poniedziałek, 31 grudnia 2012

Koniec starego roku...

 "Przez całe popołudnie dużo było hałasu, bieganiny i krzyku, ale teraz już wszystko gotowe. Sala przybrała wygląd olbrzymiego namiotu, którego dachem były kolorowe wstęgi, zwisające promienisto od środkowego pająka do lamp przyściennych. Żarówki owinięto i obwieszono barwnymi bibułami, a na pierwszym piętrze, w gabinecie, urządzono "pawilon szampański". W bufecie ciasno; stały tam cebry zapełnione lodem i flaszkami, a półki, szafy, lodownie i miejsca pod biurkiem i wodociągiem zapchane były baterią koniaków i win. Sala, nabita stołami, błyszczała się migotała od szkła i porcelany - a co stół, to inaczej, bo każda lampa w innego koloru bibułę była owinięta. Kelnerzy i pikole teraz jeszcze chodzili po rewirach, ustawiali wachlarze z serwet i uzupełniali nakrycia, a ponieważ goście, z góry płacąc po dziesięć lub dwadzieścia złotych - pozamawiali stoliki, więc wizytówki ich kładziono na kieliszkach lub przytwierdzano do tabliczek z napisem: "zajęty". Goście, którzy już raz zasiądą do stołu, nie opuszczą go do rana, ale to wystarczy, albowiem jeden stół w noc sylwestrową więcej daje targować niżeli cały rewir w zwykły wieczór".(...)
                                             Henryk Worcell "Zaklęte rewiry" rozdział dziesiąty

Ten fragment powieści,  powstałej w latach 30-tych XX wieku,  pokazuje organizację i przebieg sylwestrowej zabawy od strony obsługi, czyli pracowników restauracji hotelu "Pacyfik".
O samej powieści napiszę później (a więc już w nowym roku 2013), bo teraz na kilka godzin przed północą nastrój powinien być jak najbardziej szampański i zabawowy. Nawet jeśli to nastrój domowego zacisza w małym gronie.

Bale (nie tylko sylwestrowe) znajdziemy w przedwojennych powieściach i filmach.


A z powojennego dorobku polskiej kinematografii zawsze przypomina mi się przy okazji tematyki sylwestrowej film "Dziewczyna z dobrego domu" z 1962 roku.
O filmie można przeczytać tutaj. Podoba mi się to początkowe zdanie: 
"Opowiadana wspaniałą jazzową muzyką Andrzeja Kurylewicza historia Joanny, która w sylwestrową noc porzuca mieszczańskie zasady dla spontanicznej zabawy"


Oglądałam film kilka razy i pozostanie dla mnie miłym  wspomnieniem lat dzieciństwa, kiedy moi rodzice bawili się na jednej z takich zabaw. W rodzinnym albumie jest nawet kilka zdjęć, które wspaniale ilustrują poziom zabawy. Fotograf bawił się równie dobrze, jak pozostali uczestnicy spotkania - co widać na ukośnych ujęciach "tańczących" chyba stołów.

Do Siego Roku!

sobota, 22 grudnia 2012

Prawa rynku działają

Nie planowałam tego posta, bo sprawa jest mi kompletnie nieznana. Może nie tyle sprawa, ile konkretny podmiot gospodarczy, czyli pewne wydawnictwo. Kiedyś dawno temu ( o czym zupełnie zapomniałam, ale przypomniały mi teraz wpisy na blogach), trafiały do mnie kilkakrotnie kolorowe ulotki reklamujące sprzedaż jako klub książki na odległość. Ja nigdy niczego nie kupuję na zasadzie "kota w worku". Pamiętam z dawnych czasów istnienie "Sklepu sprzedaży wysyłkowej" i jego marniutkie katalogi. Nomen-omen magazyn wysyłający zamówione towary miał siedzibę w moim mieście. Wtedy , jako dziecko nie rozumiałam tego, że można coś zamawiać na poczcie, zamiast iść po ten towar do sklepu.

