piątek, 14 grudnia 2012

Modne lata trzydzieste

"Lata dwudzieste, lata trzydzieste.. kiedyś dla wzruszeń będą pretekstem" - to słowa filmowej piosenki, którą przed laty śpiewał młody Tomasz Stockinger.
Od pewnego czasu obserwujemy prawdziwą eksplozję zainteresowania okresem naszego dwudziestolecia międzywojennego. Na rynku wydawniczym pojawiają się książki  i wydawnictwa przybliżające czytelnikowi tamten świat, bezpowrotnie zniszczony II wojną światową i jej skutkami politycznymi.
To w pewnym stopniu "odreagowanie" na lata milczenia i odrzucenia tej tematyki na margines w latach powojennych. O sanacyjnej Polsce nie mówiono bez potrzeby, a jeśli już -  to najczęściej źle -  w kontekście błędów i wypaczeń politycznych oraz wyzysku człowieka przez człowieka. Wykluczenie dotyczyło także literatury, tak jak chociażby w przypadku objęcia cenzurą prawie wszystkich powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.

Teraz, przez uchylony lufcik, wpadają także lżejsze tematy - takie jak życie towarzyskie, wypoczynek, elity, ziemiaństwo itd.  W tym zachwycie, który wywołuje w nas dawnych wspomnień czar, nie powinnyśmy jednak zapomnieć o ciemnej stronie ówczesnego życia - o takich zjawiskach jak podział klasowy,  bezrobocie, analfabetyzm, bieda i głód. I nie są to zjawiska porównywalne do obecnych - ich wymiar był o wiele większy, bardziej tragiczny i bezlitosny. Mocno zapadło mi pamięci ogłoszenie, które znalazłam w przedwojennej gazecie, dane przez osobę z wykształceniem średnim (co było wtedy o wiele więcej warte niż dziś):  "Przyjmę jakąkolwiek pracę"

Jakie jest moje zainteresowanie tamtymi czasami?
To dziś może wydawać się dziwne, ale ja je znam z życia codziennego w domu moich dziadków, dla których początek lat trzydziestych był początkiem ich małżeństwa (pobrali się 1 931 roku)... to były lata ich wspólnej młodości. Ten przedmiotowy początek wspólnego gospodarstwa przetrwał wojnę i był wyposażeniem ich mieszkania do końca życia. Dom dziadków to była enklawa, prawdziwa wyspa inności...
Meble, w charakterystycznym dla tych lat stylu, takie jak na tej wystawie w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi (ekspozycja jest za szybą, stąd na zdjęciach pionowe kreski)



Komplet do sypialni miał w swoim składzie również toaletkę z dwuskrzydłowym lustrem wraz ze specjalnym niskim wyściełanym taborecikiem. Uwielbiałam na nim przesiadywać, wąchać perfumy we flakoniku z gruszką okrytą ozdobnymi frędzelkami, przeglądać się w lustrze ze wszystkich stron.
Większość wyposażenia mieszkania - meble, fortepian, sprzęty codziennego użytku i przeróżne "zbędne" bibeloty, wyposażenie kuchni itd - to właśnie przedwojenne nabytki. A oprócz nich mnóstwo książek, gazety, płyty  (był i patefon na korbkę), nuty. W zbiorze nut były także jedno-, dwustronicowe wydawnictwa modnych piosenek, tzw. "szlagierów" (najczęściej piosenek filmowych).
Jeśli do tego dodam ciągłe wspominanie  i opowiadanie o tamtych czasach, przy okazji i bez okazji - szczególnie babcia nigdy nie zaakceptowała nowych porządków w państwie, słuchanie płyt (między innymi z piosenkami w wykonaniu lwowskiego duetu Szczepcia i Tońcia), regularne oglądanie każdego programu  telewizyjnego "W starym kinie"...
a w tym wszystkim ja - od dziecka przebywająca w tej atmosferze...
Chyba nie mogło być inaczej, że tamte minione lata są  bliskie memu sercu...

Pozostały mi zdjęcia w rodzinnych albumach i trochę pamiątek z dawnego domu dziadków... a samego domu też już nie ma... rozebrany...

Te kilka słów osobistej refleksji wywołał temat wyzwania na blogu Doroty (Elviski) - tu zaproszenie, do którego postanowiłam dołączyć. W kolejce na wpis czekają książki z moich zbiorów, czytane nie jeden raz.
Jednak w następnym poście znajdzie się książka-album wypożyczona z biblioteki.

