czwartek, 29 listopada 2012

Listopadowo beznadziejnie

Byle jaki ten listopad, głównie pod względem suszy. Nie akceptuję takiej pogody, zbyt przyzwyczajona jestem do naszych prawdziwych polskich pór roku.
Przypominają mi się inne jesienne dni, gdy w kręgu lampy nad moim stoliczkiem do odrabiania lekcji wytwarzał się  mój mikrokosmos - ciepły świat bezpieczeństwa. Za oknem siekł lodowaty deszcz, wiatr targał gałęziami drzew, a na dach spadały dziesiątki orzechów turlających się radośnie. Wielki orzech włoski rósł tuż przy naszym domu i to jego gałęzie tak szurały niesamowicie nad moją głową. Siedziałam i czytałam oczywiście kolejne książki, zamiast odrabiać lekcje. Nie zapalałam górnego światła, polubiłam ten krąg lampy, a dodatkowo mrugała na zielono szybka cicho mruczącego radia. Czasami pod nogami układał mi się żywy dywanik w postaci naszego pieska kundelka...

Teraz mija listopad bezdeszczowy (nowe kaloszki w gustowną kratkę stoją bezużytecznie w przedpokoju), ale ja za to tradycyjnie załapałam się na kolejną infekcję górnych dróg oddechowych - tak zawsze lekarze określali moje choróbska, unikając jak ognia słowa "grypa".  Pewnie i tym razem nie mam grypy... nie wiem co mam, bo nie chce mi się wlec do przychodni w celu zbadania przez fachowca. No, ale może się jednak okazać, że "nie chcem, ale muszem", jak domowe środki nie zadziałają.
A na moich blogach cisza, bo myśli wystarcza tylko na czytanie co u innych nowego i ewentualnie kilka słów komentarza (w przerwach na kaszel).
I chyba wszystkiemu winna komunikacja miejska, a dokładniej pewna osoba kaszląca niekulturalnie na innych... a nie było gdzie uciec...

*****************************************************

"Przy kolacji kichała na całą kuchnię. Mąż był zasłonięty gazetą i czytał jakieś dłuższe i wyczerpujące przemówienie, ale ja znalazłam się pod bezpośrednim ostrzałem.
- Kichaj w chusteczkę - powiedziałam.
- Kiedy nie mam chusteczki - powiedziała Anula przez nos.
- Ty masz katar - zaniepokoiłam się.
- Od rana.
- No to aspiryna, herbata z sokiem malinowym i marsz do łóżka - zarządziłam energicznie.
- A jutro?
- Jak to jutro?
- Czy mogę nie iść do szkoły?
Zamilkłam. Od rana miałam siedzieć twardo za biurkiem i pracować.
   Mąż wychynął zza gazety. Był wyraźnie wyczerpany tym przemówieniem.
- Głowa mnie boli - jęknął.
   Przeraziłam się.
- I mdli mnie. Pewnie trychinoza - powiedział ponuro.
- Dlaczego trychinoza? krzyknęłam.
- Bo to są objawy. Weź Encyklopedię Zdrowia, to zobaczysz. Zresztą może grypa, czy ja wiem. Te same objawy.
- Jak ciocia będzie patrzyła w encyklopedii - powiedziała Anula słabym głosem - to niech ciocia od razu zobaczy, czy to, co ja mam, to katar.
Kichnęła siarczyście na męża.
- Zlituj się - krzyknął i podał jej swoją chusteczkę.
- Rozsiewasz kropelkowe zakażenie.
   Pobiegłam po encyklopedię. Z trychinozy na szczęście nici, bo mężowi brakowało wielu bardzo ważnych objawów. Natomiast kataru w ogóle nie było.
- No tak - oburzyła się Anula. - U nas to tak ze wszystkim. W podręczniku fizyki też nie ma różnych rzeczy, a potem z tego pytają".
 Ale ja na pewno mam katar, bo kicham.
Kichnęła.
- Idź do łóżka - powiedział mąż. - Zmierzysz temperaturę. Potem ja zmierzę. Zobaczymy.
- Razem chorować nie możecie! - krzyknęłam.
- A ona pewnie ma nieżyt nosa. Objawy te same, co przy katarze.
  Anula miała trzydzieści siedem i dwa. Mąż trzydzieści sześc i sześć. Był bardzo niezadowolony. Dałam mu dwa proszki z krzyżykiem i położył się na tapczanie z Encyklopedią Zdrowia.
  Anula położyła się do łóżka bardzo zasmarkana i bardzo zadowolona. Nawet bez gadania umyła zęby, bo potem całe lustro w łazience było zachlapane pastą do zębów "Odol".
  Rano mąż jeszcze miał ból głowy, ale poszedł do pracy bez większego oporu, mrucząc tylko pod nosem, że pewnie ma chorobę Banga , bo o niej przeczytał  i właśnie ma objawy.
- Objawy to jeszcze nie choroba - powiedziałam krótko."
                                         Maria Zientarowa "Wojna domowa", fragment rozdz. "Nieżyty", 1964 r.

