niedziela, 29 grudnia 2013

"Anna German o sobie" - czy rzeczywiście?

Serial rosyjskiej produkcji przypomniał, a chyba częściej przedstawił nieznaną młodszym widzom Annę German.
Nie będę nieszczerze dołączać do zachwytów nad piosenkami, bo chociaż cenię talent artystki, to nie należałam nigdy do Jej wielbicieli. Może byłam zbyt młoda, aby docenić wartość głosu..., bo właśnie o ten głos tu chodzi. Głos, który zachwyca i wzrusza wielu słuchaczy mnie drażnił, nie lubiłam go. Sposób śpiewania Anny German, ta specyficzna wysokość głosu mnie wręcz zniechęcała do słuchania.
Czas największej popularności tych piosenek, gdy były one przebojami i często nadawano je w radio, to czas moich -nastu lat. Naturalne było, że nie zachwycały mnie wtedy przeboje pokolenia moich rodziców i gwiazdy estrady, które je śpiewały - Irena Santor, Halina Kunicka, Joanna Rawik, Stenia Kozłowska, Sława Przybylska...
To nie był repertuar dla nastolatek - my słuchałyśmy piosenek młodzieżowych zespołów i wokalistów, zapisując w zeszytach kolejne notowania listy przebojów.
A piosenek "starszych pań" nie lubiłam słuchać nie ze względu na melodię lub tekst, ale właśnie z powodu głosu i interpretacji. Pamiętam, jak wręcz nienawidziłam sposobu, w jaki "mordowała" Chopina Joanna Rawik w piosence "Romantyczność". Jak ja nie znosiłam tego głosu!
Teraz, po latach, oczywiście inaczej odbieram tamte stare przeboje. A oglądając serial również inaczej słuchałam piosenek Anny German.

Książka Marioli Pryzwan nie jest klasyczną biografią, ani książką z typu wspomnieniowego. To zbiór wypowiedzi  piosenkarki, dokumentów i fotografii, dobranych tematycznie do kilkudziesięciu tytułów. Największą wartością są według mnie zdjęcia i skany dokumentów.
Natomiast treść wypowiedzi samej Anny German... no cóż... mówiąc ogólnie: ocenzurowany życiorys.
Nic zresztą dziwnego, skoro wszystkie są cytatami z wywiadów. A wiadomo, że wtedy drukowane w prasie, emitowanie w radio wywiady nie były puszczane "na żywioł".
Te krótkie wypowiedzi, w większości 2-3 zdaniowe, są powyrywane z większych całości (pod każdą jest podane źródło), co wcale nie daje dobrego efektu. I cały czas ma się to uczucie sztuczności, wygładzenia, ogólnikowości, przemilczenia.

Książkę traktuję jako uzupełnienie serialu, bo według mnie sama w sobie nie daje możliwości prawdziwego poznania Anny German. Chociaż i ten serial nie jest najlepszym źródłem wiedzy. Jednak lepszy taki, niż żaden.

Mistrz muzycznej magii

Zmarł Wojciech Kilar - polski kompozytor, którego muzyka filmowa jest wspaniałym elementem każdego dzieła, które współtworzy.


Napisałam o współtworzeniu filmu, bo dla mnie muzyka w filmie nie jest "podkładem", ani tłem" (jak to często się określa). Muzyka jest równie ważną częścią jak obraz i słowo.
Ja szczególnie mocno odbieram muzykę, może dlatego także, że oprócz wrodzonej wrażliwości na piękno dźwięków mam także trochę własnych umiejętności  w grze na instrumencie (fortepian). Ważne było w mojej filmowej edukacji czasu dorastania poznawanie polskich filmów lat 60-tych, ze wspaniałą muzyką jazzową naszych najlepszych twórców.

Dorobek filmowy Wojciecha Kilara to długa lista bardzo dobrych i znaczących w polskiej kinematografii  tytułów, a jeśli jakiś film odbieram jako mniej wartościowe dzieło  (po prostu mnie się niezbyt podoba) to Jego muzyka zawsze jest wartościowa.

- "Nikt nie woła" (1960)
- "Tarpany" (1961)
- "Milczenie" (1963)
- "Ktokolwiek wie..."
- "Sól ziemi czarnej" (1969)
- "Perła w koronie" (1971)
- "Paciorki jednego różańca" (1979)
- "Śmierć jak kromka chleba" (1994)
- "Giuseppe w Warszawie" (1964)
- "Późne popołudnie" (1964)
- "Morderca zostawia ślad" (1967)
- "Salto" (1965)
- "Chudy i inni" (1966)
- "Marysia i Napoleon" (1966)
- "Sami swoi" (1967)
- "Westerplatte" (1967)
- "Lalka" (1968)
- Struktura kryształu" (1969)
- "Iluminacja" (1972)
- "Bilans kwartalny" (1974)
- "Barwy ochronne" (1976)
- "Spirala" (1978)
- "Kontrakt" (1980)
- "Cwał" (1995)
- "Persona non grata" (2005)
- "Rejs" (1970)
- "Ziemia obiecana"
- "Kronika wypadków miłosnych" (1985)
- "Pan Tadeusz" (1999)
- "Trędowata" (1976)
- "Przypadek" (1981)
- "Pianista" (2002)
- "Przygody pana Michała" (1969)
- "Rodzina Połanieckich" (1978)

sobota, 28 grudnia 2013

W krainie wiecznej zimy

"Oczekiwałem drżenia lodowca, ale ten wstrząs przewyższył wszystko, co mogłem sobie wyobrazić. Przeniesiony lodem, sprawił, że cały drżałem. W jednej chwili pojąłem, że nie było to normalne lądowanie. Nie było to również lądowanie :na brzuchu", ze schowanym podwoziem. Pilot prawdopodobnie źle obliczył wysokość. Zbyt szybko obniżył maszynę. Musiała ulec katastrofie; być może przełamała się. (...)
   Ruszyliśmy natychmiast w drogę pod wiatr. (...)
   Potworne, oślepiające porywy wichury, niosącej lodowy pył, były prawdziwym koszmarem. Moja głowa, pozbawiona maski, marzła, a gardło płonęło. Kaszlałem, mimo że starałem się osłonić usta oraz nos i oddychać bardzo ostrożnie.
   Była to naprawdę piekielna męka. Biegliśmy jednak tak szybko, jak tylko pozwalała nam na to powierzchnia lodu i niezgrabne, futrzane ubiory. Wszak dla ludzi ubranych inaczej niż my życie czy śmierć w tej temperaturze i przy takim wietrze są tylko sprawą czasu. A było przecież możliwe, że samolot został rozpruty na całej długości lub rozłamał się na połowę, wyrzucając na lód tych, którzy przeżyli moment katastrofy. To, co ich oczekiwało na zewnątrz, równało się natychmiastowej śmierci (...)"

Tak rozpoczyna się ta opowieść - od przymusowego lądowania turystycznego samolotu na lodowcu, w pobliżu stacji badawczej. Nie jest to jednak zwykła katastrofa, a wszystkie następne wydarzenia są równie tajemnicze.
Jak zwykle u MacLeana powieść trzyma czytelnika w napięciu do końca, a cała akcja jest pełna zaskakujących zwrotów. Odsuwając jednak na bok wątki sensacyjne, mamy tu pokazaną historię walki o życie w ekstremalnych warunkach - to walka z naturą ludzką i walka z Naturą. Jakże niewiele znaczy człowiek i jego wynalazki w zetknięciu z siłami dużo mocniejszymi.

"Białe piekło tej nocy, męki ciężkich godzin są wspomnieniem, którego nigdy nie wymażę ze swojej pamięci. Nie wiem dokładnie, przez ile godzin, potykając się, posuwaliśmy się po śladach traktora. Wlekliśmy się jak w transie. Mogło to być sześć, osiem, a nawet dziesięć godzin. Nie umieliśmy ich zliczyć i prawdopodobnie już nigdy nie potrafimy zdać sobie z tego sprawy. Każda sekunda stawała się cierpieniem. Mróz, męczący marsz, wyczerpanie psychiczne, palące stopy i pozbawione czucia ręce sprawiły, że każda godzina zamieniała się w wieczność. Nikt z nas nie wierzył, że wytrzyma do końca tej nocy (...)".