Nie zainteresowała mnie oferta tego książkowego klubu (żadnej z proponowanych wtedy książek nie kupiłabym), zresztą  nie planowałam regularnych zakupów, a szczególnie pod przymusem jakiegoś zobowiązania. To mi zupełnie nie odpowiada - chcę kupić książkę, to ja decyduję kiedy i jaki tytuł. A nie terminarz narzucony przez firmę, która mi coś narzuca za moje pieniądze. Dodatkowo w tym czasie, po latach "dorabiania się" zaczęliśmy z mężem odczuwać coraz bardziej deficyt miejsca. No i nie mamy pałacu, do którego można dobudować tak po prostu nowe skrzydło na bibliotekę.

Nie mam podstaw do wypowiadania się na temat tego wydawnictwa, bo nic o nim nie wiem. Nie kupowałam, nie interesowałam się co wydają.
A teraz, czytając posty w akcji obrony zagrożonej firmy, czuję niesmak.
Taka obrona, takie zaangażowanie ... chyba godne lepszej sprawy.  Oczywiście ja tak uważam, a widzę, że większość wpisów na blogach to zupełnie inne spojrzenie na to wydarzenie.

Ja nie dołączę do akcji ratowniczej, bo nie mam swojej strony, nie mam jakiejś tablicy do powieszenia linków  i nie mam innych obcobrzmiących fanowych pagów na FB. Nie odpowiada mi ta wszechstronna inwigilacja sieciowa i nigdy nie założę tam konta.
Ale zauważyłam, jak mocno dali się zmanipulować FB, ludzie po 40, po 50. Dostosowują swoje życie, swoje zwyczaje, kontakty ze znajomymi do zasad narzuconych przez FB - żenada... To tylko świadczy o braku wyobraźni, o bezmyślności. O młodych ludziach nie wspominam, bo to już zupełnie stracona sprawa.

A wracając do aktualnego tematu.
Nie komentuję ani wydarzenia, ani wpisów na blogach o tym, ani akcji ratowania.
Bo nie odczuwam wielkiej tragedii z tym związanej. Nie mamy dobrej, mądrze zaplanowanej polityki wydawniczej, planów daleko wybiegających w przyszłość, kształcenia i wychowywania czytelnika.
Mamy drapieżny kapitalizm, któremu jest wszystko jedno, czy wydaje książki, czy szyje majtki.

A wydawało się, że bezpowrotnie minęły czasy, gdy w latach międzywojennych pojawiały się książki z wydrukiem na tytułowej stronie: "Wydano nakładem własnym autora"

niedziela, 16 grudnia 2012

90 lat temu...

(...) - Prędzej, prędzej! bo się się spóźnimy!... - Aptekarz od rana popędzał Amelkę i panią Raczyńska, nie dał im ani ubrać się spokojnie, ani zjeść. Pani Raczyńska, z wypiekami na twarzy, biegała między oficynką, gdzie po ślubie Amelki ulokowani małe, a mieszkaniem aptekarzostwa na pierwszym piętrze. Jej chudoba była i tu i tam.
- Gdzie mój żabot?! Dopiero co byłam w oficynce i znów muszę wracać. Już nóg nie czuję!
   Amelka najspokojniej w świecie ubierała się w swej sypialni. Głęboko o czymś zamyślona. Ale gdy usłyszała zniecierpliwiony głos aptekarza-męża, ręce jej zadrżały i puder posypał się na czarną suknię.
   - Czyś już gotowa? Nareszcie!
   Na ulicy wszyscy troje obrzucili się uważnym spojrzeniem. Aptekarz w futrze z fokami, pani Raczyńska w czarnym płaszczu z kołnierzem skunksowym. Amelka w karakułach. Zdenerwowanie minęło i poczuli się jakoś dobrze. 
   - Czy pojedziemy?
   - Nie, przejdziemy się.
   Tramwaje nie szły. Na ulicy panował senny spokój. Amelka ostrożnie stawiała stopy w cienkich pantofelkach. Udała, że to przez zapomnienie nie wzięła kaloszy. - Ach, zapomniałam kaloszy. - Ale aptekarz za nic w świecie nie chciał zawracać, a pani Raczyńska gniewnie zacisnęła usta. Wiedziała dobrze, ze Amelka zrobiła to umyślnie, przez głupią elegancję. Chodnik zalegało błoto tak dalece, że aż chlupało pod nogami. Naturalnie, w takim dniu nikt nie myślał o sprzątaniu.
   - A jednak właśnie dziś powinni uprzątnąć! - rzekła głośno pani Raczyńska.
   Aptekarz ze względu na swoje przekonania polityczne nie wiedział, czy to lepiej, czy gorzej, że nie jest sprzątnięte; czy to źle, czy dobrze, że nie idą tramwaje? A więc przemilczał. pozostawała kwestia, dokąd się udać wobec opóźnienia? - Jak mama myśli, czy pod Belweder, czy na plac Zamkowy?
   Pani Raczyńska była zdania, że jeśli już mają "coś widzieć", to muszą iść w stronę Belwederu. Na placu Zamkowym kondukt ma tylko kilkanaście kroków do Zamku, skręci do bramy i już. Czy przez taką chwilę można będzie coś zobaczyć? (...)