*********************

To mi przypomina "Trzech panów w łódce, nie licząc psa." Tam jeden z panów, miał wszystkie choroby z encyklopedii, za wyjątkiem puchliny kolan, na którą chorują panny służące (od ciągłego klęczenia przy myciu podłóg).
*Choroba Banga - to jedna z kilku nazw Brucelozy, przewlekłej i zakaźnej choroby zwierząt domowych i dzikich.
U człowieka znana jest jako gorączka maltańska, falująca, kozia, skalna, gibraltarska. - brrr!!!

wtorek, 27 listopada 2012

Było... minęło... (10) - Dedykacja podnosi wartość książki?

Mam na swoich półkach trochę książek z wpisanymi dedykacjami. Nie są to autografy lub wpisy  autorów, ale dedykacje dla mnie od osób obdarowujących mnie daną książką.
Do tej części mojego księgozbioru należy książka dla młodzieży  G.Trease "Z Garibaldim na Sycylii".
Czytając dedykację - od mojej ówczesnej koleżanki szkolnej, z którą łączy mnie nieprzerwana przyjaźń  do dziś, zastanawiam się na intencjami podarowania jej. Data nie jest szczególna - żadne urodziny, imieniny, Mikołajki, Dzień Dziecka, czy koniec roku szkolnego. Po prostu przypadkowa data majowa...
Wyjaśnienie daje sam wpis  - po prostu "na pamiątkę".


"Z Garibaldim na Sycylii" to lekka powieść, z gatunku historyczno-awanturniczej, przeznaczona dla starszych dzieci. Polskie wydanie dodatkowo wzbogacone jest charakterystycznymi ilustracjami Antoniego Uniechowskiego.
Teraz, gdy przejrzałam książkę po latach, dostrzegam w jej treści lekceważące angielskie wywyższanie się ponad inne nacje. Oczywiście czytając powieść jako dziecko nie mogłam tego zauważyć, po prostu wciągnęła mnie wartka akcja i ciekawość zakończenia.

Młody początkujący angielski dziennikarz, Mark Apperley, proponuje redaktorowi  londyńskiej gazety swój udział w kolejnej rewolucji na Sycylii w roli korespondenta wojennego. Brał już udział we wcześniejszych wydarzeniach (w 1849 roku) jako mały chłopak, zna język włoski, a co najważniejsze zna osobiście samego Garibaldiego. Niestety, żadne argumenty nie trafiają do O`Malleya i Mark musi się poddać. Co gorsza. rozmowa kończy się bardzo niemiło, a mianowicie wyrzuceniem młodego dziennikarza z pracy. Spotyka jednak znajomego artystę-malarza dorabiającego  w dziennikarstwie"dla chleba" jako rysownik. W rezultacie tego spotkania, obaj wyjeżdżają do Włoch...

Jak na przygodową powieść przystało mamy tu różne niebezpieczne "awantury" (jak mawia MacWhirter) i oczywiście wątek miłosny na tle historycznych wydarzeń. Autor umieścił akcję powieści w czasie tzw. "wyprawy tysiąca" w 1860 roku i niewątpliwie jest to przyjemna w lekturze dawka pewnej wiedzy historycznej, do której być może sama nie dotarłabym. Aż tak bardzo nie interesowałam się historią Włoch, chociaż o Garibaldim raczej każdy uczeń w szkole chociażby słyszał.