Ta książka to oczywiście lektura z gatunku rozrywkowej sensacji, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
Wyciągnęłam ją z półki do grudniowej edycji Trójki E-pik  w kategorii: książka zimowa (zima w tytule/akcja dzieje się zimą) 


W tym miesiącu to mój jedyny udział trójkowy, bo dla pozostałych kategorii czasu nie było. Grudzień to dla mnie miesiąc najbardziej świąteczny i rodzinny, a dodatkowo nie trafiły się pasujące książki. Będąc w bibliotece szukałam nawet odpowiednich książek - nic tanecznego ciekawego nie było, a na półce rosyjskiej cieniutko. Trochę znanych mi starzyzn, nic nowego (pewnie były " czytaniu").
"Noc bez brzasku" to powieść z 1959 roku. Mój egzemplarz został kupiony w roku wydania, czyli w 1990 i wtedy książkę przeczytałam. Ale ponieważ od tego czasu minęły już 23 lata, spokojnie mogę zaliczyć powtórną lekturę.

Ciekawostką jest brak nazwiska tłumacza, czyżby to była studencka praca |"wespół w zespół"?  
Podejrzewam tak dlatego, bo została wydana przez Studencką Oficynę Wydawniczą ZSP w Warszawie, a wydrukowana w... Debreczynie.

Od tamtego czasu nie wracałam do książki, więc to także jest moje odkurzanie.



poniedziałek, 9 grudnia 2013

Urodziny Kirka Douglasa

Kirk Douglas urodził się 9 grudnia 1916 roku, jako Issur Danielovitch Demsky, syn biednych żydowskich emigrantów z carskiej Rosji.Jego życie to klasyczny przykład sukcesu w amerykańskim stylu, w rodzaju "od pucybuta do milionera".

Po raz pierwszy zobaczyłam go w filmie "Spartakus" (1960), co było dla mnie dużym przeżyciem kinowym. Oglądałam bowiem ten film również po raz pierwszy na ekranie szerokości 70 mm w kinie "Bałtyk" (oczywiście w Łodzi).. Wtedy to była nowość na skalę ogólnopolską. "Bałtyk" był pierwszym w Polsce kinem przystosowanym do projekcji szerokoformatowej (modernizacja w 1967). We wszystkich innych kinach oglądaliśmy filmy na małych ekranach, a tu taki wspaniały szeroki obraz. Co miało dodatkowe znaczenie przy filmie panoramicznym. Zapamiętałam nawet cenę biletów - 50 zł, podczas gdy bilety do innych kin były o wiele tańsze.
Oczywiście film wyświetlany był u nas kilka lat później, jak zwykle w przypadku filmów zachodnich "z poślizgiem" czasowym.

Blade cienie dawnej świetności, czyli nic śmiesznego w byczkach.

Nie planuję swojej blogowej pisaniny, więc nie zachowuję proporcji w zachwytach i krytykach, w narzekaniu i zachwalaniu. Jakoś tak samo się to układa, że znowu będzie trochę narzekania.
Jedną z rzeczy, których szczerze nienawidzę są wydawnicze knoty. Doprowadza mnie do szewskiej pasji fakt, gdy w trakcie czytania nagle orientuję się, że zdanie z poprzedniej strony ma jakąś głupią kontynuację na następnej. A już podwójnie jestem wkurzona, gdy sprawa dotyczy kryminału. Nawet tak specyficznego jak to u Joanny Chmielewskiej. Sprawdzam numerację i co widzę? brak kilkunastu stron. I wcale nie przez jakiegoś czytelnika-wandala. Nic nie zostało wyrwane, ani samo nie wyskoczyło. Kartki siedzą mocno - po stronie 208 mamy stronę 225.

No nic... pozgrzytawszy zębami czytam dalej, a tam za chwilę powtórka z rozrywki! Po stronie 240 znowu strona 225 do strony 240.

Gdybym miała nieszczęście posiadania tego egzemplarza na własność, czyli wydałabym na niego dość sporą kwotę 38,99 zł, na pewno nie odpuściłabym wydawnictwu takiego brakoróbstwa. To musieliśmy znosić w głębokim PRL, mamy jednak podobno XXI wiek. Teraz mamy prawo wymagać lepszego podejścia do sprawy, szczególnie gdy książki są zbyt drogie na emerytalną kieszeń. Ale to książka wypożyczona z biblioteki, a wydana prawie 3 lata temu, więc nic nie zrobię. Ciekawe swoją drogą, czy wcześniejsi czytelnicy zgłaszali sprawę oddając książkę.

A rzecz cała dotyczy książki "Byczki w pomidorach".

To jedna z nielicznych powieści Joanny Chmielewskiej, której nie kupiłam. A powody? Moje własne coraz większe rozczarowanie ostatnimi książkami autorki, przeczytałam o "Byczkach..." opinie na blogach, no i znowu kwestia kasy.
Swoją droga jakie to niesprawiedliwe, że dawno temu, w czasach, gdy stać mnie było na książki to tych książek nie było w księgarniach, a teraz sytuacja się odwróciła... dla mnie na gorsze.

Gdybym chciała w punktach określić swoje wrażenia po lekturze, wyglądałoby to tak:
- nie wiem dlaczego taki tytuł, każdy inny byłby równie dobry/niedobry
- mało napięcia sensacyjno-kryminalnego
- nie było okazji, żeby tak naprawdę szczerze się pośmiać
- największe rozczarowanie - kultowy pan Muldgaard, to właśnie ten główny cień dawnej świetności.

Kolejna przegadana, nużąca opowieść napisana chyba (?) współcześnie, z wykorzystaniem starego pomysłu. Akcja dzieje się kilka lat po wydarzeniach, które tworzą "Wszystko czerwone", czyli mniej więcej około 1978-79 roku.
Nie ma jednak sensu dokonywania porównań tych dwóch powieści, bo dzieli je wszystko, tworząc przepaść nie do przebycia. Wszystko w "Byczkach..." wypada na niekorzyść w takim porównaniu. Być może gdybym nie znała najlepszej części twórczości pisarki, a na pewno powieści "Wszystko czerwone", to może łagodniej odebrałabym te nieszczęsne byczki.

niedziela, 8 grudnia 2013

Nie każde wspomnienia mam ochotę czytać

Po wydaniu wspomnieniowej książki córki generała, na blogach pojawiła się seria recenzji i opinii - w większości pozytywna i przychylna. Teraz też co jakiś książka wypływa na którymś blogu.
Głównie podkreślane są zalety pisarskie autorki, znalazłam nawet zachwyty typu "prawdziwa dama".
O samej książce dowiedziałam się z przypadkowo oglądanej w telewizji rozmowy-wywiadu z Moniką Jaruzelską.
Nawet gdybym sama wcześniej zobaczyła ten tytuł w księgarni, to na pewno nie kupiłabym książki, ani nie wypożyczyłabym z biblioteki. Dodatkowo do tej lektury zniechęciła mnie właśnie ta rozmowa i sposób, w jaki autorka mówiła o swoich wspomnieniach.
Nie chodzi mi tu o polityczną ocenę postawy jej ojca - to oddzielam całkowicie, ale o fakt lansowania się właśnie  poprzez pozycję ojca. Prawdę mówiąc bardzo zdenerwowała mnie ta telewizyjna wypowiedź, w której z kulturalnym uśmieszkiem wyższości, czy pobłażliwości  autorka książki mówiła na przykład o jakże "sympatycznych wujkach" z ochrony.
Nie wiem, co zawiera książka i nie chcę wiedzieć, bo sądząc już z samego tytułu, to opowieść o tej konkretnej kobiecie w konkretnym układzie społeczno-politycznym. O właśnie!, to określenie tak wyświechtane propagandowo, samo jakoś mi wskoczyło na klawiaturę. Przecież gdyby nie była córką swojego ojca, kogo interesowałyby jej wspomnienia? Co miałaby do opisania? Zwyczajne życie zwyczajnego dziewczyny/kobiety, która coś osiągnęła w życiu swoją pracą? Nie dałoby się wrzucić na rynek sensacji kolejnej plotkarskiej pozycji - bo to jest dla mnie tytuł plotkarski, gdyby zabrakło całego tła, całej otoczki.
Nie chcę dodatkowo się denerwować wspomnieniami dziewczyny żyjącej w luksusowych warunkach w czasach, gdy większość innych dziewczyn musiała żyć o wiele skromniej. A całe psychologiczne podteksty relacji córka-ojciec do mnie nie trafiają. Wiele z nas miało trudne przeżycia i doświadczenia z wiązane z ojcem i nie musiał to być wysoko postawiony towarzysz, dyrektor, czy inny prominent.

piątek, 6 grudnia 2013

Dlaczego właśnie Irena?

