czwartek, 14 lutego 2013

Po prostu miłość...

Nie świętuję Walentynek, to nie nasza bajka... nie nasza,  myślę tu o sobie i moim od zawsze mężu.
Nie wypowiadam się za innych przedstawicieli naszego pokolenia, bo pewnie są w nim również zwolennicy tego nowo zaszczepionego na polskim gruncie święta. Jednak w czasach naszej młodości i naszego zakochania nie było takiego dnia w kalendarzu... święto nie istniało w naszej świadomości...
I po latach, patrząc na nasz długoletni staż "razem", nie bardzo mi to święto potrzebne. To, że jesteśmy ze sobą najlepiej świadczy o naszych uczuciach.
Zawsze przy okazji takiego podejścia do Walentynek pojawiają się odpowiedzi pod hasłem "ale przecież każda okazja jest dobra, żeby okazać miłość, sympatię.." W jakimś stopniu tak jest i ja sama też czasami jakoś akcentuję, czy zauważam ten dzień na swoich blogach.. Ale stanowczo mówię "nie" nabijaniu kasy komercyjnej nagonce handlowej.

Zastanawiałam się dzisiaj co napisać  w związku z Walentynkami.
Przyglądałam się bliżej wszystkim książkom po kolei - po grudniowym generalnym przemeblowaniu zbiorów muszę na nowo uczyć się ich rozmieszczenia. I dość długo szukałam klucza do tego posta.
Czy wybrać poezję, czy prozę? A skoro jednak proza, to która książka konkretnie?
Jednak wybór był zbyt trudny na tylko  j e d n ą.
Wybrałam więc antologię opowiadań - formy za którą nie przepadam, ale to jedna z książek otrzymanych dawno temu w prezencie wraz z dedykacją, więc należy do grupy uprzywilejowanej w moim księgozbiorze. Książka wydana bardzo starannie trzyma się doskonale, tylko papierowa obwoluta nie wytrzymała próby czasu.



Jest to jedna z setek możliwych do ułożenia antologii opowiadań z miłością w roli głównej. Każda byłaby inna, każdy z nas może stworzyć własną.

W Posłowiu do tej antologii Henryk Bereza napisał:

" Potocznym pojęciem "książki o miłości" nie posługują się na ogół krytycy i trudno przypuszczać, żeby kiedykolwiek uznali je bibliografowie. Już bibliotekarze wiedzą jednak, że obejść się bez niego nie sposób. Dla tych, którzy chcą czytać, ma ono walor siły magnetycznej. I nie kryje się za tym tylko prymitywizm, jak sądzą niektórzy. To naiwne pojęcie stworzyła głęboka i autentyczna potrzeba sztuki i nie wiadomo nawet, czy może istnieć potrzeba sztuki bardziej głęboka i bardziej autentyczna."

Zbiór tworzy 29 opowiadań, autorów najbardziej znanych, jak i tych już zapomnianych. Sienkiewicz, Nałkowska, Iwaszkiewicz, Zapolska, Kuncewiczowa, Dąbrowska, Brandys... obok nich Perzyński, Naglerowa, Karski, Zieliński, Uniłowski.

Opowiadania zostały podzielone i przydzielone do kilku grup, których tytuły sygnalizują nam rodzaj i charakter miłosnej fabuły.

- Pierwsza miłość... Druga miłość...
- Miłość i duchy
- Miłość i cierpienie
- Miłosne qui pro quo
- Ostatnia miłość.

Dwa opowiadania z tej antologii zaistniały w świadomości widzów kinowych jako podstawa scenariusza.
Opowiadania powstały prawie w tym samym czasie, ale filmy na ich podstawie w dwóch zupełnie innych światach.
Co dzieli te dwa filmy?
Wszystko...
Czas powstania (ponad 40 lat), zupełnie inne konwencje realizacji, inne realia techniczne, inna gra aktorska, inne spojrzenie reżyserskie. Choć w tym ostatnim przypadku istnieje wspólnota pokoleniowa.

