieci i kobiety chodziły na co dzień boso - wtedy nauczyłam się chodzić po rżysku tak, żeby się nie pokłuć ostrymi końcówkami zżętego zboża.
Tamte wakacje to nie tylko obrazy, ale również zapachy i smaki.  Tam wszystko pachniało inaczej niż w mieście, a smak jedzenia, czystego od chemii, gotowanego na prawdziwym ogniu... tego już nigdzie nie ma...

Niestety, nie mam rodzinnych zdjęć tamtej wsi. Zawsze zabieraliśmy aparat, ale jakoś nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby zrobić zdjęcia domu, obejścia, gumna. Wtedy robiło się zdjęcia ludzi, a  tych nie chcę upubliczniać.



Jednak przerwę teraz te wspomnienia, bo zajęłyby zbyt dużo miejsca. Na pewno jednak do nich powrócę.
Tak jak za jakiś czas wrócę do powieści, aby przeczytać ją ponownie już bez tego niecierpliwego wyczekiwania podlaskich wspomnień... innych dla mnie i innych dla młodszych pokoleń...

sobota, 16 marca 2013

Zaślepienie... bezmyślność... głupota?

Po kolejnym ataku wrednej infekcji myślenie o książkach idzie słabo, a pisanie jeszcze gorzej - tragedia...
Czas zajmuje kaszel i kichanie, obok rośnie góra zużytych chusteczek higienicznych, każda pozycja (leżąco? siedząco? a może stojąco?) jest do kitu, wszystko nas boli... i tylko na wysuszone usta ciśnie się pytanie: "jak żyć???"

Przełażąc bezmyślnie po kanałach (o skakaniu nie ma mowy), trafiłam w telewizorze na film "Biała masajka" (2005). Niedawno czytałam na blogach o tej prawdziwej historii, opisanej w książce i sfilmowanej. I w moim przypadku jest to sytuacja z rodzaju: "opinie  w sieci zniechęciły mnie do przeczytania książki, film obejrzę, bo akurat się trafił i na tym koniec"


Oglądając film znałam opinie o bohaterce - zarówno jako postaci w książce, jak i autorce tejże książki.
W obu rolach została oceniana nie najlepiej, stąd mój brak zainteresowania lekturą.

A film? - pięknie sfilmowane prześlizgnięcie się po temacie, z krajobrazami afrykańskimi w tle.. Powierzchownie opowiedziana historyjka seksualnego pożądania, bo o jakiejkolwiek fascynacji intelektualnej mowy tu być nie może.
Główna bohatera jest denerwująca w swojej ignorancji, braku wiedzy o świecie, braku wyobraźni...
Ktoś w blogowej dyskusji zwrócił uwagę na inny aspekt - na krzywdę, jaką biała kobieta z dalekiej Europy wyrządziła Masajowi. Wtargnęła do jego świata, w którym jej nieudolne próby dostosowania się do całkowicie obcej i niezrozumiałej kultury przy jednoczesnym zachowaniu europejskiej niezależności tylko powodowały narastanie konfliktów. Wykorzystała go jak zabawkę i porzuciła, nie myśląc o jego dalszym życiu.
Niezależnie od prawdziwych zdarzeń i ich wymowy, w filmie mamy tylko serię obrazków... dużo 
zmarnowanego potencjału.

czwartek, 14 marca 2013

Nowy Papież

266 Papież -  Franciszek.



Zawsze przy tak szczególnych wydarzeniach myślę o niezwykłości naszych czasów pod względem rozwoju techniki. Mogłam uczestniczyć prawie "na żywo", być obserwatorem tworzenia się historii. Jednocześnie z wiernymi obecnymi na placu mogliśmy odmówić Ojcze Nasz, przyjąć błogosławieństwo.

To niezwykła możliwość, którą ja w pełni doceniam. Pamiętając, nie tak odległe wcale czasy,  gdy na telefoniczną rozmowę zamiejscową czekało się godzinami, a list do mojej koleżanki mieszkającej w Australii "szedł" równy miesiąc.
Co o wyborze papieży mogli wiedzieć nawet najbardziej światli ludzie przed wiekami, gdy wiadomości z Watykanu dochodziły do nich tygodniami, czy miesiącami? I w jakim stopniu były to wiadomości prawdziwe, rzetelne, wiarygodne?

















poniedziałek, 11 marca 2013

Już nie ma gdzie uciec

Wydawało mi się (naiwnie,jak widać), że pewne kanały telewizji polskojęzycznej w jakimś stopniu pozostaną misyjne i zachowają poziom wyższy od żenady programów z wyborem modelek, pokazów talentów piosenkarsko-cyrkowych, dodowego jurorstwa na lodzie itd.
Od dzieciństwa bardzo lubię oglądać filmy i to mi zostało do dziś. Dużo oglądam, ale tylko w telewizji, bo kino skreśliłam z kilku powodów (o których później). Kiedy pojawił się kanał Kino Polska oglądam go od początku. Nagrałam sobie na kasetach video trochę polskich filmów, trochę dokumentu, kronik filmowych.
Jednak nie śledzę kto czym zarządza, kto tam decyduje o doborze filmów, o profilu programowym. Pewnie i tak to by mi nic nie dało, a tylko bardziej wkurzyło. Według mnie poziom stacji obniża się, program staje się coraz nudniejszy i mało atrakcyjny. To też można jakoś przeżyć, ale ostatnie praktyki związane z reklamami!... O nie, tego już nie przetrzymam!!!