Nie znam prawie wcale współczesnej tzw. literatury kobiecej, ani polskiej, ani zagranicznej. Nie ciągnie mnie do tych czytadeł, a jak już przytrafi mi się taka lektura mam wrażenie straconego czasu. Ostatnio dałam się skusić ciekawej okładce i grubości książki (tak, ulegam temu, bo lubię długie powieści). I wypożyczyłam książkę duetu  pisarskiego matka-córka, czyli Małgorzata Kalicińska i Basia Grabowska.
Podeszłam do lektury bez obciążeń cudzymi opiniami, bo nie pamiętam, czy w ogóle czytałam wcześniej recenzje na blogach. I ponownie przekonałam się, że to nie dla mnie. Czytanie takich powieści nie wciąga mnie, czuję się, jakbym czytała teksty z kolorowych pisemek, coś w rodzaju "Historie z życia wzięte".

Dwutorowość narracji - zabieg autorski, który może podobać się innym czytelnikom, mnie przeszkadzał. Nie lubię takiego skakania od wnętrza do wnętrza dwóch osób.
Nie wiem, dlaczego powieść ma taki tytuł. Irena jest według mnie postacią drugiego planu i to bardzo dalekiego. Nie mamy okazji poznać bohaterki tak dobrze, jak dwóch pozostałych kobiet. Niewiele o niej wiemy, Irena pojawia się głównie w sytuacjach pomocowych, gdy jest potrzebna, albo sama czuje konieczność ingerencji w konflikcie matki z córką, córki z matką. Równie dobrze powieść mogłaby mieć tytuł "Dorota i Jagoda", "Jagoda i Dorota", albo "Trzy kobiety".

Nie będę się rozpisywać i analizować psychologicznie każdą z bohaterek, ale chwilami czułam jakieś zgrzyty. Chociażby to, że Jagoda, niby tak dobrze wykształcona osoba, jest bezmyślnie zachwycona niewolnictwem korporacji. I jeszcze te jej odzywki do matki typu "callnę". Strasznie mnie wkurza takie prostactwo językowe, nie lubię zaśmiecania polszczyzny w żadnej sytuacji..
Powieść bardzo wolno się rozkręca i jak przebrnęłam około 100 stron miałam ochotę ją odłożyć. Przemogłam się i jakoś dalej poszło, tym bardziej, że zaczęłam czytać z dodatkiem spojrzenia na własne życia. A dokładniej na moje relacje z córką i z mężem. Bohaterki są bowiem w naszym wieku, może Dorota jest kilka lat młodsza, ale to nie ma znaczenia. Jej wspomnienia studenckie, nadopiekuńczość w roli matki, współczesne problemy zdrowotne kobiety dojrzałej, relacje z mężem w długoletnim związku - to wszystko jest mi znane z własnego życia. I to jest plus tej lektury, choć nie do końca przyjemny dla mnie. To muszę przyznać, że wywołała u mnie niemiłe refleksje na własny temat. Znowu wydobyły się wyparte z wielkim trudem wyrzuty, że może za mało przytulałam swoje dziecko w niemowlęctwie i że tyle lat byłam taką sekutnicą dla męża, który już zasłużył na aureolę męczennika.
Tak jak akcja ciągnie się na początku, tak podobnie jest rozwlekła pod koniec - z przewidywalnym zakończeniem.
Chyba już wyrosłam z tego typu literatury i jednak wolę biografie, wspomnienia, pamiętniki oraz historię w różnych odsłonach.

środa, 4 grudnia 2013

O Śląsku przy okazji

W minionych latach gierkowskiej propagandy o Śląsku mówiono i pisano w publikatorach dużo i głośno.
A już w grudniu, przy okazji Barbórki, informacje o sukcesach i zdobyczach przemysłu górniczego były zawsze na pierwszym miejscu. Dzieci w przedszkolach i szkołach całej Polski śpiewały piosenki typu "Basia, Barbóreczka, górnicza córeczka", tańczyły trojaka, tworzyły z papieru górniczą czapkę i rysowały węglem. To było programem obowiązkowym. Zespół "Śląsk" prezentował cepeliowską ludowiznę, a nawet Stanisław Jopek z konkurencyjnym "Mazowszem" popularyzował w świecie słynnego "Starzyka".
Nie jestem złośliwa, zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo niebezpieczna i mordercza to praca, ale takie gloryfikowanie jednej tylko grupy zawodowej było źle odbierane przez ludzi. Tworzyły się stereotypy, nie zawsze zgodne z prawdą.
To była propaganda zasłaniająca prawdziwy obraz życia ludzi na Śląsku.
A chyba tylko bezpośrednie kontakty dają szansę prawdziwego poznania ludzi i ich życia.
Uczyliśmy się w szkole suchych faktów i dat, coś nam brzęczało w uszach o śląskich książętach, śląskich powstaniach, górze Świętej Anny i Korfantym. Ja sama, nie mając rodziny lub znajomych na Śląsku, poznawałam go tylko przez pośrednie źródła - książki i film.
Na pewno w zakresie filmowym największe zasługi ma Kazimierz Kutz, którego filmy fabularne stworzyły pewien obraz Śląska. Tematy śląsko-górnicze pojawiały się także w filmach telewizyjnych, wtedy odbierałam je jako jeszcze jedną propagandową agitkę.

Trochę inaczej odebrałam serial telewizyjny z roku 1983 "Blisko, coraz bliżej". Ten serial, z bardzo dobrą obsadą aktorską, to był ciekawy dla mnie obraz nieznanej części historii i kultury polskiej. Dzięki niemu mogłam poznać trochę tamtego świata, z jego codziennością, zwyczajami i tradycjami.
Wkrótce po emisji telewizyjnej ukazała się wersja książkowa (w czterech częściach).
Ta książkowa opowieść nie jest literaturą wysokiego lotu, jak to najczęściej było w przypadkach przeniesienia scenariusza filmowego do formy powieściowej.
To właściwie nadal scenariusz pisany chropawym, ciężkim językiem rodem z broszury agitacyjnej, trochę udający powieść.

"Blisko, coraz bliżej" to opowieść o rodzinie Pasterników - począwszy od roku 1863, aż do momentu zakończenia II wojny światowej.

Pokazuje losy polskiej rodziny uwikłanej w polityczne wydarzenia, uczestniczącej (często wbrew swojej woli) w tworzeniu historii - tej małej i tej wielkiej.  
Nie wchodzę w szczegóły zgodności z historycznymi faktami - nie jestem w stanie tego szczegółowo wyśledzić, zresztą wcale nie czuję takiej potrzeby.  

Ten filmowy obraz nie jest podręcznikiem historii. Dla mnie jest ciekawym źródłem wiedzy o ludziach i ich życiu na Śląsku na przestrzeni ponad osiemdziesięciu lat. To na pewno już obraz miniony; rzeczywistość, która stała się przeszłością w sytuacji, gdy kopalnie węgla nie skupiają wokół siebie życia całej społeczności.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Tuwim w tramwaju

Jechałam dziś sobie tramwajem... było pięknie i słonecznie, a z każdym kolejnym przystankiem tramwaj pustoszał coraz bardziej (to lubię, kiedy jest pusto - po latach tłoku cieszę się bardziej komfortową jazdą). Zawsze jadąc w takim pustym tramwaju patrzę za okno (nigdy nie czytam, wolę obrazki za oknem). Nawet te same, znane od wielu lat widoki, są dla mnie przyjemnością. Szczególnie gdy tramwaj wydostaje się z zatłoczonych ulic i wjeżdża w okolice ogrodów i domków jednorodzinnych. Patrzę na te ogrody i na te domki całe swoje życie, dostrzegam zmiany które zachodzą w ich wyglądzie. Tutaj pory roku są prawdziwe, a kolory naturalne. Lubię te chwile oddechu, zamyślenia, a nawet takiego bezmyślnego zagapienia.
Niestety, tym razem rzeczywistość zaskrzeczała mi za plecami odgłosem jakiejś osoby o nieznanym wyglądzie - wolałam się nie oglądać za siebie, bo może mogłam piorunować wzrokiem.
Owa osoba zaczęła najpierw mocno szeleścić opakowaniem, a potem zaczęła pożerać COŚ (podejrzewam jakieś kruche ciastka w rodzaju "suszu konferencyjnego", jak je nazywa mój mąż). Pożerała i głośno, w obrzydliwy sposób ciamkała! Nie chcąc się denerwować zbędną w takich sytuacjach pyskówką (niedawno czytałam w sieci dyskusję na temat jedzenia w warszawskiej komunikacji miejskiej), wstałam i przesiadłam się jak najdalej od ciamkającej osoby. Ktoś powie, że i tak dobrze, bo mogła ciamkać śmierdzącym na kilometr fastfudem, plując sosem po okolicy.

