niedziela, 27 stycznia 2013

Niech nikt mi nie mówi, jak mam kochać swoją ojczyznę

" Proszę, żeby nikt nie mówił mi, jak mam kochać swoją ojczyznę..."
To cytat z tytułu/zapowiedzi wywiadu z Andrzejem Sewerynem - tutaj
Wybrałam celowo pierwszą część tego zdania, ponieważ z jego dalszym ciągiem "bo Kuroń nauczył mnie tego lepiej" nie mogę się identyfikować. To już osobista refleksja aktora, wynikająca z jego własnego życiorysu.

"Andrzej Seweryn: Patriotyzm może być czymś pięknym, o ile nie przybiera skrajnej formy. Nie widzę nic złego w tym, że ktoś kocha swój kraj. Patriotyzm jest pracą, aby życie wokół nas było lepsze, otwarte na świat, na innego. Patriotyzm nie może wykluczać. A mówienie komuś, że nie jest patriotą? Czy jest jedna definicja, według której niektórzy decydują, kto jest, a kto nie jest Polakiem?
Proszę mi dać przeżywać patriotyzm tak, jak chcę. Proszę mi pozwolić również kochać mój język"


Zgadzam się całkowicie z tą wypowiedzią Andrzeja Seweryna - z tym, że ja wcale nie mam zamiaru prosić.

Ci, którzy doprowadzili do obecnej sytuacji, nie pytali nas o pozwolenie na swoje działania.
Oni je nam narzucili i narzucają nadal, więc słowo "proszę" ja odbieram jako zbyt łagodne.
Oczywiście rozumiem jego użycie w tym kontekście - Andrzej Seweryn jest znaną postacią i zdaje sobie sprawę z odbioru każdej swojej wypowiedzi. A że jest człowiekiem, jak to się kiedyś mówiło "na poziomie", wypowiada się w sposób kulturalny.

Ja natomiast, podlegając w kwestiach patriotyzmu dużym emocjom,  jako zwykła obywatelka swojego państwa mogę powiedzieć bardziej dosadnie.
Nie chcę i nie zgadzam się, aby ktokolwiek narzucał mi jak mam myśleć i jak mam kochać swoją ojczyznę.
Jedyne co mogę zrobić, aby zamanifestować swój sprzeciw, to świadomy udział w kolejnych wyborach.
Chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że wpływu na wybierane władze jako jednostka nie mam żadnego.

czwartek, 24 stycznia 2013

Matki w powstaniu: "Noce i dnie"


"Bogumił chował się zdrowo, a mając piętnaście lat wziął z ojcem udział w powstaniu 1863 roku.
   Do powstania Michał Niechcic przystał też nie wtedy, kiedy to zostało postanowione przez ziemiaństwo, ale od razu na początku, razem z mieszczaństwem, inteligencją miejską, rzemieślnikami i różnego rodzaju młodzieżą. Jego udział w walkach był o tyle wybitny, że po klęsce Jarosty zostały skonfiskowane, a on sam zesłany na Syberię. Żona podążyła za nim. Syna, Bogusia, wzięli pod opiekę krewni, jedni z tych, którzy potomstwo Macieja Niechcica uważali za rodzinę wairatów.. Obowiązki wychowawcze wobec powierzonego im młodzieńca pojmowali w taki sposób, że Bogumił po niejakim czasie uciekł od nich, i to tak akuratnie, że ślad po nim zaginął. Przez ten czas pani Florentyna pochowała w dalekich tajgach męża, wróciła do Polski i opłakawszy zaginionego syna została gospodynią w pewnym znajomym dworze."

