sobota, 15 grudnia 2012

"Restauracje w II Rzeczpospolitej"

Przenosząc się myślami do lat dwudziestolecia międzywojennego, w zależności od własnego nastroju i humoru, postrzegam różnie tamten czas. Tak jakoś samo się wszystko dopasowuje w danej chwili - odpowiednia książka, temat, film, czy piosenka... Obraz bywa beztroski, wesoły i kolorowy jak w lekkiej komedii z tak dobrze znanymi piosenkami... bywa też ponury, smutny, beznadziejny, tragiczny w czarnych barwach...
Czasem wtrąca się przypadek i podsuwa w bibliotece odpowiednią do nastroju lekturę...

Niedawno przypadek podsunął tę książkę


To wydanie dużego formatu - w sensie dosłownym, więc jestem bardziej skłonna zaliczyć go do "wydawnictw albumowych". Chociaż treść także posiada i to nawet sporo - zamieszczoną w rozdziałach:

Szczypta historii, Restauracje tradycyjne, Lokale hotelowe, Restauracje na morzu, Kawiarnie
Handelki, bufety, bary
Knajpy, mordownie, meliny
Restauracje i kawiarnie lwowskie.

W poszczególne rozdziały wplecione są różnorodne ciekawostki -  jednak tego rodzaju książkę chce się przede wszystkim oglądać i tutaj czytelnik rzeczywiście znajdzie ciekawe fotografie ilustrujące tamten czas.
Same fotografie mówią nam bardzo dużo, jeśli tylko odpowiednio je obejrzymy. Dla mnie właśnie one są najważniejszym elementem tej książki. Żaden słowny opis nie odda prawdziwego - "właśnie tamtego" wyglądu sali, dekoracji stołu, urządzenia baru, pokazu mody, zabawy na dancingu, czy nawet takiego drobiazgu jak rachunek z restauracji.
Nie wypowiadam się o stylu, w jakim książka została napisana, bo nie zachwycił mnie.
Mówiąc krótko - miałam wrażenie, że czytam szkolną pracę "na temat".

"Restauracje w II Rzeczpospolitej" tekst Łukasz Fiedoruk, Wydawnictwo Dragon, Bielsko-Biała 2011

wpis dodaję do wyzwania "Lata dwudzieste, lata trzydzieste"

3 komentarze:

  1. Przypomniałaś mi o tym, że kiedyś były dancingi.
    Mam wspaniałe wspomnienia związane z wakacyjnym dancingowaniem w mojej miejscowości, która kiedyś była miejscowością wczasową ,i w której w latach 60 i 70 były ośrodki wczasowe.Wprawdzie nie stałe tylko w postaci domków campingowych, ale przyjeżdżało tu mnóstwo urlopowiczów, nie tylko z Krakowa i Huty, ale i z reszty Polski też.Od 15 -go roku życia już urywałam się na dancingi ze starszymi kuzynkami/ trzy razy w tygodniu/ .Dancingi były oczywiście przy orkiestrze i to fantastycznej.Klimatu tych dancingów nie da się już odtworzyć.Jeden zapłacony wstęp i kilka osób wchodzących na niego, przy oranżadzie .Liczyła się tylko muzyka i taniec.
    Miłej niedzieli.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właściwie byłam na dancigu tylko dwa razy w życiu. Ale za to doskonale je pamiętam. Przy okazji drugiego nie wpuścili mojego męża do lokalu, bo nie miał krawata. Ale się uparł i pojechał do domu po krawat, a nasze towarzystwo tymczasem zajęło stolik :)

      Usuń
  2. Chyba mam fioła: mąż nastawił jakiś film sensacyjny, na którym wysiedziałam dosłownie pięć minut, po czym przesiadłam się na komputer, na którym obejrzałam po raz kolejny film z Bodo i Dymszą Paweł i Gaweł.
    W podstawówce ja i koleżanka wymieniałyśmy się hasełkami "gry półsłówek" i za każdym razem spadam ze śmiechu z fotela przy hasełku Dyszmy: "prędzej uwierzę, że pani jest ojcem tego bachora, niż ta cicha lipa".

    OdpowiedzUsuń