W pewnym momencie spojrzałam na oparcie siedzenia przed sobą... a na nim taka oto kartka z dobrze znanym wierszem


A na kolejnym oparciu w drugim rzędzie


Nie miałam z sobą aparatu fotograficznego, więc w domu wyszukałam zdjęcia na tej stronie.
W informacji o tej akcji czytam, że trwa od maja - widać niezbyt jest rozpowszechniona, bo ja spotkałam się z nią dopiero dzisiaj. A jeżdżę tramwajami regularnie.

sobota, 30 listopada 2013

Było... minęło... (13) - Literackie Zaduszki

Tej kategorii listopadowej Trójki E-pik nie mogłabym opuścić, bo to moja propozycja, która wygrała w głosowaniu. I bez namysłu wybrałam książkę Edmunda Niziurskiego.


Posty o książkach mojej ulubionej autorki Joanny Chmielewskiej i tak planowałam, niezależnie od faktu Jej niedawnego odejścia. Natomiast kontakt z pisarstwem Niziurskiego to bardzo odległa przeszłość w moim czytelniczym życiu. Czytałam coś w dzieciństwie i później już nigdy do tych lektur nie wracałam.
A z Markiem Piegusem było jeszcze inaczej.
Moja znajomość tej postaci to obraz filmowej, a właściwie telewizyjnej wersji. Do samej książki wtedy nie dotarłam, w 1985 roku kupiłam kolejne VII wydanie z myślą o przyszłej biblioteczce dla mojej córki i  kto by pomyślał, że przeczytam książkę dopiero w 2013 roku!

Oglądałam ten serial właśnie wtedy, gdy po raz pierwszy był nadawany w telewizji. Oglądałam z przejęciem, mocno przeżywając przygody Marka, bo to był film o nas, o dzieciakach w tym samym wieku. Nie miało większego znaczenia, że bohaterami byli prawie sami chłopcy, miałam przecież właśnie takich kolegów w klasie. Ważniejsze było to moje pierwsze spotkanie z wątkiem kryminalnym, ze światem przestępczym w produkcji dla dzieci. Nie zwracałam uwagi na realia, bo to była nasza rzeczywistość, więc wtedy nic ciekawego. Skupiałam się  wyłącznie na akcji, z niecierpliwością czekając na kolejny odcinek.
Zapamiętany na zawsze klimat sensacji wspomagany charakterystyczną muzyką Adama Walacińskiego, Krzysztof Litwin ze swoim nieodmiennym "świerszczyku", Ludwik Benoit w nausznikach chroniących przed hałasem, czy  detektyw Hipollit Kwass, nadmiernie wymowny pod wpływem grochówki z tabletkami Veracoco - to moje skojarzenia z filmem.

Sama książka pojawiła się w 1959 roku, czyli od momentu wydania minęły 54 lata... szmat czasu.
Czytając ją dzisiaj odbieramy inaczej niż w tamtych czasach, bo świat zmienił się w niewyobrażalnym stopniu.
W książce zachował się tamten świat - minionego dzieciństwa w innej polskiej rzeczywistości.
Teraz przeczytałam książkę z przyjemnością, a w trakcie lektury odniosłam wrażenie,  że upływ czasu jej nie zaszkodził tak bardzo. Być może młody czytelnik miałby inne zdanie, ale według mnie powieść nie stała się śmiesznym archaicznym zabytkiem. A może jest takim zabytkiem, tylko ja tego nie wyczuwam?  
Historia Marka Piegusa opowiedziana jest przez narratora - w prosty sposób, który chwilami odbieram jako satyryczny tekst dla dorosłych. Pod płaszczykiem opowiastki dla dzieci dostaliśmy obraz codzienności w troszkę krzywym zwierciadle.

Marek jest pechowym trzynastolatkiem - jego pech jest przyczyną dziwnych wydarzeń, w które zostają wciągane coraz to nowe osoby z jego otoczenia. Mówiąc najogólniej - pewne wagary pociągają za sobą lawinę, w której mamy zamianę teczek, tajemnicze włamanie, porwania, poszukiwania porwanych itd. Na scenie wydarzeń pojawiają się członkowie rodziny, koledzy Marka, szkoła w osobach nauczycieli i elementu uczniowskiego, a przede wszystkim szajka groźnych przestępców. W trakcie dochodzenia ujawniają swoje umiejętności harcerze, zdolniejsi od milicjantów (obywatelskich).

Książka przypomniała mi wiele obrazków z tamtych lat. Zagęszczenie lokatorów w starych kamienicach (chociaż nie na taką skalę jak w zniszczonej Warszawie). Łaźnie miejskie - potrzebne w sytuacji, gdy niewiele mieszkań miało łazienki, a nawet bieżącą wodę. W szkole też mieliśmy takich "przerośniętych" w klasie, u nas nazywanych "drugorocznymi" (chociaż dłużej repetowali) - byli w szóstej klasie mając 16 lat. Po przerwie wracali do klasy śmierdząc papierosami. Jaki był sens trzymania takiego elementu z 13-letnimi dzieciakami? I tak się nie uczyli, a gdy pojawiali się w szkole to tylko były z tego kłopoty. Nie mieli dobrego wpływu na innych.
Przypomniały mi się także kałamarze z atramentem - w środku ławki, w odpowiedniej dziurze siedziały sobie kałamarze z jakąś brudną cieczą, najczęściej zapchane bibułą (porządna uczennica miała bibułę w zeszytach).

Jaki to był inny świat!
Ten post to najdłużej powstający tekst na tym blogu, zaczęłam go pisać w pierwszych dniach listopada i jakoś nie mogłam dobrnąć do końca.




piątek, 29 listopada 2013

Żal serce ściska

W Łodzi odbywają się właśnie targi książki, pod nazwą Salon Ciekawej Książki.
I cóż z tego, że podobno ceny promocyjne, upusty, rabaty, czy jak jeszcze inaczej je nazwać.
Inni blogerzy żałują, że nie mogą pojechać na podobne imprezy, bo mają za daleko.
Ja mam bardzo blisko (kilka przystanków tramwajem), ale...
Świadomie nie pójdę, chociaż bardzo mi żal. Ale jeszcze bardziej byłoby mi żal tych wszystkich książek, których po obejrzeniu nie kupiłabym. Napatrzyłabym się, nabrała ochoty i byłoby jeszcze gorzej.
Książki są dla mnie za drogie i nie stać mnie na ich kupowanie, a teraz, gdy zbliżają się święta w ogóle nie ma mowy o nieprzewidzianych wydatkach.

wtorek, 26 listopada 2013

Porwanie mnie nie porwało, czego się zresztą spodziewałam

Moja biblioteka rejonowa nie jest zaopatrzona jakoś szczególnie szałowo, ale trochę nowości się trafia. Te są chyba w ciągłym ruchu, więc po oddaniu czekają na nowych czytelników w wydzielonym miejscu (pod ręką).
Na półkach ten sam wieloletni zastój - dominuje klasyka i starsze, mocno sfatygowane wydania. To nie jest narzekanie, nic z tego - ja nie gonię za modami i nowościami, wybieram książki, które chcę przeczytać i nie ma dla mnie decydującego znaczenia czas ich powstania/wydania.
Zawsze przeglądam (chociażby pobieżnie) kolejne półki i ostatnio też tak sobie rzuciłam okiem na półkę z książkami Joanny Chmielewskiej. Od dawna niczego dla mnie tam nie ma, bo prawie wszystkie książki posiadam, oprócz tych ostatnich, których z kolei ja już tak nie pożądam. A tu siurpryza!... na półce coś się wyróżnia błyszczącą okładką. To książka, o której istnieniu nawet nie wiedziałam.
Oczywiście wypożyczyłam, skoro już na nią trafiłam.


I od razu zaczęłam czytać...
czytałam... czytałam... i im dalej w las, tym częściej wzdychałam "kiedy dojadę do końca?" Mogłam oczywiście odłożyć i nie męczyć się dalej, ale jako fanka pisarki od tylu lat chciałam doczytać do końca.
Umęczyło mnie to Porwanie bardzo i już dawno tak żadna książka nie wynudziła.