Autor - Geoffrey Trease (1909-1998) to pisarz angielski, także twórca spektakli radiowych i telewizyjnych. Napisał 113 książek (na język polski zostały przetłumaczone tylko 3), a znany jest najbardziej właśnie z powieści historycznych dla dzieci.

G.Trease "Z Garibaldim na Sycylii", tłum. Marian L.Pisarek, "Nasza Księgarnia", Warszawa 1967 
wpis do Klasyki młodego czytelnika

poniedziałek, 19 listopada 2012

Post elżbietański


Elżbieta, Ela, Elżunia, Elka, Elunia, Elżusia, Elbietka ... i jeszcze wiele innych wersji i zdrobnień  w innych językach. Według kalendarza, dziś jeden z kilku w roku dzień  imieninowy  Elżbiety.
Nie za bardzo lubiłam swoje imię, zwłaszcza w czasach szkolnych, bo było wtedy bardzo popularne.
Było nas, tych Elek, zatrzęsienie.
Teraz już nie zwracam na to uwagi -  podobnie jak na wszelkie interpretacje tego imienia, które w większości zupełnie do mnie nie pasują. Czytam w takich charakterologicznych tekstach, jaka to powinnam być i nijak tego w sobie nie odnajduję. Dlatego nawet nie będę cytować jakie samo imię ma znaczenie (od strony językowej).
O sławnych Elżbietach, dawniej i w czasach współczesnych, można dużo pisać - materiału nie zabraknie.

I tak przy okazji dzisiejszego dnia wyciągnęłam z drugiego rzędu półki zakurzoną nieco książkę o wielkiej królowej.

Nie oceniam wartości tej książki od strony naukowej, historycznej, merytorycznej, bo autor nie podejmuje nowego tematu, nie zaskakuje odkrywczymi faktami. Tak mi się przynajmniej wydaje, a mój zakres wiedzy nie upoważnia mnie do takiej szczegółowej analizy. O angielskiej królowej napisano już tak wiele, że trudno byłoby zwykłemu czytelnikowi podejmować się takiego zadania.

Po prostu książka do przeczytania - dość obszernie opisująca nie tylko życie samej królowej, ale także pokazująca tło wielu wydarzeń, ich przyczyny i skutki.
Zastanawiałam się nad klasyfikacją tej książki - czyta się ją  trochę jak powieść (chociaż brak dialogów), trochę jak reportaż historyczny. Napisana jest dość lekkim językiem i lektura nie męczy nudziarstwem faktów, dat i nazwisk.
Jak dla mnie jedyny poważny minus to zbyt gęsty i drobny druk, to przeszkadza w czytaniu. I problem większości książek wydanych w początku lat 80-tych - kartki klejone, wiec oczywiście już się rozsypały.

Stanisław Grzybowski "Elżbieta Wielka" Ossolineum , Wrocław 1984, Wydanie I

A dla wszystkich dzisiejszych solenizantek w dedykacji piosenka, której mogę słuchać bez końca...
śpiewana oczywiście przez Elżbietę... "Trwaj, chwilo, trwaj".


piątek, 16 listopada 2012

Było... minęło... (9) - W najdalszych mrokach...

Są takie książki, które niezwykle silnie oddziałują na młodego czytelnika, pozostawiając ślad na całe życie.
Gdybym miała stworzyć taką własną listę lektur dzieciństwa, to na pierwszym miejscu wpisałabym bez wahania "Gród na jeziorem" Zofii Kossak (Szczuckiej-Szatkowskiej).

Przeczytałam tę powieść jeszcze w czasach szkoły podstawowej i było to naprawdę wielkie przeżycie. Pisarka stworzyła tak sugestywnie dawny świat sprzed wieków, że postaci i wydarzenia wydały mi się żywe i realne. To był mój pierwszy kontakt z fabułą osadzoną w tak odległym czasie, więc tym bardziej ta literacka wizja trafiła na podatny grunt.
Dziś, po latach wracam co jakiś czas do tej lektury, patrząc na nią również pod kątem aktualnego poziomu wiedzy historycznej o prasłowiańszczyźnie.
I co zaskakujące - pisarka zbudowała obraz życia osady niezwykle prawdopodobny. Obecnie wiemy, że mieszkańcy biskupińskiej osady nie byli naszymi prasłowiańskimi przodkami, ale też autorka nie używa tej nazwy grodu.