   Na Rymarskiej natknęli się na delegację  Żydów w długich i uroczystych chałatach. Aptekarz zauważył ironicznie: - Bez nich tam się nie obejdzie!... Pani Raczyńska zwróciła uwagę na flagi opuszczone i zdobne w kokardy z krepy. W sklepach wystawiono portrety  zamordowanego prezydenta. Pani Raczyńska wpadła w podniosły nastrój i zaczęła szeptać "wieczny odpoczynek". Ale aptekarz, gniewny i podniecony, zwrócił na nią swe spojrzenie i wargi jej przestały się poruszać
   - Inaczej nie mogło się to skończyć! - rzekł posępnie.
   - Ale... dlaczego? - zapytała Amelka melodyjnie i bezmyślnie.
   Aptekarz przystanął i wybałuszył na nią swe blade oczy. Amelka zmieszała się. - Jak to  dlaczego? Tyle razy ci tłumaczyłem, a ty znów nic nie wiesz?! Wybrano go wbrew woli narodu, znieważono naród, ponieważ wybrali go Żydzi, komuniści i socjaliści... - Amelka przypomniała sobie gazety czytywane głośno przez aptekarza, słowo w słowo to samo. Chodząca gazeta. Skinęła głową, a aptekarz ruszył naprzód, rozgoryczony. Po raz pierwszy powziął podejrzenie co do wlepionego weń spojrzenia żony przez wszystkie te wieczory, gdy odczytywał głośno gazetę, a ona siedziała naprzeciw, zajęta szyciem sukienek barchanowych dla biednych dzieci parafii i słuchała z natężoną uwagą. A jeśli otworzyła usta, to tylko po to, aby wydać okrzyk zgrozy, przestrachu, oburzenia, co świadczyło, jak żywy brała udział w śledzeniu wypadków politycznych. A teraz najspokojniej w świecie zadaje takie pytanie! (...)

   Amelka, idąc za mężem, z roztargnieniem wodziła oczyma po plakatach rozlepionych gęsto na murach. - Obywatele, Polacy! Bracia Chłopi! Ludu pracujący! Towarzysze! Narodzie! Synowie i córki nasze! - Nic nie rozumiała, to prawda, to jej się w głowie pomieścić nie mogło; zdawało się teraz, że cały naród żałuje, a przecież znaleźli się tacy, co zabili prezydenta. Aptekarz, jej mąż, usprawiedliwiał to zabójstwo, to jedno tylko zrozumiała z jego mętnych wywodów, a teraz idzie na pogrzeb. Dlaczego?
   Czego  chcą socjaliści, kto to są narodowcy? (...)