Akcja dzieje się głównie w mieszkaniu autorki-narratorki-bohaterki. Siedzącemu przy brydżu towarzystwu nagle przeszkadzają podejrzane sylwetki atakujące dom. W dość krótkim czasie okazuje się, że poszukują informacji o porwanej pisarce Chmielewskiej, a ogóle nie są przestępczymi typami, ale prawowitą władzą policyjną. Nie chcą się pogodzić z faktem istnienia rzekomo porwanej tu żywej i siedzącej we własnej osobie za stołem.
Całe brydżowe towarzystwo kolejno angażuje się w sprawę, bo sprawa jest i to od dawna. Sprawa polega na porwaniach dla okupu, a porywane są osoby z kręgów zdolnych bogato się wypłacić. Dziwne są te porwania - niby kulturalnie i bez ofiar, a jednak co któreś tam jest niekulturalne i z ofiarami. Co trochę komuś z grona przyjaciół coś się przypomina i w ten sposób policyjne dochodzenie nie jest już potrzebne. Fakt, że policję autorka  zmarginalizowała wyjątkowo. Wszyscy gadają i gadają, informacji przybywa, więc czytelnika zaczyna się gubić w ich gąszczu, a gospodyni karmi i poi szacowne grono w sposób dla siebie charakterystyczny.

Już dawno pisarka przyznała się do swoich niskich umiejętności kulinarnych, a także braku serca do gotowania.
Jej bohaterki, a także ona sama, jednak czasami coś gotują... i to jest w niektórych przypadkach kulinarna zgroza.
Tutaj także mamy takie kulinarne kwiatki, jak na przykład gotowanie grubego makaronu przez godzinę.

Książkę zaliczam do swojej prywatnej kategorii "przeczytana, wiec trzeba zacząć jeszcze raz, żeby tak naprawdę połapać się o co chodzi". Aż przykro mi było czytać... gdzie tamte wspaniałe powieści z minionych lat, za które pokochałam pisarkę? Właśnie przez przywiązanie do dawnych tekstów szczególnie krytycznie odbieram te ostatnie.
Może naprawdę, wsłuchując się w głosy wiernych czytelników, należało przerwać pisanie i  nie produkować kolejnych powieści. Ta jest szczególnie nieudana. Skoro jednak nie ma już autorki wśród nas, na tym zakończę...

poniedziałek, 25 listopada 2013

Następca tronu - winny światowej wojny?

Szukając tytułu do listopadowej Trójki E-pik, wybrałam powieść Ludwiga Windera. Stała na półce od dawna i nie mogła doczekać się przeczytania. Zaczęłam przypominać sobie, z jakiego powodu tak szybko ją odłożyłam na tyle lat. Bez trudu doszłam do istoty sprawy - to wyłącznie powody techniczne, ale jakże istotne dla mojego czytelnictwa.
Pierwszy: zbyt gęsty druk, powodujący, że tekst się zlewa. Zawsze bardzo mi to przeszkadzało (nawet w czasach, gdy do czytania nie potrzebowałam okularów). Nie mam wtedy przyjemności w czytaniu, tylko coraz bardziej narastającą irytację. Drugi: typowe dla tamtych czasów wydanie książki, czyli byle jakie sklejenie. Każdorazowe przełożenie kartki wymusza jakiś nacisk, bo inaczej nie da się otworzyć, żeby jakoś dotrzeć do tekstu. I w ten sposób co jakiś czas od książki odrywa się kolejny fragment. Teraz, po jednorazowym przeczytaniu, mam książkę składającą się z kilkunastu części, w całkowitej rozsypce (łącznie z odpadnięciem okładki). Jak mnie to wkurza!


Kim jest arcyksiążę Ferdynand w pamięci historycznej ucznia nie interesującego się zbytnio dawnymi dziejami?
A... to ten, co dał się tak głupio zabić w Sarajewie i przez niego wybuchła pierwsza wojna światowa.
Taki stereotyp funkcjonuje w myśleniu większości ludzi. I na tym też wiedza o człowieku się kończy. Trochę więcej wiadomo o samym cesarzu Franciszku Józefie, a przede wszystkim o jego pięknej żonie  Sissi.
Arcyksiążę, tak jak większość męskich członków rodziny cesarskiej nosił pierwsze imię Franciszek. Czytając książkę można się pogubić w tej imieniomanii - prawie każdy to Franciszek, różnią się dopiero drugim imieniem.

Książka Windera to opowieść o całym życiu Franciszka Ferdynanda, począwszy od dzieciństwa i młodości jego matki - księżniczki Marii Annuncjaty z sycylijskiej linii Burbonów, aż do momentu śmierci wieloletniego następcy tronu w wyniku zamachu w 1914 roku. To opowieść o samotności, życiu w izolacji dworskiej złotej klatki, o nie spełnionych ambicjach, spalaniu się w żądzy władzy, ciągłym konflikcie z cesarzem i politycznymi przeciwnikami, o przemijaniu życia w oczekiwaniu na .
Czytelnika może szczególnie drażnić całkowity brak zrozumienia dla obywateli tego wielkiego państwa, wręcz pogarda wynikająca jedynie z wyższości urodzenia i pozycji w hierarchii.

Przyznaję, że ta lektura okazała się dla mnie trochę męcząca. Z jednej strony ciekawa, z wciągającą akcją, a z drugiej ponad 500 stron powieści naszpikowanej polityką. Chwilami wymagała oddechu, czytanie stawało się nużące, a sama powieść zamieniała się w nudny podręcznik do historii. Właśnie z powodu nadmiernego upolitycznienia w koncentracie. Natłok nazwisk, zdarzeń, powiązań i okoliczności przeszkadzał mi w lekturze.
To samo w mniejszej dawce wyszłoby moim zdaniem powieści na korzyść.

Jeszcze bardziej przeszkadzał mi klimat powieści. Tu wszyscy, dosłownie wszyscy są niesympatyczni, a najbardziej niesympatyczny jest tytułowy bohater. Autor postarał się ukazać każdą z pojawiających się postaci w złym świetle, tylko od strony jej wad, niemiłych cech charakteru, nagannych zachowań. Tak, jakby celem powieści było wyłącznie odbrązowienie wszelkich cesarsko-królewskich posągów.

Tak ocenia książkę wydawca:
"Przejrzysta kompozycja, wartka fabuła, plastycznie zarysowane postacie, piękny styl - oto literackie walory dzieła".
Cóż, nie wypowiem się na temat stylu i języka, bo nie czytam w oryginale. Czytam tłumaczenie, a to w tym przypadku oceniam wysoko.

Powieść- opublikowana w 1937 roku, idąca wyraźnie pod prąd tęsknoty za starą monarchią, szybko znalazła się na cenzurowanym.
W notce od wydawcy czytamy:
"W grudniu 1937 roku austriacka prasa doniosła: "Urząd kanclerza, na podstawie ustawy o ochronie tradycji, zabronił rozpowszechniania w Republice książki Ludwiga Windera Następca tronu opublikowanej przez Wydawnictwo Humanitas w Zurychu. Naruszenie zakazu będzie karane grzywną do 5000 szylingów lub trzema miesiącami aresztu.

Jak zawsze po bliższym poznaniu życiorysu postaci historycznej jestem ciekawa losów jej potomków. W tym przypadku losów trójki dzieci, które w jednej chwili straciły matkę i ojca. Córka i dwóch synów, pozbawieni w wyniku jednoznacznych zapisów przedmałżeńskich praw dziedziczenia nazwiska i tytułów, boleśnie odczuli nowe historyczne porządki w Austrii, których początkiem był rok 1938.

Ludwig Winder "Następca tronu. Powieść o Franciszku Ferdynandzie", tłum. Ireneusz Maślarz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990

Listopadowa Trójka E-pik: Książka z motywem królewskim


Odkurzanie przez czytanie



środa, 20 listopada 2013

"Oliwer Twist (2005)



Nie da się tego filmu zaliczyć do konkretnej kinematografii, bo figuruje jako efekt produkcyjny Czech, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch, z polskim reżyserem Romanem Polańskim na czele. Polskie akcenty to także zdjęcia Pawła Edelmana i scenografia Allana Starskiego. W tym międzynarodowym towarzystwie polski żywioł według mnie dał filmowi najwięcej.

