wtorek, 23 października 2012

Książki nowości - nie przeczytam

Chyba zaczynam sobie tworzyć listę nowości książkowych, po które nie sięgnę i których nie przeczytam.
Powody są za każdym razem inne - a to nazwisko i osoba autora, a to temat, a innym razem zniechęcające opinie znalezione w sieci.
Ostatnio trafiam często na sławny już w sieci eksperyment, próbę odtworzenia warunków życia w PRL.
Widziałam w telewizji rozmowę z autorami, znalazłam na blogach recenzje ich książki: " Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem".
Nie wpisywałam  tam swoich komentarzy, bo nie da się w dwóch zdaniach zmieścić argumentów "za i przeciw" dotyczących nie książki, ale samego wydarzenia.
Znalazłam w recenzjach sprzeczne miejscami opinie, ale wystarczyły mi pewne streszczenia i opisy, żeby nie odczuwać zainteresowania całą sprawą.

Po pierwsze - "ile ludzi, tyle wizji PRL-u" (to słowa z jednego z blogów).  I to jest najważniejsze podsumowanie całej akcji. Każdy z nas, ludzi dorosłych w tamtych czasach, pamięta je inaczej. Dla każdego ważne były różne sprawy, inaczej odbieraliśmy te same wydarzenia i tę samą codzienność.
Tak jak z tymi przysłowiowymi świadkami wypadków samochodowych: "ten go najechał, nieprawda - tamten winien.. samochód  był szary, a nie bo był czerwony itd "
Jaką więc wersję przyjąć? czyje wspomnienia są zgodne z prawdą? Bo opieranie się na danych roczników statystycznych z tamtych czasów jest dla mnie najbardziej ryzykowną wersją - akurat  uważam je za mało wiarygodne.  

Po drugie - można obecnie  (w różnych celach) zabawiać  się w rekonstrukcje historyczne. To bardzo przyjemna forma poznawania historii. Ale inaczej jest, gdy wyobrażamy sobie  i na swój sposób odtwarzamy życie codzienne pierwszych Słowian w leśnym obozowisku odciętym od świata XXI wieku,  a inaczej  gdy próbujemy wtłoczyć wybrane fragmenty warunków i zachowań  sprzed 30 lat do współczesnej rzeczywistości. Szczególnie, gdy tamte czasy pamiętane są przez tak wielu ludzi.
W latach osiemdziesiątych byłam już od kilku lat mężatką, miałam małe dziecko (to były nasze dzieci stanu wojennego), więc doskonale pamiętam wszystkie problemy życia codziennego. I już w samych recenzjach widzę rozmijanie się z faktami.

I po trzecie, tak najbardziej prywatnie - nie podoba mi się samo podejście do tematu, czyli traktowanie rzeczywistości tamtych czasów jak egzotykę rezerwatu dla Indian, albo hodowli w ZOO. Takie beztroskie: "Zróbmy sobie zabawę i cofnijmy się w czasie .. hahaha"
A w jakim celu? czy najbardziej nie po to, żeby coś wyśmiać? udowodnić siermiężność i beznadzieję?

Tamten PRL istnieje nadal w wielu rodzinach i ich domach, nawet młodzi intelektualiści nie podejrzewają w jak wielu. I nie chodzi tu sposób myślenia, ani o relacje społeczne, ale o coś tak banalnego jak przedmioty.
Ja mogę powiedzieć, że mam swój mały PRL nadal i nieustannie.
Mieszkam w bloku (co prawda nie z wielkiej płyty, ale wcześniejszy). W mieszkaniu mam meble, które wtedy przenieśliśmy ze swoich rodzinnych domów  i kupiliśmy, czyli regał typu Kowalskiego i meblościankę "Nowa Łódź", fotele, wersalki, lustra, żyrandole i lampy, szafki i taborety w kuchni, wszelkie "skorupy" kuchenne itd.
Dlaczego je mamy? bo nie było nas stać na wymienianie tych wszystkich sprzętów na nowe tylko dlatego, że stały się niemodne. Niektóre są już teraz naszymi  pamiątkami, chociaż nadal działają, tak jak magnetofon szpulowy, radio- stereo z adapterem (mamy trochę płyt winylowych), termosy,  mikser, aparaty fotograficzne itp