   Ukazało się duchowieństwo, długi szereg habitów zakonnych, z zapalonymi światłami. Trumna nadpłynęła z wysoka, okryta sztandarem. Głuchy łomot kopyt końskich padał nieodwołalnymi uderzeniami. Amelka ujrzała tuż za trumną młodzieńca; wzrok jego sunął po tłumie zalegającym chodnik. Syn - To syn - szeptano. Zdawało się Amelce, że przez moment wzrok ten dotknął jej twarzy pytającym spojrzeniem, i zadrżała. Wzniosły się westchnienia. Wśród żałobnego tłumu zabielały wyciągane pospiesznie chustki.(...)

I pomyśleć, że można oddać życie za coś podobnego, za ten tłum wokół, rządzony najsprzeczniejszymi uczuciami, otępiały i nieświadomy!... (...)

Pola Gojawiczyńska "Rajska jabłoń" 1937, fragmenty rozdziału III 



Gabriel Narutowicz — pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
   

sobota, 15 grudnia 2012

"Restauracje w II Rzeczpospolitej"

Przenosząc się myślami do lat dwudziestolecia międzywojennego, w zależności od własnego nastroju i humoru, postrzegam różnie tamten czas. Tak jakoś samo się wszystko dopasowuje w danej chwili - odpowiednia książka, temat, film, czy piosenka... Obraz bywa beztroski, wesoły i kolorowy jak w lekkiej komedii z tak dobrze znanymi piosenkami... bywa też ponury, smutny, beznadziejny, tragiczny w czarnych barwach...
Czasem wtrąca się przypadek i podsuwa w bibliotece odpowiednią do nastroju lekturę...

Niedawno przypadek podsunął tę książkę


To wydanie dużego formatu - w sensie dosłownym, więc jestem bardziej skłonna zaliczyć go do "wydawnictw albumowych". Chociaż treść także posiada i to nawet sporo - zamieszczoną w rozdziałach:

Szczypta historii, Restauracje tradycyjne, Lokale hotelowe, Restauracje na morzu, Kawiarnie
Handelki, bufety, bary
Knajpy, mordownie, meliny
Restauracje i kawiarnie lwowskie.

W poszczególne rozdziały wplecione są różnorodne ciekawostki -  jednak tego rodzaju książkę chce się przede wszystkim oglądać i tutaj czytelnik rzeczywiście znajdzie ciekawe fotografie ilustrujące tamten czas.
Same fotografie mówią nam bardzo dużo, jeśli tylko odpowiednio je obejrzymy. Dla mnie właśnie one są najważniejszym elementem tej książki. Żaden słowny opis nie odda prawdziwego - "właśnie tamtego" wyglądu sali, dekoracji stołu, urządzenia baru, pokazu mody, zabawy na dancingu, czy nawet takiego drobiazgu jak rachunek z restauracji.
Nie wypowiadam się o stylu, w jakim książka została napisana, bo nie zachwycił mnie.
Mówiąc krótko - miałam wrażenie, że czytam szkolną pracę "na temat".

"Restauracje w II Rzeczpospolitej" tekst Łukasz Fiedoruk, Wydawnictwo Dragon, Bielsko-Biała 2011

wpis dodaję do wyzwania "Lata dwudzieste, lata trzydzieste"

piątek, 14 grudnia 2012

Modne lata trzydzieste

"Lata dwudzieste, lata trzydzieste.. kiedyś dla wzruszeń będą pretekstem" - to słowa filmowej piosenki, którą przed laty śpiewał młody Tomasz Stockinger.
Od pewnego czasu obserwujemy prawdziwą eksplozję zainteresowania okresem naszego dwudziestolecia międzywojennego. Na rynku wydawniczym pojawiają się książki  i wydawnictwa przybliżające czytelnikowi tamten świat, bezpowrotnie zniszczony II wojną światową i jej skutkami politycznymi.
To w pewnym stopniu "odreagowanie" na lata milczenia i odrzucenia tej tematyki na margines w latach powojennych. O sanacyjnej Polsce nie mówiono bez potrzeby, a jeśli już -  to najczęściej źle -  w kontekście błędów i wypaczeń politycznych oraz wyzysku człowieka przez człowieka. Wykluczenie dotyczyło także literatury, tak jak chociażby w przypadku objęcia cenzurą prawie wszystkich powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.