Film przypomniał mi dawne czasy czytelnicze, gdy wieku -nastu lat czytałam Dickensa z biblioteki dziadka. Było to tak dawno, że treści przeczytanych książek nie pamiętam, co gorsza nawet nie pamiętam, czy wśród nich był także Oliwer. Nie mogąc się odnieść do literackiego pierwowzoru, pozwoliłam sobie na swobodę odbioru dzieła filmowego. A to dzieło obejrzałam z przyjemnością, bo obraz dobrze ilustruje dickensowskie klimaty - mroczną atmosferę, zło ludzkich charakterów, niesprawiedliwość świata.
Poddałam się malarskości obrazu, mniej doceniając treść i grę aktorów.
Tak też można...



piątek, 15 listopada 2013

"Admirał" 2008

Po minionych latach zalewu naszych kin i ekranów telewizyjnych wieloma propagandowymi produkcjami kina radzieckiego, wiązanego z częstym przymusem ich oglądania (w czasach szkolnych), zauważyłam u siebie objawy anty-. Polegają one na wieloletnim odcięciu się od literatury i współczesnego kina rosyjskiego.
W polskiej telewizji nowe filmy rosyjskie pojawiają się bardzo rzadko - tak jakby była tam wielka pustka. Mamy za to zjawisko identyczne z filmem amerykańskim, gdzie się nie obrócisz (czyli na każdym kanale tv), zawsze trafi się jakieś amerykańskie filmidło z brutalną bijatyką, albo strzelaniną albo z wulgarnymi małolatami.

Na film "Admirał" trafiłam znowu przypadkowo i tym razem z własnej woli obejrzałam.
To opowieść o ostatnich czterech latach życia admirała Kołczaka, pokazana na dwóch przeplatających się płaszczyznach - bohaterskiej walki w I wojnie światowej i późniejszej rewolucji oraz niestosownej (delikatnie mówiąc) miłości do pięknej mężatki Anny.

Film jest zrealizowany z rozmachem, jak za dawnych czasów kina radzieckiego. Do scen batalistycznych nigdy nie żałowali ani przestrzeni, ani statystów. Nie będę się wypowiadać ani o rozmijaniu z prawdą historyczną, ani o jakoby rażących błędach w scenach batalistycznych, bo nie znam się i nie wiem. Obejrzałam film jako fabułę opartą na faktach, fabułę wykreowaną na ekranie. Podobała mi się staranna scenografia, dbałość o szczegóły, ale...

No właśnie... tych "ale" jest tu trochę.
Całość jest zbyt gładka i powierzchowna, lśniąca i lakierowana - za bardzo przypomina amerykańskie superprodukcje. A nawet wspomniane wcześniej detale i szczegóły mocno kojarzą mi się z naśladownictwem serialu "Downton Abbey". Tak jak w czasach kina radzieckiego tylko bolszewicy byli wspaniali, tak tutaj oczywiście "biali" są wspaniali, prawie idealni. Od pewnego momentu czułam coraz większą propagandową wymowę filmu, nie dało się uciec od współczesnych politycznych wpływów.

Niewątpliwie jednak sam temat spowodował moje zainteresowanie się osobą admirała Kołczaka, o którym kiedyś nie szukałabym informacji. Zbyt dużo wciskano nam w szkole suchych faktów, dat i nazwisk. Ja nie interesowałam się aż tak postaciami wojskowych, a w powieściach zawsze opuszczałam wszelkie opisy bitew i manewrów poszczególnych armii.

Teraz sięgnęłam do życiorysu admirała i oczywiście do szczegółów dotyczących kobiety jego życia - Anny Timiriowej. Jej życiorys to dopiero jest bogaty materiał na film.


wtorek, 12 listopada 2013

Obiad po polsku

Nie przygotowałam specjalnych wpisów z okazji Narodowego Święta Niepodległości, chociaż planowałam ...miałam natomiast bardzo intensywne te świąteczne dni (i nie da się ukryć, że wyczerpujące fizycznie), na komputer czasu nie było. Zresztą w tym momencie bezdyskusyjnie ważniejsze dla mnie było spotkanie z bliskimi.
Moja patriotyczna forma obchodów to przyjazd i kilkudniowy pobyt w rodzinnym mieście  młodych członków naszej rodziny oraz uroczysty obiad w specjalnym gronie. Przy świątecznym stole zasiadły trzy pokolenia - najbliższa rodzina i przyjaciele. Zabrakło tych najstarszych - pradziadków (ze względów zdrowotnych, nie mają już sił na takie imprezy).
Zaplanowałam obiad najbardziej tradycyjny, złożony z polskich potraw (żadnych cudacznych obco brzmiących nazw) - począwszy od śledzika, rosołu, poprzez pieczone mięsa, jarzyny i surówki, na kompocie i ciastach kończąc.

Spotkania przy rodzinnym stole to dla mnie najlepsza forma podtrzymywania więzi międzypokoleniowych i kontynuowania naszych tradycji. Przy takich okazjach ja sama poznawałam prawdziwą historię - historię żywych ludzi. Siedziałam z dorosłymi przy stole (z własnej woli) i słuchałam tych rozmów, czasami zażartych dyskusji politycznych - tak odmiennych od ówczesnych lekcji w szkole.
Mam nadzieję na zachowanie takich obrazów w pamięci najmłodszego pokolenia.
Chociaż teraz ten niezwykle długi stół okazał się na chwilę wspaniałym torem do puszczania samochodzików przez Pierwszego Wnuczka (po rozłożeniu zadziwił go wymiarami), to może będzie jednym z pierwszych jego wspomnień związanych ze szczególnymi świątecznymi spotkaniami. Pamięć Drugiego Wnuczka zarejestruje może jakieś obrazki z następnych lat, teraz jest jeszcze zbyt malutki.

Wychowałam się na tradycyjnej polskiej kuchni, w której dominowały smaki z Podlasia, rodzinnych stron mojej Mamy. Tamte tradycje Mama wspaniale połączyła z tym co zastała w łódzkiej rodzinie męża, a ja to przejęłam.
Dokształcałam się z różnych książek kucharskich, ale szczególnych sentyment mam do tych najstarszych, z których wbrew pozorom można i dziś wiele skorzystać. Sięgam do nich i z prawdziwą przyjemnością -  po prostu sobie czytam. W praktyce wykorzystuję wiele wiadomości znalezionych w tych zabytkach księgarsko-kulinarnych. Czasami zrealizuję jakiś przepis, czasami skorzystam z rad i podanych sposobów.

Tak było, gdy doskonaliłam swoje umiejętności gotowania rosołu. W tym przypadku moją mistrzynią była słynna Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Postać barwna i wielce zasłużona wśród autorów polskich książek kucharskich.
Mam wydanie KAW z roku 1988, oparte na XXIII wydaniu tej książki z 1920 roku.
We wstępie znajdziemy trochę ciekawostek o samej Ćwierczakiewiczowej jako niezwykle popularnej  postaci dawnej Warszawy. Budziła zarówno sympatię, jak i antypatię - znana była z szorstkiego języka, ale też i z gorącego patriotyzmu i dobrego serca.
Między innym we wstępie  przytoczona jest anegdota wpleciona w powieść Zofii Kossak "Dziedzictwo".
Rzecz się dzieje w 1862 roku, gdy w Warszawie odbywa się pierwsza msza nowego arcybiskupa, protegowanego cara - ks. Felińskiego.
Został powitany nieprzyjaznymi manifestacjami, a po kazaniu w czasie mszy większość ludzi wyszła z katedry.
I wtedy pojawiła się majestatyczna postać. Pani Lucyna swoje ważyła - podobno schodziła na dół tyłem, a na górę trzeba ją było wnosić na fotelu, co robił za opłatą stróż z pomocą jakiegoś silnego człowieka z ulicy...

"... środkiem opróżnionej nawy kroczy postać doskonale znana: pani Lucyna Ćwierciakiewiczowa, autorka książki kucharskiej "365 obiadów". Potężna i groteskowa  (trudno zliczyć, ile karykatur pani Lucyny zrobił Kostrzewski. Ostatnio przestał, bo mu się sprzykrzyło). Kobieta niespożyta. Postrach dorożkarzy, z którymi kłóciła się o pół grosza, postrach przekupek, z których żadna tej paniusi nie przegada. Teraz wali prosto przed ołtarz, staje i donośnym, choć piskliwym głosem woła:
- Powolny sługo carski, arcybiskupie Feliński! W imieniu dobrych Polaków, co wyszli z katedry, w imieniu całego narodu polskiego, przeklinam ciebie, przeklinam do trzeciego pokolenia!
To powiedziawszy zawraca szeleszcząc fałdami sukni żałobnej.
   Nieodparty komizm postaci i słów wywołuje efekt nieoczekiwany...  Ludzie wracają do katedry, zresztą otoczonej później przez wojsko i policję, która wtargnęła do wnętrza"*

Nieźle Ćwierczakiewiczowa- patriotka wyskoczyła z tym trzecim pokoleniem arcybiskupa...