Widzę z entuzjastycznych opinii młodszych czytelników, że ten eksperyment i  ta książka jest dla nich ciekawa. 
I chyba w tym kręgu znajdzie najwięcej odbiorców.
Do mnie akurat to nie trafia, a najbardziej zniechęciły mnie wypowiedzi samych autorów (w  tv).  Zamiast zachęcić...

piątek, 12 października 2012

Bibliotecznie

Wysłuchałam kilka dni temu rozmowy w radio, którego słucham najczęściej (nie podaję nazy stacji, żeby nie robić nikomu reklamy). Tematem rozmowy było dofinansowywanie i przyszłość bibliotek - rejonowych, dzielnicowych, gminnych, wiejskich. Czyli tych miejsc, w których zwykły obywatel może znaleźć coś dla siebie do czytania.
Nie będę tu robić analizy tej rozmowy, bo właściwie było to biadolenie nad kłopotami finansowymi tego sektora kultury i oświaty.
Najbardziej mnie natomiast wkurzyło stwierdzenie jednego z rozmówców, gdy dowodził, że w każdej bibliotece należy wymienić cały księgozbiór przynajmniej raz do roku.
Książki "zaczytane", czyli uszkodzone, z brakującymi kartkami - to jest zrozumiałe, że trzeba je wymieniać na bieżąco.
Ale już nie zgodzę się z tezą, że należy usuwać książki rzadko wypożyczne, bo to oznacza, że są mało wartościowe (skoro nikt ich nie czytał). Co z abzdura! Książki to nie kartofle, które trzeba usuwać ze sklepu, gdy zwiędną. Książki tworzą pewien dorobek intelektualny, do którego sięgamy z różną częstotliwością, a stopień zainteresowania czytelników nie może żadnej z nich dyskredytować i skazywać na banicję.

I jeszcze jeden kwiatek, świadczący o poziomie myślenia owego dyskutanta - wśród tych wymienianych według kalendarza książek, powinny się też znaleźć nowe wydania klasyki, lektur -  ogólnie książek starszych, bo wydania sprzed lat nie są już atrakcyjne!
Ręce opadają...

środa, 10 października 2012

Czytanie Prusa

Bardzo mi się spodobał temat wyzwania  (tego słowa natomiast nie lubię, ale trudno, nie ja nazywam te akcje) "Czy znasz Prusa?" A tu nagle okazało się, że jest już prawie połowa października i mój udział jest jak na razie na poziomie zerowym. Jakoś tak się niemrawo zabierałam za pisanie "w temacie".
Chyba potrzebowałam czasu na przemyślenia samej formuły tej dyskusji.
O ile na pytanie z pierwszego spotkania,  "Czy Waszym zdaniem Prus może być czytany i dziś?" odpowiedziałam sobie natychmiast, tylko nie usiadłam i nie napisałam.
O tyle spotkanie drugie, poświęcone "Lalce", jakoś mnie zablokowało. I też od początku wiem dlaczego.

Pytanie o dzisiejsze czytanie Prusa - uważam, że jest skierowane nie do tego czytelnika, co trzeba.
Powinno się je zadawać czytelnikowi, który dotychczas jeszcze Prusa nie poznał (nawet biorąc pod uwagę jakiś szkolny przymus). Dla czytelników, którzy lubią, kochają i w dużym stopniu znają prozę Prusa, odpowiedź na takie pytanie jest nieobiektywna. Dla mnie ta lektura jest przyjemnością od lat, więc nie jestem w stanie ocenić dzisiejszego odbioru tego pisarza.