Przeciwnicy reklam, do których ja należę zostali zmuszeni do przyjęcia faktów dokonanych w postaci potopu reklamowego wszędzie, gdzie tylko to możliwe.
Ale to co zafundowało nam Kino Polska...
Oglądamy sobie na przykład  "Nad Niemnem" (wczorajsza emisja), a tu nagle... w środku filmu  - ni z gruchy, ni z pietruchy - cięcie... i nachalny napis, że wpływy z reklam przeznaczone są na ratowanie i odnawianie polskich filmów... takie blebleble. A dalej już spokojnie lecą reklamy, wciskane widzowi po chamsku.
Jak wiadomo z praktyki , stosunek przerywany często źle się kończył (bo niezgodnie z zamierzeniem), więc i w tym przypadku stacja straci niektórych widzów. Ale pewnie tym się wcale nie martwi, bo kto by się liczył ze zdaniem zwykłego odbiorcy.

Jestem polską patriotką filmową, ale z punktu widzenia normalnego telewidza z poprzedniej epoki marketingowej, to jest jeden z najgorszych sposobów pozyskiwania pieniędzy na tak zbożny cel.

Do kina niestety teraz chodzę bardzo rzadko, bo:
- bilety za drogie
- zapachy i odgłosy z sali  przeszkadzają już nadmiernie (smród wszelkich fastfoodów, mlaskanie piwem z puszki, siorbanie colą w rurce, pożeranie ton popcornu i chipsów)
- nagłośnienie przekraczające wytrzymałośc ludzkiego ucha
- ale przede wszystkim ryczące przez 20-40 minut przed seansem reklamy... tego nienawidzę!

wtorek, 5 marca 2013

Pisać każdy może...

tak jak ze śpiewaniem ... "trochę lepiej lub trochę gorzej".
Tym razem mam na myśli pisanie blogowe - niezależnie od tematyki bloga.
Nie było mnie tutaj przez pewien czas, a moją nieobecność spowodowała  (obok życiowo-zdrowonego zakręcenia) także czasowa niemoc twórcza. Taka niemoc przytrafia mi się co jakiś czas, powodując huśtawkę nastrojów, jak na wykresie sinusoidy - raz w górę, raz w dół. Mam tak przez cały czas  mojego prawie 5-letniego różnotematycznego blogowania, ale na szczęście dołki blogowe pojawiają się już coraz rzadziej. W przeciwieństwie do początków, kiedy dominowały tak silnie, że ciągle miałam frustracje i chęci likwidowania blogów.
Oczywiście wszystkiemu winne jest czytanie innych blogów i dokonywanie niepotrzebnych porównań z ich poziomem oraz umiejętnościami pisarskimi ich autorów. Z takiego porównywania najczęściej wychodzę podłamana duchowo i z przygniatającą klawiaturę niewiarą we własną pisaninę.
Jednak staż blogowy robi swoje, więc coraz szybciej otrząsam się i wracam do pionu.

Teraz też, wracając po przerwie, chcę widzieć pozytywne dla siebie samej skutki blogowego pisania.
I nie jest to broń Boże żadne grafomaństwo, ani megalomania. Blogowe pisanie jest dla mnie formą terapeutyczną, połączeniem przyjemnego z pożytecznym, Co jest przyjemne? -  oczywiście pisanie o własnym czytaniu. Co jest pożyteczne? - ćwiczenie mózgu, przedłużanie jego aktywności  - tym razem wyłącznie w miłej atmosferze. Po latach wysiłku "w pracy zawodowej" niech sobie pracuje łatwo, lekko i przyjemnie w książkowych klimatach.
Dlaczego nie wspominam tu o czytelnikach bloga? nie stawiam ich na pierwszym miejscu?
Bo to dla mnie oczywiste, że są ważni... do nich kieruję słowa, skoro publikuję je tu na blogu, a nie "tworzę" do szuflady. Dlatego tym razem nie rozwijam tego wątku.


A z bieżących spraw czeka na podsumowanie temat książek o miłości ...W poprzednim poście planowałam stworzenie takiej listy, ale jak widać po komentarzach nie było dużego zainteresowania.
Dziękuję za te wpisy, które tam się pojawiły i z żalem muszę temat zamknąć.

Chwilowo zniknął mój dotychczasowy awatarek (to pewnie taki przedwiosenny kaprys). Miałam go stanowczo zbyt długo, znudził mi się, a nie wiem kiedy zdecyduję się na nowy (jeśli w ogóle)...