"Owdowiawszy pani Jadwiga Ostrzeńska za namową seniora rodu, bogatego radcy Joachima Ostrzeńskiego, poczuwającego się do opieki nad rodziną lekkomyślnego krewniaka, przeniosła się do miasta gubernialnego Kalińca. Otworzyła tam stancję dla uczniów kształcąc zarazem i wychowując z wielkim trudem własne swe dzieci. Po roku takiego życia wybuchło powstanie 1863; wszyscy chłopcy ze stancji, nie wyłączając najstarszego Ostrzeńskiego, Daniela, poszli do lasu. Pani Jadwiga zbiedniała wtedy do reszty i musiała zmienić obszerne mieszkanie na pokoik z poddaszem oraz wyprzedać nieomal wszystkie meble. Ani na chwilę jednak nie podupadła na duchu i ani na chwilę nie dopuściła, by dzieci przestały się uczyć. Smutne doświadczenia młodych lat rozczarowały ją do honorów i korzyści płynących z majątku lub urodzenia. Wierzyła tylko w wykształcenie. (...) Gdy powstanie upadło, a Daniel ranny w nogę, wrócił ostatecznie do domu, pani Jadwiga poruszyła wszystkie możliwe stosunki, aż do znanego radcy Joachimowi kalinieckiego wicegubernatora włącznie - aby synowi umożliwić ukończenie gimnazjum, a potem wstąpienie do Szkoły Głównej. Lękliwa i niepewna siebie z natury - stawała się zażartą i nieugiętą, gdy szło o pokonanie szykan albo trudności związanych z kształcenie dzieci. Pod tym względem była gotowa na największe ofiary i upokorzenia, aż do wstrętnego jej szukania protekcji u czynników rządowych. Tylko pomocy materialnej nigdy u nikogo nie przyjmowała - pod tym względem była niemile i opryskliwie dumna..."

Maria Dąbrowska "Noce i dnie", t. 1 (Bogumił i Barbara)

środa, 23 stycznia 2013

Kobieta w powstaniu - Maria Piotrowiczowa


Maria Piotrowiczowa jest patronką XIII Liceum Ogólnokształcącego w Łodzi - szkoły, obok której wielokrotnie przechodzę.
Kim była ta kobieta nie wiedziałam dość długo. Dopiero idąc śladami nazw i tablic, które mijam w mojej dzielnicy, zainteresowałam się bliżej losami tej bohaterki powstania.
Zginęła w walce, mając zaledwie 24 lata. Pochodziła z zamożnej ziemiańskiej rodziny (posiadającej dobra ziemskie w okolicach Łodzi)  i mogła dożyć starości w spokoju  i dobrobycie. Wybrała drogę walki patriotycznej, która przyniosła śmierć i upadek rodziny.

Postawa patriotyczna Marii nie wzięła się znikąd - wuj należał do spisku inicjującego powstanie listopadowe, ojciec powstańcem z 1831 roku.  Wystawił własny poczet zbrojny, brał udział w potyczkach, był ranny.
Maria wyszła za mąż w wieku 17 lat za Konstantego Piotrowicza, który był nauczycielem z Chocianowic (obecnie w granicach administracyjnych Łodzi). Konstanty  był ideowcem  - przyjął posadę nauczycielską od zaborcy, aby móc bezinteresownie szerzyć idee narodowe i wolnościowe wśród młodzieży pochodzącej z uboższych klas. Maria i jej mąż byli  dobranym małżeństwem, ich postawy ideowe były zgodne, oboje działali w organizacji narodowej na terenie Łodzi.

Wieści o klęskach powstańczych przyczyniły się do decyzji Marii o dołączeniu wraz z mężem i częścią służby z folwarku do bezpośredniej walki w oddziale. Obcięła włosy, jej strojem stała się powstańcza czamarka. Oddział powstańczy składał się kilkuset osób: kosynierów, strzelców i ułanów. Maria nie od razu stanęła do walki liniowej, początkowo pełniła służbę pomocniczą.

Niestety, trzeba otwarcie powiedzieć, że rozbicie oddziału to skutek błędów, zaniedbań i lekkomyślności dowódców. Oddział został wytropiony przez garnizony rosyjskie po demonstracyjnym przemarszu przez  miasta ziemi łódzkiej. 24 lutego 1863r. powstańcy zostali zaskoczeni, bo nie wystawiono wart i nie wysłano zwiadów. W okrążeniu powstańcy musieli podjąć walkę.
Bitwa pod Dobrą trwała kilka godzin, powstańcy odparli dwa ataki kozaków, trzeci atak to już tylko chaotyczna obrona. Część powstańców wymknęła się z okrążenia. Jednak Maria walczyła do końca, nie chciała się poddać, chociaż rosyjscy oficerowie jej to proponowali. Broniąc oddziałowego sztandaru zabiła jednego kozaka, drugiego raniła, trzeciemu zabiła konia. Sama zginęła pod szablami kozaków, którzy dodatkowo kłuli jej martwe już ciało szablami i pikami. Zakrwawione strzępy tego ubrania były przechowywane przez rodzinę jako cenną relikwią. Nawet po śmierci Maria nie mogła bez przeszkód zostać pochowana, bo Rosjanie zażądali okupu za wydanie ciała i pozwolenie na przewiezienia go do dworu.
Tragizmu dopełnia fakt, że jak się później okazało, w chwili śmierci Maria była w bliźniaczej ciąży.
Jej mąż, ciężko ranny w bitwie, miał szansę przeżyć pod warunkiem unikania głębokich wzruszeń. Znalazł się w szpitalu w Łodzi, prowadzonym przez Komitet Kobiet. Nie wiedział o śmierci żony, ale prawda dotarła do niego wraz z biciem kościelnych dzwonów. Dowiedział się, że wraz z innymi poległymi powstańcami zostanie pochowana także ona. Gdy Konstanty zapytał, komu tak dzwonią, jedna z pielęgniarek bez zastanowienia powiedziała: "dla pańskiej żony tak wspaniały pogrzeb". Po tych słowach Konstanty zmarł na atak serca na rękach żony powstańczego naczelnika miasta pani Zajączkowskiej.