Można uznać, że  inspiracją do powstania utworu (w 1938 roku) było niezwykłe odkrycia w Biskupinie - wykopaliska i prace archeologiczne trwające od 1933 roku. Zbieżność dat nie jest chyba przypadkowa.

Ta opowieść powstała 74 lata temu, ale w dzisiejszym odbiorze nie znajdziemy anachronizmów  językowych, różnic między współczesną polszczyzną, a tamtą z lat 30-tych XX wieku. Pisarka stosuje terminy i określenia kultury materialnej i duchowej dotyczących opisywanych czasów, ale sama narracja jest przykładem znakomitego uniwersalnego i ponadczasowego języka literackiego.

Dla mnie historia grodu i jego mieszkańców jest świetnym, gotowym materiałem na scenariusz filmowy.

Poznajemy gród nad jeziorem początkowo oczami 6-letniego chłopca, który pilnując przed ptactwem wysychającego na dachach prosa, wypełnia sobie czas obserwacjami  osady i jej okolicy, przywołując z pamięci szczególnie ważne wydarzenia. W ten sposób wprowadza nas w codzienne życie mieszkańców, a także w ich wierzenia i zwyczaje. 
Następnie widzimy i poznajemy inne domostwa i rody. Jedni z sąsiadów to ród Kruków - doskonałych łowców, którzy i niedźwiedzia potrafili upolować. Pojawia się Olsza, siostra Marzy garncarki - młoda dziewczyna zbierająca zioła w lesie, często zaczepiana i przezywana wieszczycą. Zostanie wkrótce wybrana przez Miłosza z Kruków, przyrzeczona  na żonę.
Gdy przybywają do grodu kupcy z dalekich krain, osada ożywia się - to przecież wydarzenie raz na kilka lat i jedyny kontakt z dalekim światem zewnętrznym. Bardziej atrakcyjne dla nowości, niż jako forma zaopatrzenia - gród jest samowystarczalny całkowicie.
Ale prawie w tym samym czasie pojawia się zagrożenie  - Obcy, których w lesie pierwsza dostrzega właśnie Olsza.

Spotykają ich także odjeżdżający z grodu kupcy,  na szczęści dla nich wojowie mają inne zadanie i nie atakują.
Cóż, kiedy nikt Olszy  nie wierzy, bo to przecież dziewczyna o rozumie i odpowiedzialności  równym bydlęciu. Życie toczy się dalej, czas mija w spokoju.

Choć Miłosz próbuje później na własną rękę wytropić obcych i dociera do ich obozowiska, dostaje się w niewolę, z której ratuje go wybrana dziewczyna. To zresztą też jest źle widziane, taka samowola dziewczyny, mimo że uratowała życie swojemu miłemu.
 Nikt inny nie pomyślał, aby mu pójść z pomocą. Opowiada co widział, namawia do działania w obronie osady. Nic jednak nie przekonuje Rady do podjęcia kroków uprzedzających atak, a postawa wróżów utwierdza starszych w ich decyzjach.

Przychodzi  zima, a wraz z nią pierwszy atak obcych wojów na gród. Atak zostaje odparty, ale najgorsze jeszcze przed mieszkańcami: głód, walka na śmierć i życie, pierwsze w dziejach osady Oblężenie...

Ta opowieść, osadzona w tak odległym czasie, jest obok literackiej formy podania wiedzy, także literacką hipotezą  dotyczącą natury ludzkiej. Cech charakteru, postaw, zachowań, sposobu  odczuwania i myślenia ludzi żyjących przed wiekami.
Dobrotliwy ojciec rodziny kupujący żonie i córkom ozdoby i świecidełka, skąpy i nieczuły inny ojciec zamieniający gospodarską córkę w niewolnicę za bogato zdobiony pas, kłótliwa przyszła świekra nie akceptująca ubogiej synowej, starcy przywiązani do tradycji, wróżowie manipulujący społecznością, myślące młode pokolenie w osobach Miłosza i Olszy...