Drugi temat - "Lalka", moja ulubiona klasyka, czytana na pewno kilkanaście razy.
I dlaczego mam blokadę w zabraniu głosu w dyskusji, w napisaniu chociażby krótkiego posta?
Nie śledziłam wcześniej blogów czytelniczych, dopiero od niedawna poznaję przebieg wcześniejszych akcji i dyskusji o książkach. W momencie ogłoszenia tego wzywania wydawało mi się, że będziemy sobie pisać swobodnie o danej powieści, nowelkach, opowiadaniach. Pisać w sposób, jaki każdy z nas sobie wybierze.
A tu się okazało, że dyskusja jest formą odpowiedzi na pytania. Co prawda ostatni punkt to nasze własne przemyślenia i refleksje, ale już wszystkie poprzednie skutecznie mnie zniechęciły.
Dlaczego? bo poczułam się jak na lekcji w szkole. A ja jakoś nie mam ochoty - na takie pisanie w określonych ramach, na dokonywanie analizy pod kątem zadanego pytania.
Oczywiście  w żadnym stopniu nie są to uwagi krytyczne pod adresem organizatorów wyzwań, którzy robią to w wybranej przez siebie formie. A uczestnicy dyskusji biorą udział, albo nie. To tylko sprawa mojego niezorientowania w temacie.
Zakładając tego bloga od początku wiedziałam, że będę pisać swobodnie i nie nazywam moich postów o książkach recenzjami.  To są moje luźne uwagi, wspomnienia, refleksje - nie wystawiam książkom szkolnych ocen. I nie chcę też męczyć mózgu spełnianiem jakichś warunków, żeby  tekst wypadł odpowiednio.
To moje hobby w czasie wolnym...

wtorek, 9 października 2012

Było... minęło... (8) - Czy ktoś dzisiaj czyta Verne`a?

Wybrałam do tego wpisu książkę o życiu i twórczości wielkiego wizjonera, zadając sobie jednocześnie to pytanie: czy ktoś dzisiaj sięga po jego powieści? A szczególnie, czy jest to młody czytelnik? Sama nie mam możliwości sprawdzenia, bo akurat teraz w najbliższej rodzinie i wśród znajomych brak  czytelników z tego przedziału wiekowego. Dzieci albo jeszcze nie posiadły sztuki czytania, albo są już dorosłe.
Odwołuję się więc do własnych wspomnień, które są już klasyką życiową.
W naszym pokoleniu młode mole książkowe czytały Verne`a (znam kilkanaście jego powieści). Tak więc książka o życiu znanego mi autora była w tamtym czasie bardzo cennym uzupełnieniem.


"Czarodziej z Nantes" jest powieścią napisaną prostym, ale ładnym językiem. W dedykacji czytamy : "Książkę tę wnukom moim poświęcam". Od razu dodam tu kilka słów o autorce, bo duże znaczenie dla postrzegania tego pisarstwa ma fakt, że Nadzieja Drucka urodziła się w rodzinie rosyjskiej i opanowała język polski dopiero jako osoba dorosła.
Nadzieja O`Brien de Lacy , księżniczka Drucka - ur. 17 stycznia 1898 w Warszawie, zm. 29 sierpnia 1986r.
Była sanitariuszką w czasie I wojny światowej. Wtedy poznała swojego przyszłego męża, za którego wyszła w 1917 roku w Moskwie. Po wojnie, w 1918 roku, wróciła z mężem do Polski. W majątku  Augustówek mieszkała do 1939 roku. W tym okresie działała społecznie, pisała i tłumaczyła, należała do PEN-Clubu, utrzymywała także kontakty z białą emigracją rosyjską. Czas II wojny przeżyła w Polsce, w tym powstanie warszawskie.
Po zakończeniu wojny pozostała w kraju i napisała kilka książek - w tym "Czarodzieja z Nantes" (1963).