Teraz, przez uchylony lufcik, wpadają także lżejsze tematy - takie jak życie towarzyskie, wypoczynek, elity, ziemiaństwo itd.  W tym zachwycie, który wywołuje w nas dawnych wspomnień czar, nie powinnyśmy jednak zapomnieć o ciemnej stronie ówczesnego życia - o takich zjawiskach jak podział klasowy,  bezrobocie, analfabetyzm, bieda i głód. I nie są to zjawiska porównywalne do obecnych - ich wymiar był o wiele większy, bardziej tragiczny i bezlitosny. Mocno zapadło mi pamięci ogłoszenie, które znalazłam w przedwojennej gazecie, dane przez osobę z wykształceniem średnim (co było wtedy o wiele więcej warte niż dziś):  "Przyjmę jakąkolwiek pracę"

Jakie jest moje zainteresowanie tamtymi czasami?
To dziś może wydawać się dziwne, ale ja je znam z życia codziennego w domu moich dziadków, dla których początek lat trzydziestych był początkiem ich małżeństwa (pobrali się 1 931 roku)... to były lata ich wspólnej młodości. Ten przedmiotowy początek wspólnego gospodarstwa przetrwał wojnę i był wyposażeniem ich mieszkania do końca życia. Dom dziadków to była enklawa, prawdziwa wyspa inności...
Meble, w charakterystycznym dla tych lat stylu, takie jak na tej wystawie w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi (ekspozycja jest za szybą, stąd na zdjęciach pionowe kreski)



Komplet do sypialni miał w swoim składzie również toaletkę z dwuskrzydłowym lustrem wraz ze specjalnym niskim wyściełanym taborecikiem. Uwielbiałam na nim przesiadywać, wąchać perfumy we flakoniku z gruszką okrytą ozdobnymi frędzelkami, przeglądać się w lustrze ze wszystkich stron.
Większość wyposażenia mieszkania - meble, fortepian, sprzęty codziennego użytku i przeróżne "zbędne" bibeloty, wyposażenie kuchni itd - to właśnie przedwojenne nabytki. A oprócz nich mnóstwo książek, gazety, płyty  (był i patefon na korbkę), nuty. W zbiorze nut były także jedno-, dwustronicowe wydawnictwa modnych piosenek, tzw. "szlagierów" (najczęściej piosenek filmowych).
Jeśli do tego dodam ciągłe wspominanie  i opowiadanie o tamtych czasach, przy okazji i bez okazji - szczególnie babcia nigdy nie zaakceptowała nowych porządków w państwie, słuchanie płyt (między innymi z piosenkami w wykonaniu lwowskiego duetu Szczepcia i Tońcia), regularne oglądanie każdego programu  telewizyjnego "W starym kinie"...
a w tym wszystkim ja - od dziecka przebywająca w tej atmosferze...
Chyba nie mogło być inaczej, że tamte minione lata są  bliskie memu sercu...

Pozostały mi zdjęcia w rodzinnych albumach i trochę pamiątek z dawnego domu dziadków... a samego domu też już nie ma... rozebrany...

Te kilka słów osobistej refleksji wywołał temat wyzwania na blogu Doroty (Elviski) - tu zaproszenie, do którego postanowiłam dołączyć. W kolejce na wpis czekają książki z moich zbiorów, czytane nie jeden raz.
Jednak w następnym poście znajdzie się książka-album wypożyczona z biblioteki.

czwartek, 13 grudnia 2012

Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy



"Powieść Najdłuższa wojna powstała na podstawie mojej wersji scenariusza filmu Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy. (...) Temat wydał mi się frapujący - sto przeszło lat historii Wielkopolski pod pruskim zaborem, sto lat walki o świadomość narodową (...)