Rozmowa kupców (dwaj Grecy i Fenicjanin) w trakcie podróży, przybliża tło zewnętrzne fabuły - wspomniane są Ateny, Egipt. rzeka Nil, Babilon, Jerozolima, Rzym...

Czytałam "Gród na jeziorem" wiele razy, ale chyba będę do tej lektury powracać.


wpis do Klasyki młodego czytelnika

czwartek, 15 listopada 2012

I Kopernik była kobietą ... wiadomo!

Coraz bardziej wkurzają mnie krzykliwe akcje niektórych osobników, którzy z ogromną satysfakcją ujawniają skrzętnie wytropione sensacyjki o rzekomych lub prawdziwych orientacjach seksualnych naszych dawno nie żyjących pisarek, poetek, pisarzy, kompozytorów i wszelkich innych twórców.
Po etapie wskazywania paluchem panów mających "złe skłonności", przyszedł czas na panie. Nie darowano Rodziewiczównie jej skłonności do męskich ubrań i fryzur, teraz trzeba obrzucić błotem Konopnicką.
Tylko w jakim celu?
Nie mam zamiaru wdawać się w żadne chore dyskusje, typu "prawda, nieprawda, skąd wiemy, co na to wskazuje". Takie próby nie mają najmniejszego sensu, bo jeśli ktoś tym sobie zajmuje głowę, to i tak żadnych argumentów nie wysłucha, ani nie przyjmie.
To, że Rodziewiczówna w każdej swojej powieści pisała o miłości kobiety i mężczyzny, to wiadomo - perfidny kamuflaż. A wszystkie dziewczynki (młodsze i starsze) nie przyjaźniły się  z egzaltacją "na śmierć i życie" z innymi dziewczynkami, nie "kolegowały się" w ramach tej samej płci okazując swe koleżeńskie związki obejmowaniem, przytulaniem, całowaniem i pisaniem tysiącznych karteczek  i liścików - nie... to tylko dowód na lesbijskie skłonności.

Nic mnie to nie obchodzi, kim była autorka, kim był autor prywatnie (wady charakteru, skłonności, choroby, nawyki, nałogi), bo odbieram utwór nie przez pryzmat jego twórcy.
A skoro to teraz okazuje się takie ważne, że aż musi być tematem serwisów informacyjnych, obok przylotu dużego samolocika, to proponuję zastosować selekcję naturalną i odrzucić prawie cały dorobek kulturowy ludzkości.
Wiadomo, nie było i nie ma normalnych artystów - moja pani!... przecież to takie patologiczne środowisko.
Jak nie pijak, to narkoman, albo lesbijka, albo cudzołożnik, rozwódka co mężów porządnym kobietom odbiera, ku...stwo dla kariery, bo żadna z niej aktorka i tak dalej i tak dalej.
Ale na szczęście mam pilota i przycisk w komputerze...

wtorek, 13 listopada 2012

Wychowanie patriotyczne

Święto Niepodległości obchodzono  w dwudziestoleciu międzywojennym tylko dwa razy - w 1937 i w 1938 roku. Bowiem dzień 11 listopada ustanowiono Świętem Niepodległości ustawą z 23 kwietnia 1937 roku. Teraz, od 1989 roku możemy znowu świętować ten dzień swobodnie i otwarcie.
Jak wyglądały niektóre formy tegorocznych obchodów mogliśmy zobaczyć w przekazach serwisów informacyjnych. I niech to będzie w tym momencie  moja jedyna wzmianka odnośnie współczesności.

Patriotyzm Polaków w latach międzywojennych to zupełnie inny rodzaj postaw, charakterów, zachowań niż dzisiejszy. Trudno je porównywać i oceniać w tak krótkim wpisie. Nawet nie podejmuję się tutaj takich prób. Sam temat został wywołany przedmiotem tego posta - świątecznym numerem pismem dla dzieci i młodzieży.