Pierwszy - "Jak być kochaną", zrealizowany na podstawie opowiadania Kazimierza Brandysa (z 1960 roku).
Film powstał dwa lata później.
To film mocno zapadający w pamięć. Obejrzałam go przed lekturą opowiadania i już nie mogłam oddzielić obrazu od treści. W moim osobistym odbiorze kreacja aktorska Barbary Kraftówny uzupełnia samo opowiadanie. Film jest formą ilustracyjną fabuły literackiej.
W 1963 roku był nominowany do nagrody na festiwalu w Cannes.

Drugi to "Tatarak" (2009) - ekranizacja opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza (wyd. 1960).
I jak zwykle u Wajdy (czego najbardziej nie lubię), mamy na ekranie jakieś udziwnione pomieszanie z poplątaniem. Już pomijam wątki z innych źródeł, chociaż zawsze drażni mnie przy ekranizacjach literatury zbyt swobodne manipulowanie tekstem. Bardziej nie odpowiada mi połączenie treści utworu literackiego z monologiem aktorki, opartym na jej szczególnie traumatycznych osobistych przeżyciach. Mogę zrozumieć uczucia i chęć rozliczania się aktorki z chorobą i śmiercią bliskiej osoby, bo oglądałam ten film sama  będąc w podobnej sytuacji. Ale nie widzę racjonalnego wytłumaczenia dlaczego znalazły się w tym filmie. I nawet nie będę próbować zgadywać "co poeta (tu reżyser) miał na myśli".
Bo chociaż (jak napisałam na początku) wolę powieść niż opowiadanie, to jednak zafascynowałam się w swoich czasach licealnych twórczością Iwaszkiewicza.. i tak już mi pozostało.

A pozostając jeszcze w tych walentynkowych klimatach, zaczęłam się zastanawiać które z powieści o miłości zaliczyłabym do swoich ulubionych.

I z tego wynika moja propozycja dla Was - stałych i przygodnych czytelników mojego bloga.
Zabawmy się w stworzenie listy ulubionych powieści o miłości. Nie najlepszych, nie najbardziej uznanych, nie ze ścisłej klasyki... ale naszych ulubionych, według jak najbardziej prywatnych i subiektywnych ocen.
Wpiszcie, powiedzmy  maksymalnie do 5 tytułów, ja je za jakiś czas (2 tygodnie?)  uporządkuję w formie Listy ulubionych...
Bardzo jestem ciekawa, jak taka lista może wyglądać...


czwartek, 7 lutego 2013

Nadmiar smaków dla łasuchów

"Zgodnie ze staropolską gościnnością w każdej sytuacji życiowej i sytuacji materialnej przyjmujemy gości - czy to skromną słodką herbatką, czy też wystawnym, okolicznościowym przyjęciem.
   Najstosowniejszym, a zatem sięgającym do starych polskich tradycji, jest poczęstunek słodkimi specjałami, jakimi są pączki i faworki. Utarł się kiedyś niesłuszny zwyczaj, że przysmaki te były podawane jedynie w okresie karnawału.Ostatnie lata przekonały nas, że dobre pączki i faworki, od najprostszych i najtańszych aż do bardzo pracochłonnych i wystawnych, można z powodzeniem podawać przez cały rok.

   (...) Przy wyborze przepisu na wypiek pączków lub faworków, poza możliwościami materialnymi, należy kierować się jeszcze i okolicznościami, w jakich zamierza się podać swój wypiek. A więc do skromnej herbatki, czarnej kawy, jako danie podwieczorkowe lub danie zimn ego bufetu podaje się pączki na zimno (posypane cukrem pudrem lub polane polewą) oraz faworki o tradycyjnym kształcie, niezbyt pracochłonne (śmietanowe).

   Jako gorący deser do wykwintnego obiadu można podać pączki ptysiowe, wiedeńskie, włoskie lub rosyjskie "Pyszki". Natomiast jako zimny deser na stół imieninowy lub weselny - pączki "Piękna Helena", pączki ptysiowe chińskie lub faworki z ciasta francuskiego "Motylki" i "Bukiety weselne". Typowymi karnawałowymi wypiekami będą pączki staropolskie "Róże karnawałowe" lub "Listki karnawałowe". Osobom nie jedzącym ciast smażonych (ze względów zdrowotnych) można podać pieczone pączki biszkoptowe: "Colombina", "Bajadera", "Aida" lub faworki jajeczne. Jako gorące dania przekąskowe zarówno mięsne, jak i postne, nadają się pączki gospodarskie.Do kremów, lodów, budyniów, galaretek i konfitur można podać pączki rosyjskie i faworki pieczone "Kratka". Niecodziennym poczęstunkiem podwieczorkowym dla naszych gości będą pączki "Szu-Dzio" podane z chińską herbatą.(...)"
                                                                                                            Jan Czernikowski
                                                                  Warszawa, 10 marca 1959r.