*Lucyna Ćwierczakiewiczowa. "365 obiadów", s.9-10, KAW, Kraków 1988

sobota, 2 listopada 2013

Aktorskie Zaduszki

W ostatnich latach zdarzyło mi się, że o śmierci ludzi znanych (mniej lub bardziej) z ekranu dowiadywałam się przypadkowo- najczęściej właśnie w czasie listopadowego wspomnienia tych, którzy odeszli.
Jak to jest, że nastały czasy popularności pustych i bezmyślnych gwiazdeczek-celebrytek, a głupawe teksty o głupawych wydarzeniach dominują w mediach? A wiadomość o śmierci osoby z większym czy mniejszym dorobkiem artystycznym nie ma szans pojawić się publicznie? Dowiadujemy się o tych smutnych faktach jedynie w przypadkach największych sław.

Dziś, w dniu tych nostalgicznych wspomnień chcę przypomnieć kilka kobiecych postaci polskiego filmu mojego pokolenia, o których ja pamiętam...


Wspaniała, niezapomniana Anula w  serialu "|Wojna domowa".
Serial, emitowany w telewizji tylko raz, zniknął na wiele lat.
Nagle, w 1978 roku, wypatrzyłam Anulę w pierwszym odcinku serialu "Życie na gorąco". Zagrała tam niewielką rólkę sekretarki.Telewizor był czarno-biały, a fryzura i makijaż inne, ale to była Ona - poznałam od razu.
Nie zrobiła kariery filmowej.
Wyjechała z Polski -  w Austrii założyła rodzinę, zmarła w Wiedniu.



Maria Probosz (1961-2010)
 "dziewczyna z Łodzi", absolwentka łódzkiej filmówki. 

Zagrała w blisko 40 różnych produkcjach, głównie na przestrzeni lat 80-tych.
Zaszufladkowana jako seksbomba najczęściej pojawiała się w rozbieranych rolach. Mimo, że w kilku filmach pokazała dobre aktorstwo, nie dane jej było rozwinąć talentu.
Po 1991 roku (jedne z ostatnich ról w serialach "Dom" i "Pogranicze w ogniu"), praktycznie już nieobecna w polskim filmie - takie powolne umieranie bez aktorstwa...

                                                                            
Joanna Wizmur (1957-2008)

Aktorka głównie teatralna i głosowa, sporadycznie pojawiająca się w filmie, reżyserka polskiego dubbingu.
Większą rolę zagrała w ostatnich latach w serialu "Pensjonat pod Różą". Pojawiła się w "Bożej podszewce" i epizodycznie w filmie "Jutro idziemy do kina".
Przegrała z późno zdiagnozowaną chorobą.
Anna Szczepaniak (1951-1979)

Jedyna w tym gronie aktorka, która odeszła na początku obiecującej kariery.
Zapamiętana właściwie tylko z drugoplanowej roli w serialu "Daleko od szosy".
Ofiara toksycznej miłości, zmarła śmiercią samobójczą.

Dzień Zaduszny - dzień wspominania

Od dawna zawsze w tym dniu towarzyszy mi tekst Reymonta, którego fragmenty cytowałam w ubiegłym roku - Dzień Zaduszny. To dla mnie niezwykle sugestywny, pełen emocji zapis oddający duchowość tego dnia. Powieść Reymonta odbieram jako wspaniały zapis naszych tradycji i kultury tamtego czasu. Czytałam ją wielokrotnie i nie raz przekonałam się, że w dyskusjach i rozmowach o zwyczajach a nawet pewnych zachowaniach ludzkich znajdzie się odpowiedni cytat z "Chłopów".

Dzisiejsze wspominanie wiąże się z byciem na cmentarzu. Właśnie z obecnością, a nie wizytą, czy odwiedzinami. Nasza fizyczna obecność na cmentarzu, wśród grobów, to nasze zachowanie pamięci. Wspominanie to przedłużanie bytu tych, którzy odeszli. Oby nie odeszli w niepamięć...


piątek, 1 listopada 2013

"Wszyscy święci" (2002)


Film jest częścią telewizyjnego cyklu "Święta polskie" i chyba szczególną częścią nie ze względu na temat, ale na obsadę aktorską. A ta jest niezwykła, bo reżyser zaprosił do udziału w filmie aktorów z najstarszego pokolenia. Tych, których pamiętam sprzed lat, gdy byli czołówką polskiego filmu. Tutaj w jakimś sensie zagrali samych siebie -  pokolenie Kolumbów, roczniki lat dwudziestych. Alina Janowska, Wiesława Mazurkiewicz, Teresa Szmigielówna, Wieńczysław Gliński, Lech Ordon, Bronisław Pawlik, Leon Niemczyk. A także Anna Polony i Emil Karewicz. Od czasu powstania filmu minęło 11 lat i niektórzy z nich już odeszli - tak, jak w tym roku odtwórczyni roli głównej.

Maria, kobieta prawie osiemdziesięcioletnia, w Dniu Wszystkich Świętych wyłamuje się z ustalonego od lat rodzinnego rytuału (w tym snobistycznego obiadu synowej) i bez wcześniejszego uprzedzenia bliskich znika z cmentarza. Wsiada do pociągu i jedzie do jakiegoś małego miasteczka. To podróż w czasie, chęć ostatecznego załatwienia dawnych spraw.  Chce po pięćdziesięciu latach odwiedzić grób swojego wojennego narzeczonego. Niestety, nie może grobu odnaleźć. Spotyka natomiast byłego dowódcę oddziału, który zabiera ją na spotkanie z dawnymi koleżankami i kolegami. To bolesna konfrontacja, która uświadamia jej jak inaczej mogłoby potoczyć się jej życie, gdyby podjęła inne decyzje...

Ilustracją muzyczną filmu jest piosenka "Ta nasza młodość" i jej motywy, przewijające się w tle.
Piosenka w wykonaniu Haliny Wyrodek - też już nieobecnej  aktorki.

poniedziałek, 28 października 2013

Na fali schematycznego myślenia

Na początku słów kilka o okładce, bo do niej odnosi się tytuł posta. Można odnieść wrażenie, że tak mocno utkwiła  w podświadomości niektórych osób informacja o sile religijnej i duchowej wymowy powieści Rodziewiczówny, że uznają takie okładki jako najlepsze do jej książek.


A czy w konkretnej powieści wątek religijny, mistyczny, duchowy jest obecny w mniejszym czy większym stopniu to chyba nie ma znaczenia. Teraz już nareszcie można (po zmianach ustrojowych), więc idziemy na całość.
A że okładka nijak się ma do rzeczywistej treści? to co z tego?
I w ten sposób wpadamy z jednej skrajności w drugą. Naprawdę, nie chcę żadnych rysunkowych wizji projektantów - wolę serię z szarymi okładkami  (z niej wykorzystałam portret pisarki do banera akcji).
Przeczytałam kilka powieści Marii Rodziewiczówny wydanych w tej serii (akurat takie wydania wypożyczyłam z biblioteki) i oceniam je jako zupełnie nietrafione. Podobnie jak notki od wydawcy, umieszczone  z tyłu. Nie należy ich czytać, bo zawierają jakieś dziwne streszczenia.

A co mogę powiedzieć o samej powieści?
"Na fali" - 1894.
Trochę mnie lektura zmęczyła i wynudziła, szczególnie na początku (zanim tak naprawdę nie zaczęłam rozróżniać kto jest kim). Zanim dojechałam do końca, już mi się ugruntowało określenie: to powieść półprodukt, potrzebująca dopracowania i rozwinięcia.
Dlatego, że składa się głównie z dialogów. Brakuje mi szerszej charakterystyki i opisu pojawiających się postaci, rozwinięcia sytuacji wydarzeń. Głównie z dialogów dowiadujemy się, jacy to ludzie. To prawie tak, jakbyśmy czytali sztukę teatralną z oszczędnymi didaskaliami. W lekturze nie pomaga także specyficzny język Rodziewiczówny (ale to zawsze stawiam jako prywatne utrudnienie dla mnie).