Tragedię rodziny Piotrowiczów dopełniły ogromne kontrybucje, którymi Moskale okładali ich dwór. Matka Marii musiała sprzedać majątek.

Śmierć Marii Piotrowiczowej odbiła się szerokim echem wśród Polaków i prawdopodobnie dlatego Wydział Wojny Rządu Narodowego wydał zakaz przyjmowania kobiet do służby liniowej. 

wtorek, 22 stycznia 2013

Rocznica...

Dzisiejsza data jest szczególna w naszym polskim kalendarium.
Historycznie uznany dzień 22 stycznia 1863 roku za początek powstania przeciwko carskiemu zaborcy - powstania nazwanego później Styczniowym.


Artur Grottger "Kucie kos" 1863

To już 150 lat od tamtych wydarzeń - dużo, czy mało w świadomości narodowej?
Według mnie zbyt dużo, biorąc pod uwagę późniejszą historię Polski, a dokładniej czas po II wojnie światowej. Czas kolejnego wyparcia z pamięci, przemilczenia, zniekształcenia...

Przez 8 lat chodziłam do szkoły, której patronem był Romuald Traugutt.

I nie pamiętam żadnych szczególnych działań ze strony nauczycieli, pozwalających uczniom poznać bliżej Traugutta jako człowieka. Wtedy nie było jeszcze w szkołach  izb pamięci, poświęconych danemu patronowi.
A gdyby nawet były, to pewnie taka izba w mojej szkole byłaby równie tendencyjnym tworem, jak obowiązujące nas wtedy podręczniki do nauki historii. Wszystko, co łączyło się z w naszej historii z "bratnim narodem radzieckim" (samo to określenie już wystarczy za przykład zniewolenia umysłów), było w przedziwny sposób przekręcane jak przez maszynkę do mięsa.
Naprawdę, trzeba było dużo starań, żeby na każdym kroku dopasowywać rzeczywistość do wytycznych i zaleceń ocenzurowanej historii. 


 źródło
 
Artur Grottger "Obrona dworu" 1863

Dziś, tzn. w roku 2013, doszły do skutku obchody tej rocznicy. Doszło do przypomnienia tego fragmentu naszej historii. Ale niestety znowu mamy do czynienia z naszym polskim piekiełkiem.
Jak w czasach Polski Ludowej zniekształcano i wypaczano przyczyny, przebieg i skutki Powstania Styczniowego, tak teraz mamy do czynienia z dwoma, jeszcze gorszymi chyba zjawiskami.
Jedno to zawłaszczanie prawa do obchodów w ramach paskudnych koniunkturalnych podziałów politycznych na "prawdziwych i nieprawdziwych Polaków-patriotów". Czego ja nie uznaję i od czego się całkowicie odcinam.
Drugie - to kolejne (jak w przypadku Powstania Warszawskiego) krytykowaniem sensu wybuchu powstania, zohydzanie jego idei, odsuwanie się od "przegranych".
Kiedy w pewnej stacji tv usłyszałam fragment wywiadu ze znanym kanapowym politykiem w muszce, śmiejącym się głupkowato przy wypowiedzi, że "on nie obchodzi rocznic przegranych spraw, a ta była z góry skazana na przegraną" miałam dosyć... Dosyć wysłuchiwania bzdur wylewających się z publikatorów (to określenie z PRL-u, ale akurat dobrze pasujące).

Kilka następnych wpisów chcę poświęcić obecności Powstania Styczniowego w naszej literaturze i życiu naszych pisarzy. Nie będzie to jakiś całościowy przegląd, ale kilka wybranych pozycji.