Zacytowałam fragment posłowia od autora, bo jest najlepszym wyjaśnieniem charakteru książki i jej poziomu literackiego.W moim odbiorze to nie jest powieść wysokich lotów - mimo literackiego przetworzenia scenariusza w tekst fabularny, pozostał on nadal materiałem surowym i niewykorzystanym w pełni. Scenariuszem, jak byśmy dziś powiedzieli, po lekkim liftingu. Dodatkowo jest to wyraźnie twór swoich czasów  (serial  wyprodukowany przez Telewizję Polską w latach 1979-1981).  Tekst chwilami tendencyjny - taki trochę socjalistyczny produkcyjniak.
Język też chropawy, bardziej przypominający dziennikarski szybki zapis, niż klasyczną powieść.

W mojej ocenie autor nie sprostał zadaniu. Widać to już w trakcie lektury - nie stworzył prawdziwej powieści, chociaż materiał miał bardzo dobry. I chyba zbyt obszerny dla jego możliwości warsztatowych... aż się prosiło rozszerzenie, napisanie nie jednego, ale nawet kilka tomów powieści. Upchnięcie w jednym tomie stu lat historii Polski, bogatych w tak ważne wydarzenia, to jednak nieporozumienie. Dla mnie to stworzenie jakiegoś koncentratu powieściowego...

Dlaczego więc piszę o tej książce, skoro mam do niej takie zastrzeżenia?

Główną zaletą tej pozycji książkowej jest dla mnie samo podjęcie tematu, przybliżenie czytelnikowi tego fragmentu historii Polski. Dla takiego odbiorcy jak ja - osoby z innej dzielnicy Polski (nie mającej żadnej rodziny, ani znajomych w poznańskim), to kolejne źródło wiedzy. Tym łatwiej przyswajalne, że podane w formie opowieści o ludziach. O ludziach sławnych - prawdziwych postaciach historycznych - Dezydery Chłapowski, Hipolit Cegielski, Emilia Sczaniecka, Ignacy Paderewski, Wojciech Korfanty, hr. Raczyński, Otto von Bismarck, Róża Luksemburg.
I o ludziach zwykłych, którzy niczym szczególnym nie zapisali się na kartach historii.

W tym zestawieniu serial - książka,  w mojej ocenie bez dyskusji wygrywa film.
To zasługa doskonałej obsady, z najlepszymi naszymi aktorami w tamtym czasie. Niektórych już nie ma wśród nas, możemy jeszcze oglądać ich na ekranie.
Na tej stronie  można znaleźć informacje o serialu i jego obsadzie aktorskiej.

Książkę rozpoczyna rok 1815, gdy  następuje przejęcie Poznania przez władze pruskie, a do zaniedbanego majątku ziemskiego wraca pułkownik Cesarza - Dezydery Chłapowski. Tu też pojawia się pierwszy Frankowski, Józef , którego potomkowie są bohaterami wydarzeń aż do ostatnich kart książki.

Autor zastosował podział treści na rozdziały poprzedzone wstępem historycznym.
Interesujący nas rok 1918 pojawia się w ostatnim, XI rozdziale książki - "Wydarzenia, zapiski, raporty".

Potomek byłego szwoleżera, Jan Frankowski, wraca do Poznania 1 listopada 1918 roku.
Wybuch wojny zastał go w Krakowie, później był w legionach, teraz  wraca do siostry (jedynej z najbliższej rodziny). Nawiązuje kontakty, szuka starych znajomych -  szybko dowiadujemy się, że jest po prostu agentem wywiadu.
W treść wydarzeń wplecione są cytaty z ówczesnych gazet, z tajnych raportów, z meldunków wywiadowczych, z prywatnych listów m.in. do Piłsudskiego, tekstu Odezwy Rady Robotników i Żołnierzy w Poznaniu itd.
To czas gromadzenia broni i wiadomości, ale także niepewności, chaosu i podziału politycznego między poszczególnymi grupami, a właściwie braku kontaktów i współpracy.
W rozmowach bohaterów przewijają się wątki działalności konspiracyjnej Polaków, skautingu i Polskiej Organizacji Wojskowej, sytuacji w Niemczech, zagrożeniach ze strony Grenzschutzu, postaw roszczeniowych Niemiec (mimo przegranej wojny), no i stosunku państw Ententy do problemu polskiego - drobnego, ale dokuczliwego kłopotu. Zawsze byliśmy dla "wielkich" mało ważni - do dziś przez lata niewiele się nie zmieniło.