Natomiast fabuła powieści to jak zawsze u pisarki materiał na scenariusz filmowy klasycznego romansu.
Bohaterem jest młody student prawa, Józef Reni, który wolałby zamienić studia na swobodę gry na skrzypcach. Józef jest człowiekiem spokojnym, trochę nieśmiałym, dobrego charakteru, o ugruntowanej  moralności, ale ulega wpływom i można nim manipulować. I daje się w życiu oszukiwać i wykorzystywać. Staje się łatwą ofiarą dla większości ludzi, którzy go otaczają: ciotka z wujem, fałszywy przyjaciel Iwo, Pepi - jego wielka miłość, bogaty Maltas. Właściwie trudno nam ocenić, czy nawet dobre dla niego  jest to, że ulega wpływom swojego duchowego przewodnika Łukasza. Dla wielu ludzi staje się on jeszcze bardziej naiwnym, a może nawet głupim, który nie tylko nie pragnie, ale wręcz odrzuca bogactwo samo wpadające w jego ręce.
Józef ma brata Piotrusia, który jest w dużym stopniu jego przeciwieństwem. Wesoły, lekkomyślny hulaka, wdający się w niezliczone romanse i beztrosko zaciągający długi. Bracia się jednak kochają, są sami na świecie i Józef opiekuje się Piotrem jak tylko potrafi.

W powieści przewija się cała galeria ludzkich typów, w większości mało sympatycznych lub wręcz odrażających.
Szczególnie takimi ludźmi są ciotka i wuj - niewyobrażalnie chciwi i skąpi.
Niewiele brakuje też żonie Józefa, którą poślubił nie wiedząc o tym, jak został sprytnie w małżeństwo wmanewrowany. Ta cicha myszka jako panienka, po ślubie okazuje się klasyczną megierą, zamieniającą węzły małżeńskie w kajdany.

"Na fali" to jedyna powieść (z dotychczas przeczytanych przeze mnie), której akcja dzieje się w nieokreślonym miejscu. Dokładnie mówiąc w nie nazwanym mieście. To chyba wynika z wielkiej miłości pisarki do ziemi, do roli - wtedy opisuje okoliczności przyrody. Miasto jak gdyby nie istnieje dla Rodziewiczówny jako temat, a jeśli już się pojawia to tylko w tle wydarzeń. Nie ma tu klimatów kresowych, autorka skupiła się na ludziach, więc mogłaby umieścić akcję w jakimkolwiek mieście na świecie. Ludzie i ich sprawy są swego rodzaju mikrokosmosem, który w tym przypadku nie ma ojczyzny.
Jak większość utworów pisarki, również ta powieść należy do grupy pesymistycznych, przygnębiających, smutnych. Aż chwilami ma się dość tych minorowych tonów, tego czarnego obrazu minionego świata, który znajdujemy u Rodziewiczówny. Świata minionego pod względem socjalnym i społecznym, bo emocje i uczucia ludzkie są właściwie takie same jak sto lat temu...

Wpis dodaję do akcji "Alfabet Rodziewiczówny"

niedziela, 27 października 2013

Na jesienną chandrę w październiku

Optymistyczna książka na jesienną chandrę, to jedna z październikowych kategorii Trójki p-pik.
Co prawda bardziej według mnie pasowałaby w listopadzie, bo to miesiąc uważany za szczególnie przygnębiający (chyba najbardziej w roku). Październik, kojarzony nieodmiennie ze złotą polską jesienią daje nam jeszcze dużo słońca i pogodnego nieba. Ale skoro taka kategoria została wybrana, to można do zabawy przystąpić lub nie.
Ja przystąpiłam, zakładając od razu zapuszczanie się w nieznane mi dotychczas rejony współczesnej polskiej literatury kobiecej. Miałam wielką ochotę na przeczytanie czegoś nowego (tkwię przeważnie w lekturach znanych, czytanych wielokrotnie). Coraz bardziej potrzebuję umysłowego wytchnienia, które daje tak lekceważona "literatura kobieca". 

Początkowo zastanawiałam się nad powrotem do lektury znanej mi już powieści, o której wiem, że ma takie pozytywne oddziaływanie. Jednak oddając ostatnio książki w bibliotece poszłam na żywioł.
Wcześniej w domu "nie przygotowałam się", czyli nie poszperałam na blogach w celu wyszukania odpowiednich tytułów.  Zresztą pewnie niewiele by mi to dało, bo jak znam życie tych książek albo by wcale nie było "na stanie", albo byłyby właśnie "w czytaniu".

Nie zaprzątając więc sobie głowy szukaniem na półkach (nawet nie wiedziałabym czego szukać), wystosowałam do pani bibliotekarki prośbę: "chciałabym wypożyczyć powieść optymistyczną, z pozytywnym zakończeniem, ale żeby to nie był jakiś koszmarny harlekin". Pani bez namysłu sięgnęła do regału i tak dostałam książkę, którą widziałam chwilę wcześniej na półce świeżych zwrotów. 

To "Gosposia prawie do wszystkiego" Moniki Szwai 

O autorce nie wiem zupełnie nic, słyszałam tylko nazwisko. Żadnej jej książki, ani recenzji nie czytałam, więc skoro mi podsunięto mogę spróbować - sama chciałam ten rodzaj literatury - lekki, łatwy i przyjemny.
I taka jest ta książka, więc moje oczekiwania spełniła - dobre czytadło. Powieść nie okazała się jakimś niestrawnym knotem-romansidłem. Czytało mi się łatwo i szybko, nawet okazało się, że akcja w trakcie wciąga. Napisana stylem, który lubię - prosto, bez nadęcia i silenia się na skomp0likowane konstrukcje językowe, dowcipnie i z lekką ironią. 

Książka podejmuje trudne tematy (przemoc w rodzinie, rasizm, sponsoring nastolatek), ale właśnie w  sposób dość lekki, jakby na marginesie, tak "przy okazji". Chociaż mają one wpływ na wydarzenia, to są jedynie zasygnalizowane."Gosposia..." to współczesna bajka, mocno wyidealizowana, jeśli chodzi o losy głównej bohaterki (nawet jak na wymogi bajki). Rozwiązywanie życiowych problemów udaje jej się bez wysiłku, wszystko idzie jak po maśle, a poznawani nowi ludzie wręcz pchają się, żeby pomagać i się zaprzyjaźniać (a także zakochiwać).

Maria, nazywana przez rodzinę i przyjaciół Mareszką, jest żoną dobrze ustawionego adwokata. I ma być nią nadal w takiej formie, jaką sobie życzy pan mąż. Ma tkwić dyskretnie u jego boku, prowadzić dom na wysokim poziomie, bez własnych fanaberii w myślach i czynach.
Maria miała przed sobą piękną karierę naukową, ale cóż - padło jej na mózg i tak się zakochała, że wszystko zostawiła dla małżeństwa z ukochanym Aleksem. Jednak nie zatrzasnęła bezpowrotnie drzwi do poprzedniego życia i nadeszły chwile, że zapragnełą do niego wrócić - wcale nie ze szkodą dla wygody i komfortu męża. Jest przecież doskonale zorganizowaną perfekcjonistką, (taka PPD*), więc pięknie i bez trudu pogodziłaby wszystkie obowiązki. 

Tu jednak spotkała swoje największe  rozczarowanie połączone z szokiem i bólem fizycznym, tudzież spadnięciem klapek z oczu, bo ukochany okazał się chamem i damskim bokserem. Mareszce miłość przeszła jak ręką odjął,  zaplanowała sprytną ewakuację z domu i z życia męża (wystawiając mu "rachunek za wikt i opierunek", czyli oskubała nieco finansowo) i wyjechała na drugi koniec Polski.
Tam (przy zdalczynnej pomocy teściowej) rozpoczęła nowe życie, podejmując pracę w dziedzinie, na której znała się najlepiej (oprócz komparystyki językowej), czyli w prowadzeniu domu na najwyższym poziomie i za duże pieniądze. 

Podeszłam do tej lektury jak do sympatycznej bajeczki, dlatego nie będę szczegółowo analizować błędów i wypaczeń. W przeciwnym wypadku rozpisałabym się o tym, co mnie przeszkadzało w tej opowieści. A byłaby to przede wszystkim sama główna bohaterka. Odebrałam ją jako sztywną i nudną paniusię dobrze po 40-stce i mocno się zdziwiłam, gdy doczytałam, że jest sztywną i nudną paniusią dopiero co po trzydziestce..
Następna w kolejce byłaby przewidywalność zdarzeń i zbytnia łatwość w osiąganiu celów przez Mareszkę.
Ale to przecież bajka, w której wszystko i wszyscy pomagają poszkodowanej bohaterce. Co krok zdobywa nowych przyjaciół (no, raz się pomyliła co do czarnowłosej Carmen-Hanki), jest doceniana, bez problemów się realizuje, a za progiem już czeka nowa miłość.

Miło sobie czasem tak pomarzyć...

*PPD to oczywiście Perfekcyjna Pani Domu