"Płomyk" był tygodnikiem, ukazującym się od 1918 roku jako samodzielne czasopismo (wcześniej, od 1915 jako dodatek do "Zorzy"). Założycielką pisma była Janina Porazińska, a współpracowali z nim zarówno Aleksander Kamiński, jak i Wanda Wasilewska.
W latach międzywojennych było to czasopismo jak na swoje czasy bardzo nowoczesne, dostarczające młodemu czytelnikowi wiedzy na różne tematy. Było prawdziwym oknem na świat, a dodatkowo cenną pomocą dla nauczycieli poprzez powiązanie z programem szkolnym.
Czytając dziś zamieszczone w poszczególnych numerach teksty, widzimy jak starannie i w przemyślany sposób były przygotowywane. Oczywiście, jak się chce, można tropić i doszukiwać się w każdym zdaniu i w każdym zdjęciu politycznego kontekstu i propagandy ustrojowej.


W numerach poświęconych szczególnym wydarzeniom znajdujemy wiele utworów, tekstów i  materiałów kształtujących postawy patriotyczne młodych Polaków.





Dodatkowo jeszcze uroczyste audycje radiowe, szczególnie interesująca jest ta przeznaczona dla dzieci polskich za granicą


a także pomocny instruktaż  w przygotowaniu dekoracji ściennej


A dziś?
Czy w ogóle jest możliwe wydawanie takiego czasopisma? Kto mógłby to robić,w jakiej formie wydawniczej? I pytanie naczelne - kto obecnie  napisałby wiersz o Ojczyźnie?... opowiadanie o tym, czym jest dzisiaj patriotyzm?


Zamieszczone tu zdjęcia (bez korekty i poprawek) zrobiłam z posiadanych w rodzinnych zbiorach egzemplarzy. Są trochę zniszczone, ale pamiętajmy. ile mają lat...

piątek, 2 listopada 2012

Dzień Zaduszny

" Nadszedł Dzień Zaduszny, szary, bezsłoneczny i martwy, że nawet wiatr nie przegarniał zeschłymi badylami ni chwiał drzewami, co stały ciężko pochylone nad ziemią...
   Bolesna, głucha cisza przygnietła świat.
   A w Lipcach już od rana dzwony biły wolno, a bezustannie - i żałosne, rozbolałe dźwięki pojękiwały po omglonych pustych polach; ponurym głosem żałoby wołały w ten dzień smętny, w ten dzień, co wstał blady, spowity w mgły aż do tych dal zapadłych, aż do tych bezkresów ziemi i nieba, siny, do niezgłębionej topieli podobny. (...)

   (...) Smutek przejmujący padł na wszystkie dusze; jakaś dziwnie bolesna cichość omotała serca - cichość rozpamiętywań żałośliwych i wspominek o tych, co już byli odeszli tam, pod te brzozy zwieszone, pod te czarne, pochylone krzyże...(...)

   (...) Cicho było, tą dziwnie posępną cichością zaduszek; tłumy szły drogą  w surowym milczeniu, ino tupot nóg się rozlegał głucho, ino te drzewa przydrożne chwiały się niespokojnie i cichy, a bolesny szum gałęzi drżał nad głowami, ino te grania i śpiewy proszalne dziadów łkały w powietrzu i opadały bez echa... (...)

   (...) a gdy już do cna pociemniało, Kuba powlókł się w głąb, na stary cmentarz.
   A tam na zapadniętych grobach cicho było, pusto i mroczno - tam leżeli zapomniani, o których i pamięć umarła dawno - jako i te dnie ich, i czasy, i wszystko; tam jeno ptaki jakieś krzyczały złowrogo i smutnie szeleściła gęstwa, a gdzieniegdzie sterczał krzyż spróchniały - tam leżały pokotem rody całe, wsie całe, pokolenia całe - tam się już nikt nie modlił, nie płakał, lampek nie palił... wiatr jeno huczał w gałęziach a rwał liście ostatnie i rzucał je w noc na zatracenie ostatnie... tam jeno głosy jakieś, co nie były głosami, cienie, co nie były cieniami, tłukły się o nagie drzewa kiej te ptaki oślepłe i jakby skamlały o zmiłowanie... "

                                                                                          Władysław St. Reymont "Chłopi"