11 komentarzy:

  1. Cieszę się, że moje wyzwanie wywołało u Ciebie takie refleksje! Tekst przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem.

    Zgadzam się, że obecnie chyba "odreagowujemy" te lata milczenia o tamtym okresie. Tak jak piszesz, nie można jednak zapomnieć o ciemnej stronie ówczesnego życia. Dlatego właśnie staram się i takie książki czytać i je komentować (np. "Strachy"). Z tego też względu nagięłam trochę zasady wyzwania i podlinkowałam artykuł umieszczony na blogu użytkownika Andrew Vysotsky. Uważam bowiem, że warto go przeczytać. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób zachwyconych tamtymi czasami nie ma zbyt dużego pojęcia o biedzie czy bezrobociu, które przybrały wówczas ogromną skalę. Często widzimy tylko to, co było pokazywane w filmach (bale, brydż, fajfy). Ludzie filmu zresztą specjalnie takie życie w kinie chcieli pokazywać, po to, by widzowie choć na chwilę zapomnieli o problemach codziennych (a to, że nie wszystkim się ten pomysł podobał, to już inna sprawa, pisałam o tym w recenzji "W starym polskim kinie"). Ja akurat zdaję sobie sprawę z tego, jak mogło wyglądać życie przeciętnego człowieka, zresztą jestem po historii, więc źle by ze mną było, gdybym nic o tym nie wiedziała.

    Zazdroszczę znajomości klimatu tamtej epoki z życia codziennego, rodzinnego. Moi dziadkowie wzięli ślub po wojnie, w dniu jej wybuchu mieli po kilkanaście lat. Ale "W starym kinie" oglądałam. Z rodzicami. :) A Eugeniusza Bodo pokochałam w wieku 13 lat. :)

    Pozdrowienia! :)

    P.S. Chyba wydzielę na podstronie z wyzwaniem specjalne miejsce na posty i artykuły nie będące recenzjami. Tam też znajdzie się Twój dzisiejszy tekst. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z przyjemnością poczytałam Twój post.
    To ciekawy okres w tamtym stuleciu. Lubię go oglądać na filmach, a także mam za sobą książki opowiadające o tamtych czas.Pamiętnik Pani Hanki - Mostowicza i inne jego książki.Filmy typu " Wielki Gatsby czy "Zeldę" Nancy Milford . Stroje kobiet, fryzury, piękne samochody, eleganccy mężczyźni u muzyka tamtych lat. To wszystko miało niezwykły, niepowtarzalny klimat.)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny tekst, moi dziadkowie byli małżeństwem powojennym, tak więc dwudziestolecie to okres ich dzieciństwa i niewiele mogli mi opowiedzieć, a pradziadków niestety nie miałam okazji poznać, czego szczerze żałuję. Przez wojnę zachowały się jedynie zdjęcia i ogromny zegar.
    Jak pisze Elviska, to był okres balów i stylu, ale też biedy i bezrobocia, a mimo to, jakże inaczej świat wyglądał i Polska, niż dzisiaj. I dlatego uwielbiam tamte czasy i z przyjemnością czytam i oglądam to co zostało napisane/nakręcone w tamtych latach, jak i obecnie wydawane książki choćby Pana Kopra.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz, mnie się tamte czasy podobały praktycznie 'od zawsze', bo mam wiele zdjęć rodziny właśnie z tamtych lat. Potem zaczęłam czytać o artystach przedwojennych, mam małego fioła na punkcie Aleksandra Wertyńskiego, zbieramy z mężem starocie z lat międzywojennych no i bardzo, bardzo się cieszę, że międzywojnie przeżywa swoisty renesans.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pozwolicie, że odpowiem w jednym komentarzu :)
    Cieszę się, że zainteresowały Was te moje wspominki - ja zawsze mam obawy, że takie wspominanie jest interesujące tylko dla samych wspominających.

