sobota, 22 grudnia 2012

Prawa rynku działają

Nie planowałam tego posta, bo sprawa jest mi kompletnie nieznana. Może nie tyle sprawa, ile konkretny podmiot gospodarczy, czyli pewne wydawnictwo. Kiedyś dawno temu ( o czym zupełnie zapomniałam, ale przypomniały mi teraz wpisy na blogach), trafiały do mnie kilkakrotnie kolorowe ulotki reklamujące sprzedaż jako klub książki na odległość. Ja nigdy niczego nie kupuję na zasadzie "kota w worku". Pamiętam z dawnych czasów istnienie "Sklepu sprzedaży wysyłkowej" i jego marniutkie katalogi. Nomen-omen magazyn wysyłający zamówione towary miał siedzibę w moim mieście. Wtedy , jako dziecko nie rozumiałam tego, że można coś zamawiać na poczcie, zamiast iść po ten towar do sklepu.

Nie zainteresowała mnie oferta tego książkowego klubu (żadnej z proponowanych wtedy książek nie kupiłabym), zresztą  nie planowałam regularnych zakupów, a szczególnie pod przymusem jakiegoś zobowiązania. To mi zupełnie nie odpowiada - chcę kupić książkę, to ja decyduję kiedy i jaki tytuł. A nie terminarz narzucony przez firmę, która mi coś narzuca za moje pieniądze. Dodatkowo w tym czasie, po latach "dorabiania się" zaczęliśmy z mężem odczuwać coraz bardziej deficyt miejsca. No i nie mamy pałacu, do którego można dobudować tak po prostu nowe skrzydło na bibliotekę.

Nie mam podstaw do wypowiadania się na temat tego wydawnictwa, bo nic o nim nie wiem. Nie kupowałam, nie interesowałam się co wydają.
A teraz, czytając posty w akcji obrony zagrożonej firmy, czuję niesmak.
Taka obrona, takie zaangażowanie ... chyba godne lepszej sprawy.  Oczywiście ja tak uważam, a widzę, że większość wpisów na blogach to zupełnie inne spojrzenie na to wydarzenie.

Ja nie dołączę do akcji ratowniczej, bo nie mam swojej strony, nie mam jakiejś tablicy do powieszenia linków  i nie mam innych obcobrzmiących fanowych pagów na FB. Nie odpowiada mi ta wszechstronna inwigilacja sieciowa i nigdy nie założę tam konta.
Ale zauważyłam, jak mocno dali się zmanipulować FB, ludzie po 40, po 50. Dostosowują swoje życie, swoje zwyczaje, kontakty ze znajomymi do zasad narzuconych przez FB - żenada... To tylko świadczy o braku wyobraźni, o bezmyślności. O młodych ludziach nie wspominam, bo to już zupełnie stracona sprawa.

A wracając do aktualnego tematu.
Nie komentuję ani wydarzenia, ani wpisów na blogach o tym, ani akcji ratowania.
Bo nie odczuwam wielkiej tragedii z tym związanej. Nie mamy dobrej, mądrze zaplanowanej polityki wydawniczej, planów daleko wybiegających w przyszłość, kształcenia i wychowywania czytelnika.
Mamy drapieżny kapitalizm, któremu jest wszystko jedno, czy wydaje książki, czy szyje majtki.

A wydawało się, że bezpowrotnie minęły czasy, gdy w latach międzywojennych pojawiały się książki z wydrukiem na tytułowej stronie: "Wydano nakładem własnym autora"

2 komentarze:

  1. Zdajesz sobie sprawę, że ten wpis mógłby wywołać burzę? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam za brak odpowiedzi z mojej strony i to milczenie kilkudniowe, ale czas świąteczny powiązany z chorobami w rodzinie skutecznie odsunął mnie od blogów.
    Dlatego odpowiem w jednym miejscu.

    Alu - ja nigdy nie byłam chętna na zakupy w sieci (z przyczyn opisanych w poście). Jednak miałam jeden epizod z zakupem nasion i katalogu roślin. I to wystarczyło - później przez kilka lat dostawałam coraz głupsze reklamy - drążyłam sprawę i doszłam, że to konkretne wydawnictwo ogrodnicze sprzedało?przekazało? moje dane jakiejś firmie adresowej, a potem już dalej poszło. To były same początki takiej działalności u nas i nie przewidziałam wtedy skutków.
    Dziękuję Ci za życzenia świąteczne :)

    Honorato - ja korzystam z internetu aż za bardzo ostrożnie jeśli chodzi o własne zdjęcia i dane osobowe.
    Nie uczestniczę w żadnej nagonce na blogerów, skąd taki posądzenie? Napisałam to, co myślę o tej sytuacji i tyle.
    A porównanie Ossolineum z firmą, która woli eksponować garnki niż książki jest chyba nie trafione. Właśnie o tym też była mowa w sieci.
    Ja nie snobuję się literaturą w żaden sposób - raczej powiedziałabym to o niektórych innych blogach i ich autorach. Czasami czytając pewne wpisy mam wrażenie, że autor chce przygnieść nas maluczkich wielkością swojego intelektu i pokazać nam naszą małość umysłową.

    Zacytuję jeszcze jedno zdanie: "Szczerze mówiąc takie wpisy w stylu" a ja tego nie lubię nie używam i w ogóle to manipulacja" wydają mi się nieco dziecinne."
    - to w takim razie jaki jest sens pisania czegokolwiek z własnego punktu widzenia? jaki sens pisania blogów z własnymi opiniami? skoro odmienność tak zostaje oceniana?
    A w ogóle posądzenie mnie o dziecinność w tym kontekście bardzo mnie rozbawiło, biorąc pod uwagę mój staż życiowy. Chociaż z drugiej strony to niepokojący objaw - może pora umierać?

    Limonko - jak widać ten wpis burzy nie wywołał i nie spodziewałam się jej wcale.

    OdpowiedzUsuń