Książka o pączkach i faworkach to książka kucharska, zbiór przepisów na ich wykonanie. Powstała  w oparciu o doświadczenia 50 lat pracy jej autora, który (jak napisano w opinii Urzędu Starszych Zgromadzenia Kuchmistrzów w Warszawie): między innymi pracował jako Szef kuchni w restauracji Hotelu Polonja gdzie potrawy przyrządzane pod jego kierownictwem doznały takie uznania iż urządzono obiad dla Marszałka Francji Focha, kolację dla Króla Rumuńskiego i wielu innych ważniejszych osobistości".

A w przedpołudniowej rozmowie radiowej usłyszałam, że Koleje Mazowieckie pachniały dzisiaj rano pączkami, wiezionymi przez "dojeżdżających" do stolicy z podwarszawskich miejscowości...

Jan Czernikowski "Pączki i faworki", HELIODOR, Warszawa 1992

wtorek, 5 lutego 2013

Mój prowokacyjny stosik - może pierwszy... może jedyny

Zgodnie z zapowiedzią w poprzednim poście...
Korzystając z chwilowych odwiedzin wesołego słoneczka (tak, tak, żeby było w klimacie stosikowym), upozowałam kilka książek będących na podorędziu w gustowny stosik i zrobiłam im zdjęcie. Tłem jest moje osobiste pianino...żeby tak było już całkiem intelektualnie...

Dobór książek jest oczywiście całkowicie przypadkowy, a ja napiszę o nich w najbliższym lub dalszym czasie, swoim słabym stylistycznie językiem, którym  nieudolnie przedstawię swoje sądy dość prymitywne...


A jakie książki tworzą ten zbiór?

Maria Bojarska "Król Lear nie żyje" - opowieść o aktorze Tadeuszu Łomnickim, napisana przez jego żonę.
Dla młodego pokolenia to już być może zapomniana albo mało znana  postać naszej sceny teatralnej.
Chociaż z drugiej strony dla prawdziwego widza to znajomość obowiązkowa.
Książka ukazała się w 1994 roku i jest jedną z pierwszych tego rodzaju pozycji. Wtedy dopiero zaczęły się ukazywać książki  trochę plotkarskie, trochę odbrązawiające pomnikowe postaci. Na okładce wydawca umieścił między innymi takie zachęcające(?) do lektury zdanie: "Książka ta wzbudzi na pewno wiele kontrowersji i komentarzy, poruszy środowisko".
Znaleziona pod choinką.

Achmed Iskenderow "Toyotomi Hideyoshi" - książka "jest opowieścią o życiu i działalności wybitnego japońskiego wodza, polityka i reformatora z drugiej połowy XVI wieku" (wstęp)
Kierując się osobą autora powinnam pewnie odrzucić na wstępie taką lekturę, bo autor  to członek-korespondent Akademii Nauk ZSRR. Czyli książka na pewno tendencyjna - według wielu oszołomów politycznych, skoro napisana w czasach Związku Radzieckiego (wydanie polskie 1991). Ja jednak ją spróbuję przeczytać.
Nie pamiętam skąd się u nas znalazła. Pewnie kupił ją mój mąż, zainteresowany tego rodzaju tematyką.

Zofia Kossak "Bursztyny" - nie znam treści, właśnie wczoraj wygrzebałam ją z piwnicznej szafy (w moim domu rodzinnym).
Do przeczytania.

Maria Rodziewiczówna "Klejnot", "Pożary i zgliszcza" - wypożyczone do przeczytania.

Magda Szabo "Staroświecka historia" - od lat czeka na przeczytanie, podchodziłam do lektury już kilka razy, ale druk mnie zniechęca.

Renata Kosin "Bluszcz prowincjonalny" - zamówiona pod choinkę, już przeczytana, czeka na opinię.