Coraz częściej w tamtych gorących dniach mówi się o tym, że nie ma co liczyć na pomoc Warszawy, że trzeba samemu wywalczyć niepodległość. Wydarzenia toczą się szybko, każdy dzień przynosi zmiany i nowe, często sprzeczne wiadomości. Wbrew urzędowemu zakazowi Niemców do Poznania przyjeżdża  Paderewski...
Mimo rozdźwięków wśród Polaków i braku jednolitej organizacji militarnej, dochodzi do Powstania, które zakończy się zwycięstwem.


"Powstania były dotąd dla Polaków synonimem klęsk, powodowały represje i wzmagały akcje antypolskie i antyniepodległościowe. Tymczasem Powstanie Wielkopolskie było zwycięskie i nie miejsce tu na dywagacje, jakie czynniki się na to złożyły. Wielkopolanom sukces ten nie przyszedł łatwo. Jednak zwycięstwo jest zwycięstwem i nikt już tego faktu nie wymaże z historii. Być może ktoś uzna, że niepodległość została nam darowana. Ale przecież niepodległość nie może być przedmiotem darowizny. (...)

10 stycznia 1920 roku wszedł w życie Traktat Wersalski i rozpoczęto przejmowanie ziem przyznanych Polsce.
Ósmego marca generał Dowbór-Muśnicki wydał rozkaz o likwidacji frontu wielkopolskiego".
                                                                                                     "Najdłuższa wojna" roz. XI


Andrzej Twerdochlib "Najdłuższa wojna", Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1988

sobota, 1 grudnia 2012

Rosyjskie klimaty

Gdy usłyszałam o kolejnej nowej filmowej wersji tragicznej historii Anny Kareniny, pierwszą moją  myślą było: "to znowu będzie nie TO". Celowo używam słowa "wersja" , nie "ekranizacja powieści".
W moim odczuciu tylko Rosjanie powinni przenosić swoją literaturę na ekran, podobnie jak my naszą - pierwszy przykład to amerykańskie "Quo vadis". 
Żadna z wielkich produkcji realizowana poza Rosją i przez ludzi nie będących Rosjanami, przy największym nawet nakładzie sił i środków, przy dbałości o szczegóły i tak nie odda prawdziwego klimatu tych powieści.

Takie mam zawsze odczucia widząc Omara Sharifa jako doktora Żywago - nie, jednak Egipcjanin w roli Rosjanina to jak dla mnie zbyt dalekie powiązania (pomimo uznania i nagród dla aktora).

Oglądając taką amerykańską "Wojnę i pokój", nawet z moją ulubioną aktorką na ekranie,


nie znajduję tam rosyjskiego ducha - ogólnie mówiąc tego wszystkiego, co potrafi odczuć i odnaleźć w literaturze rosyjskiej czytelnik bliższy geograficznie i kulturowo. Taki właśnie sąsiad "zza miedzy", jak my w Polsce.
Nie biorę pod uwagę politycznych zaszłości między nami, bo to uniemożliwiałoby jakiekolwiek porozumienie.

Takie realizacje zawsze będą jakąś wersją, czyjąś interpretacją tematu i najlepiej w ten sposób je odbierać.
Nie liczyć na filmową odsłonę powieści, ale spodziewać się filmowej ilustracji w obrazkach.

Przedwojenna "Anna Karenina" z Gretą Garbo



czy najnowsza z Keirą Knightley, to po prostu historie miłosne.



I raczej nie należy analizować i porównywać filmów z pierwowzorem powieściowym... to tylko powoduje zdziwienie, niezadowolenie, zaskoczenie, rozczarowanie  widzo-czytelnika...