    Ja bardzo długo nie zdawałam sobie sprawy z unikalności domu moich dziadków, bo znałam go od urodzenia - to było dla mnie coś normalnego, zwykłego. Dopiero, gdy zaczęłam poznawać domy moich szkolnych koleżanek, a w rozmowach dowiadywać się o ich rodzinach - zorientowałam się, że nie wszędzie jest tak. Choćby z tego powodu, że niektóre koleżanki, jako najmłodsze w rodzinie, już nie miały swoich dziadków. Nie miały takich domów z tradycjami.
    A ja dodatkowo mam jeszcze źródło informacji w osobie mojego Taty, który pamięta zadziwiająco dużo sprzed wojny (w momencie wybuchu wojny miał 7 lat). Opowiada mi bardzo dużo historii rodzinnych, które chcę jak najszybciej zapisać, bo czas jest bezlitosny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz szczęście.Moi dziadkowie też pobrali się na samym początku lat 20.Czekali na siebie 5 lat, gdyż gdy się poznali dziadek miał 16 a babcia 21 lat. Gdyby nie druga wojna światowa byłoby się im lepiej wiodło, gdyż dziadek był urzędnikiem państwowym i pracował w więziennictwie.W Tarnowie jednak pewno mieszkali służbowym mieszkaniu, później była ucieczka na wschód, szczęśliwy powrót i osadzenie dziadka za pomoc więźniom na Wiśniczu, gdzie spędził 18 m-cy dopóki go partyzanci nie odbili. Rodzina jego wróciła na wieś, gdzie było biednie, więc nie mogło być tak, jak u Twoich dziadków.
      A dzisiaj jestem już najstarsza w rodzinie.Pamiętam jednak sporo z opowiadań dziadków, moich rodziców i dzisiaj żałuję, że nie spisywałam sobie tych wspomnień, ale brak mi daru pisania.)

      Usuń
    2. Nie przekreślaj z góry swojego sposobu pisania, bo on jest Twój indywidualny i nie musisz z nikim się porównywać, ani zaniżać samooceny. Ja tak się tu mądrzę, a sama mam problem przez całe życie właśnie z samooceną.
      Już tych kilka zdań, które tu napisałaś o swoich dziadkach zawiera tak wiele materiału. A powinniśmy zapisywać, niezależnie od tego jak oceniamy własne umiejętności.
      Bo robimy to przecież dla siebie i dla naszych dzieci i wnuków.
      I jeśli tylko coś pamiętasz usiądź i zapisuj - wszystko jedno w jakiej formie. Ważne, aby zacząć - później już jest tylko łatwiej :)

      Usuń
    3. Zgadzam się! Zresztą spisujemy po to, by zachować pamięć o przeszłych pokoleniach. Nie robimy tego na jakiś konkurs. Nasze notatki nie muszą przecież ujrzeć światła dziennego, mogą być przeznaczone tylko dla najbliższych, dla przyszłych pokoleń. :)

      Usuń
  6. Ja bardzo lubię czytać czyjeś wspomnienia. Zapisanie historii rodzinnych jest bardzo ważne, sama gromadzę informacje o moich przodkach. Nie są może one jakieś szczegółowe, ale fajnie będzie za jakiś czas opowiedzieć (czy przeczytać, bo ja to zapisuję) swojemu dziecku o jej prapradziadku, który jako jedyny wtedy z rodziny wyruszył statkiem w podróż do Stanów Zjednoczonych. Fascynują mnie stare fotografie rodzinne. Nawet o tym kiedy pisałam przy okazji notki o tym albumie: http://czytelnicze-zacisze.blogspot.com/2012/08/tylko-fotografie-nie-licza-sie-z-czasem.html

    Dobrze, że mi o tym przypomniałaś, bo ostatnio się opuściłam w spisywaniu historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam słabość do starych fotografii rodzinnych, często je oglądałam i nadal lubię do nich wracać. Dziwne, ale za każdym razem coś nowego na nich znajduję.
      Mam trochę zdjęć robionych przez mojego dziadka, który był pasjonatem fotografowania. Nawet zachował się aparat, którym robił te zdjęcia.
      A historie rodzinne trzeba zapisywać, koniecznie :)

      Usuń
    2. Mam tak samo, ciągle natrafiam na coś nowego w nich. :) Moi przodkowie nie byli pasjonatami fotografii, ale na szczęście zachowało się trochę zdjęć z rodziny od strony mojej mamy. Niestety od strony taty mam dosłownie kilka fotografii. Reszta poginęła. :( Ale wspomnienia taty są ciekawe. Gdy pisałam pracę mgr był tam rozdział o rabacji galicyjskiej. Przeczytałam to tacie i on przypomniał sobie, że kiedy miał kilkanaście lat (czyli gdzieś początek lat 60.), jego stryj opowiedział mu przekazywaną z pokolenia na pokolenie historię o tym jak "chłopi zarzynali piłami swoich panów".

      Przepraszam, że nie na temat, tak mi się przypomniało.

      Usuń