Joanna Chmielewska "Krętka blada" - dawno przeczytana, ale treść wyleciała z głowy. Pożyczona (od córki) do powtórnej lektury w pociągu. Nie kupiłam jej, bo ostatnie powieści Chmielewskiej są dla mnie za drogie w stosunku do wartości literackiej.

Juliusz Machulski "Seksmisja" - znaleziona pod choinką (2002) ciekawostka wydawnicza, czeka na opisanie w/w nieudolny sposób. :)

niedziela, 3 lutego 2013

Mój blog amatorski... (co gorsze - dobrze mi z tym)

Mój blog to po prostu blog amatorski. 
Dla mnie, jako jego autorki, to rodzaj hobby zupełnie jak szydełkowanie. 
Język, jakim się posługuję, jest słaby stylistycznie, sądy dość prymitywne, a lektury przypadkowe.


Wstawię sobie takie motto w nagłówku - ku pamięci, jako jedyną reakcję po lekturze pewnego artykułu o blogowych kompleksach, amatorszczyźnie i innych naszych błędach i wypaczeniach.
Nie podaję linka (i tak pewnie wiecie), bo nie mam zamiaru napędzać nowych czytelników autorce tego żałosnego pseudointelektualnego tekściku - to tak w atmosferze szydzenia ze stosiku.
A jeszcze ktoś by się naprawdę przejął i zdenerwował bredzeniem profesjonalnej krytyczki.

PS I jutro przy świetle dziennym, jak najszybciej zrobię zdjęcie jakiegoś mojego stosiku/stosika (a co tam, wszystko jedno, przecież blogerzy nie umieją pisać poprawnie) książkowego. To tak w ramach poparcia i zaistnienia przy jednej z frakcji blogosfery. Dotychczas bowiem nie pokazywałam stosików, więc byłam w tym drugim odłamie.

sobota, 2 lutego 2013

O kogo ta awanturka?

"Ta pieśń to - awanturka.
O kogo? O kapturka.
Jakiego? Czerwonego.
Zmodyfikowanego!
Nie była to dziewczynka
lecz chłopiec jak malinka.
Czapeczkę nosił z szykiem,
czerwoną , z kutasikiem!

Ucha! Tra la la!
Kapturek 62!
Ucha ucha! Tra la la la!
Kapturek 62!

U babki, co za lasem
mieszkała w białym domku,
Kapturek czynił czasem
gomorkę ze sodomką!
Ta babka - kto ona?
Morskiego Wilka żona.
Gdy Wilk się szarpał w szkwałach,
Kapturka zapraszała.

Ucha! Tra la la!

Gdy Wilk raz wrócił z rejsu,
Kapturek był na miejscu,
bo właśnie z żoną Wilka
płynęła mu ta chwilka.
Speszeni wszyscy troje:
- Wróciłeś? Siądź...- Postoję.
Czas, tak zazwyczaj rączy,
zupełnie się nie sączy.

Ucha! Tra la la!

Lecz cóż to? Zamiast natrzeć,
Wilk na Kapturka patrzy,
na jego torsik boski
i... przełom w Wilku Morskim!
Więc zamiast pogniewać się,
urządzić awanturkę,
zamieszkał w innej chacie
szczęśliwy Wilk z Kapturkiem!

 Ucha! Tra la la! "

    fragment spotkania "Niespodziewany koniec lata"


  Odnalazłam ten tomik minionego lata, wśród książek wywiezionych do leśnego domku na działce. Przeznaczone na lekturę  letnich wieczorów na werandzie, stoją sobie szafce kompletnie wymieszane tematycznie. Sensacja, kryminały, wiersze, mitologia, a nawet Pitavale i gnioty typu "Ze wspomnień prokuratora".

Wyciągnęłam "Kabaret..."  z zapomnienia i zabrałam do domu.
To wspaniałe ponadczasowe teksty, szczególnie piosenek, które znam prawie na pamięć. Nasze pokolenie wychowało się na Starszych Panach... i to chyba wszystko wyjaśnia.
W tych tekstach nie musimy sobie niczego tłumaczyć, analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, szukać odniesień, wyjaśniać...

A ten konkretny Kapturek? czyż nie jest jak najbardziej aktualny?



Jeremi Przybora "Kabaret Starszych Panów" , Czytelnik, Warszawa 1970, Wydanie I