A dzisiaj w TVP Historia  kilka programów tematycznych (są powtarzane także w następnych dniach):

- Widowisko "Pieśni powstania styczniowego"
- Film fabularny "Desperacja" (1988) - w zapowiedzi czytamy:  "Film określany był jako hybryda, zawierająca elementy aż czterech gatunków - melodramatu, filmu historycznego, sensacyjnego oraz dramatu psychologicznego". Kiedyś go obejrzałam i rzeczywiście to dziwny film, nie najwyższych lotów.
- Film dokumentalny "Fotografie z powstania styczniowego"
- Film dokumentalny "Rok 1863"
- Felieton "Powstanie styczniowe w sztuce"
- Film fabularny "Wierna rzeka" (1936)
- Felieton "Siła tradycji - Powstanie styczniowe"

Artur Grottger "Pożegnanie powstańca"1866

czwartek, 17 stycznia 2013

Ilustracja historii

Nie od zawsze interesowała mnie historia. W swoich szkolnych, a nawet studenckich czasach nie mogłam zrozumieć, jak można interesować się tym przedmiotem. Do tego stopnia, żeby wybrać taki kierunek studiów - jak to zrobił mój tata. Książki i podręczniki były mało atrakcyjne, najczęściej z samym tekstem, z marnymi ilustracjami. Oglądałam skrypty studenckie taty z lat 50-tych  z zakresu archeologii. Naprawdę, mało zachęcające do zgłębiania tej wiedzy.
Grzebiąc ciągle w bibliotece dziadków wyjmowałam, przestawiałam (czasem upychałam) dziesiątki książek o tematyce historycznej, nigdy do nich nie zaglądając. Mogłam chyba brać udział w konkursie na rozpoznawanie książek po okładkach, większość zapamiętałam do dziś.
Nie lubiłam historii jako przedmiotu w szkole, bo lekcje były nudne, bo zawalano nas pamięciowym wkuwaniem dat i nazwisk, bo wydarzenia były niezrozumiałą plątaniną nic nie mówiących miejsc, niezrozumiałych decyzji, mało ciekawej dla dziecka polityki.

Tak naprawdę uświadomiłam sobie przyczyny mojej niechęci historycznej, gdy byliśmy z mężem w latach 70-tych w naszej pierwszej wspaniałej podróży "na Zachód". W Pompejach, na ulicznych straganach  oglądałam przeróżne albumy, książki, przewodniki turystyczne - wspaniale wydane.
O takim poziomie technicznym druku mogliśmy w Polsce tylko marzyć. I tam właśnie zobaczyłam albumy ze zdjęciami wybranych obiektów, a przed każdym zdjęciem przezroczysta kartka-nakładka z kolorowym nadrukiem stanu pierwotnego budowli - sprzed wybuchu Wezuwiusza.
To było TO, strzał w dziesiątkę - coś co pobudza wyobraźnię, zachęca do poznawania dawnych dziejów, daje jakiś obraz tamtej rzeczywistości.
Teraz to nic nadzwyczajnego - mamy internet, komputerowe cuda w zakresie wizualizacji, a do kompletu jeszcze grupy rekonstrukcyjne odtwarzające w zabawie dawne dzieje. Coś, co dla mnie zawsze było najbardziej interesujące - życie codzienne ludzi.
Będąc wtedy we Włoszech szybko znudziły mnie kolejne kościoły i muzea - apogeum nastąpiło we Florencji, gdzie natłok wrażeń mnie pokonał. W Galerii Uffizi, gdzie można dostać oczopląsu i nie wiadomo, na czym skupić uwagę: na podłodze, na ścianach, na suficie? Teraz jednym kliknięciem mogę wstawić tu ten chociażby obrazek

ale wtedy oglądałam takie zbiory w jednym miejscu po raz pierwszy, więc zrozumiałe , że byłam ogłuszona. Tu akurat podłoga była najmniej interesująca, ale w innych salach było co oglądać pod nogami. Lekko się zbuntowałam, bo chciałam oglądać życie ludzi, zwykłe domy, a nie setki posągów i obrazów, których już nie byłam w stanie podziwiać. Wiadomo, co za dużo...

Od tamtego czasu jednak wiele się zmieniło i mamy możliwość techniczną przywołania obrazów przeszłości (przynajmniej w zbliżonej wersji). To daje między innymi film. Coraz bogatsza, bardziej szczegółowa scenografia i wplatane w akcję różnorodne scenki rodzajowe wzbogacają nasz odbiór. Właściwie powinnam pisać "mój odbiór", bo to moje własne odczucia. Kiedy oglądam film, którego akcja dzieje się przed wiekami i widzę na ekranie tamtą "codzienność" na równi z politycznymi dyskursami bohaterów zupełnie inaczej odbieram fabułę.
To bogactwo szczegółów rozwijało się z biegiem lat i nierozerwalnie związane było (i jest) z finansami.
Jakże ubogie pod względem scenografii są polskie filmy historyczne sprzed lat - to nie jest zarzut, ale tylko stwierdzenie smutnego faktu.

Najbardziej chyba zachwycił mnie film "Dziewczyna z perłą" - coś w nim jest... coś szczególnie malarskiego, co wyróżnia go wśród podobnych produkcji.


A dochodząc do sedna sprawy - temat posta wywołała kolejna emisja w telewizji filmu "Zakochany Szekspir".
Trafiłam przypadkowo i obejrzałam raz jeszcze, skupiając uwagę na stronie ilustracyjnej właśnie.
Nie traktuję filmów jako wiarygodnych źródeł wiedzy, ale dają one jakąś wersję dawnej rzeczywistości.
Kreują pewien obraz, działający na wyobraźnię.
To dla mnie ma duże znaczenie, gdy czytając książkę, mogę w jakiś sposób umiejscowić jej bohaterów. Osadzić w konkretnych realiach, zobaczyć ich świat.
Film "Zakochany Szekspir" - komedia romantyczna w historycznych ramach,  wyciągnął z półki  tę książkę


opowieść biograficzną (jak ją nazwał sam autor).
To rzeczywiście jest opowieść bez dialogów, którą się dość łatwo czyta - szczególnie, gdy to lektura dla przyjemności i nie musimy po niej zdawać egzaminu. Nie jest nudnym podręcznikiem akademickim, ale jednak wymaga pewnego skupienia uwagi przy lekturze i pewnej ogólnej chociażby wiedzy historycznej. Co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę osobę autora - profesora filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim. W opowieść o życiu wplecione są wątki dotyczące poszczególnych utworów Szekspira, a po drodze czytelnik przekopuje się przez dziesiątki nazwisk z tytułami, dat i miejsc.

I czy nie ułatwia tej wędrówki kolorowy obraz magicznej sztuki filmowej?

Na końcu książki (obok drzewa genealogicznego, bibliografii oraz ilustracji) znajdujemy ten

Epilog

Lubię myśleć nie o tym, jak Shakespeare
                                                          w Londynie
Za dobrych starych czasów, dziś okrytych pleśnią,
Czarował czytelników miłosną swą pieśnią,
Burbae`a i Jonsona wykpiwał przy winie,

Jak szaleństwa stolicy wyśmiewał w komedii,
Jak Romea i Julii opłakiwał losy,
Jak Leara rozpaczliwie chwytał uchem głosy, 
Jak Desdemony kreślił straszną śmierć w tragedii.

Wielkie to były czasy, lecz je precz odrzucił
I zamyślony, cichy, do Stratfordu wrócił,
Jego szedł uliczkami, wiedząc, że za chwilę

W starym kościele spocznie, pod głazem, w mogile.
O tym ja lubię myśleć Shakesperze
                                                     w Stratfordzie,
Jak róże ścina, jak rwie jabłka w swym ogrodzie.      
                                                                  Edmund Kerchever Chambers

Stanisław Helsztyński "Shakespeare", Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1974

niedziela, 13 stycznia 2013

Pierwszy odcinek - rozczarowanie

Obejrzałam pierwszy odcinek serialu "Szpiedzy w Warszawie.
Serialu entuzjastycznie reklamowanego w TVP, serialu polsko-brytyjskiego, brytyjsko-polskiego ... no właśnie, jaka to oficjalnie produkcja?


Nieoficjalnie, czyli dla mnie to głównie produkcja brytyjska - a największym rozczarowaniem jest brak polskiego klimatu. Chociaż zdjęcia kręcono w Polsce, to film jest typowo angielski.
Aktorów polskich - niewielu, a jeśli są , to tak dziwacznie ucharakteryzowani (Anna Czartoryska), że trudno ich poznać. Nie wystarczy dobry warsztat scenografa, kostiumologa i fryzjera, żeby odtworzyć klimat i życie przedwojennej Warszawy.

Tu mogę powtórzyć swoje zdanie o ekranizacjach literatury rosyjskiej przez zagranicznych reżyserów. Filmy o Polakach i o Polsce nie są łatwe do zrobienia.

W porównaniu ze świetnym serialem "Pogranicze w ogniu" , zrealizowanym przed laty w o wiele skromniejszych warunkach, "Szpiedzy..." na wstępie rozczarowują.

Pierwszy odcinek zniechęcił mnie do dalszego oglądania, do tego przyczynił się również okropny dubbing -  może jeszcze spróbuję obejrzeć drugi odcinek.

niedziela, 6 stycznia 2013

Różne powody przerywania czytania...

Odwiedzając blogi książkowe często trafiam na recenzje/wpisy dotyczące książek, których tytuły są mi znajome.
To oczywiście nie dotyczy nowości. Zaczynam czytać posta, dochodzę do tytułu - "przecież mam tę książkę u siebie", albo "pożyczyłam i oddałam nie przeczytaną".
Dzisiaj tak właśnie przypomniała mi się "Staroświecka historia" Magdy Szabo, u Książkozaura na tropie.
"Nowość" (bo kupiłam nowiutką w księgarni), która stoi u mnie na półce ponad 30 lat. Wydana przez poważne wydawnictwo, czyli Państwowy Instytut Wydawniczy - zszywane kartki, twarda oprawa, lakierowana obwoluta... ale cóż z tego, skoro ma fatalny druk. Chyba wtedy z powodu kłopotów z papierem tekst jest tak koszmarnie ściśnięty, że odstrasza po pierwszych próbach czytania. To nie chodzi nawet o wielkość czcionki (chociaż ma dla mnie znaczenie), ale o odstępy między zdaniami. Tych odstępów prawie nie ma i poszczególne wyrazy włażą jeden w drugi zlewając się przed oczami. Nie mogę się skupić na treści, jeśli muszę oddzielać poszczególne zdania od siebie. W tej przegranej walce muszę chyba posłużyć się lupą, jeśli chcę książkę przeczytać.

Najbardziej prozaiczną (nomen omen)  przyczyną rezygnacji z dalszej lektury jest oczywiście coś, co można nazwać różnie: znudzeniem, utratą zainteresowania, przewidywalnością prymitywnego zakończenia, albo jeszcze inaczej.

Dla mnie jako czytelniczki najbardziej przykre są sytuacje, gdy nie mogę czytać książki ze względów emocjonalnych. Taką sytuację przeżyłam w ubiegłym roku, gdy oddałam wypożyczoną książkę właściwie nie przeczytaną. To "Wspomnienia z Kornwalii" Zofii Kossak.


W notce od wydawcy (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007), czytamy:

"Wspomnienia z Kornwalii, ukazujące się blisko 40 lat po śmierci pisarki, to przejmująca opowieść o nieznanym okresie życia Zofii Kossak, która, zmuszona po wojnie do opuszczenia kraju, próbowała wraz z mężem Zygmuntem Szatkowskim znaleźć swoje miejsce do życia na Wyspach Brytyjskich.
   Wyjątkowo trafne obserwacje środowiska emigracyjnego i brytyjskich farmerów, sąsiadów z Trossell Farm.
   Świadectwo siły przetrwania, pracowitości, patriotycznej postawy, wreszcie - życia w harmonii z przyrodą i zwierzętami. "Gdy opowiadam, że karmiłam świnie lub poiłam cielęta, a Zygmunt doił krowy i wyrzucał nawóz - nie chcą nam wierzyć".
   Książka łączy w sobie walory opowieści biograficznej, wzbogaconej fragmentami listów do dzieci przebywających w Londynie i w Szwajcarii, oraz żywej, pełnej barwnych szczegółów kroniki bytowania na farmie w Kornwalii."
Nie mogłam skupić się na lekturze tych wspomnień, których nie powinno być.
Polska inteligencja nie powinna być zmuszona do przymusowej emigracji po rzekomo wygranej wojnie. Ludzie stworzeni do twórczego działania, obdarzeni artystycznym talentem  nie powinni być zepchnięci do roli prostych pracowników fizycznych w obcym kraju. W kraju, którego rodowici obywatele w większości traktują imigrantów z nieufnością, lekceważeniem, a nawet pogardą.
   Dlaczego to ich spotkało? dlaczego każde kolejne pokolenie było tak poranione? a po ostatniej wojnie szczególnie dotkliwie, bo przez "swoich". Tych swoich Polaków, którzy zmusili pisarkę do tułaczki...

Książki nie przeczytałam w całości, ale chciałam o niej napisać, że jest...