Książka opisuje życie Juliusza Verne`a od momentu, gdy jako kilkunastoletni chłopiec bezskutecznie usiłuje uciec na statku w daleki świat, aż do chwili jego śmierci. Poznajemy pisarza jako człowieka - najpierw jako syna w relacji z rodzicami (szczególnie ojcem). A następnie jako męża, ojczyma i ojca. Widzimy jego drogę do pisarstwa - to ważny moment, gdy on sam zdał sobie sprawę, że nikt inny przed nim tak nie pisał. Wszelkie naukowe i techniczne elementy jego książek nie były fantazją wymyśloną tak sobie, bez gruntownych podstaw. Pisarz całe życie się uczył, zbierał wiadomości (gromadzone na fiszkach w specjalnych katalogach). Możemy także poznać bliższe okoliczności powstawania niektórych powieści, w powiązaniu z aktualnymi wydarzeniami politycznymi, odkryciami naukowymi i geograficznymi, eksperymentami lub po prostu z życie codziennym.
Życie rodzinne z Verne`em nie było łatwe. Był dobrym kochającym człowiekiem, ale o duszy artysty.
Chciał pracować w spokoju, w izolacji, a to nie dawało się łatwo pogodzić z codziennością. Miał natomiast szczęście spotkać wydawcę, który co prawda dzięki niemu zarobił wiele pieniędzy, ale też sam pisarz stał się za życia sławnym i bogatym. W 1886 roku spotkała go tragedia (o której sam pisarz zabronił wspominać), był to zamach na jego życie. Przypadkowy postrzał z ręki młodego człowieka chorego psychicznie, który zaciążył na reszcie życia pisarza.

Nadzieja Drucka "Czarodziej z Nantes", Nasza Księgarnia 1967, Wydanie II

wpis do Klasyki młodego czytelnika



środa, 3 października 2012

Życiowy suplement

 "Okropności" (wyd. 2008 r.) to książka do przeczytania głównie dla wiernych czytelników  Joanny Chmielewskiej (takich jak ja).
Jest swego rodzaju częściowym prywatnym rozliczeniem autorki, wyjaśnieniem, usprawiedliwieniem, zamknięciem pewnych życiowych rozdziałów.
Przy okazji tej lektury zrobiłam sobie kalendarium pod hasłem "z Chmielewską" przez życie' i aż się sama przestraszyłam, że to tak długo. Moje pierwsze spotkanie z książkami Joanny Chmielewskiej pamiętam doskonale. Było to w 1976 roku (prawda, że aż strach umieszczać taką datę?). Wtedy dostałam od mojej przyjaciółki trzy niezwykle wtedy popularne powieści, do przeczytania na jedną noc. Ona zresztą też je od kogoś pożyczyła i musiała oddać w terminie. A książki były absolutnie nie do zdobycia normalnym sposobem.
"Krokodyl z kraju Karoliny", "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i "Całe zdanie nieboszczyka". To powieści z najlepszej części dorobku pisarki, dziś powiemy, że kultowe. Przeczytałam je wtedy i nieodwołalnie zaraziłam się chmielewszczyzną na resztę życia.

"Okropności", napisane charakterystycznym dla pisarki językiem, to przede wszystkim nasze pożegnanie z Alicją - tak mocno  wkręconą przez Joannę do fabuły większości książek. To także tłumaczenie się pisarki z różnych zachowań, relacji z ludźmi, jej osobistych przypadłości zdrowotnych i ich wpływu na życie.
Czytając trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo książka jest jednak miejscami rozwlekła i przegadana, tak jak ostatnie powieści autorki. Takie wspominki i refleksje, które być może i nas dopadną w mocno zaawansowanym wieku.
Trochę mi było smutno po przeczytaniu tej książki, która również uświadamia nam ten nieubłagany upływ czasu...

wtorek, 2 października 2012

Rozlewiska zaliczone

Tak właściwie mogę podsumować wrażenia z lektury trzech części Rozlewiska - zaliczone.
A mówiąc dokładniej:  jestem rozczarowana i raczej nie sięgnę po te książki jeszcze raz.
Cykl Małgorzaty Kalicińskiej to pierwsza moja lektura polskiej powieści współczesnej od wielu lat.
Nawet nie pamiętam, kiedy i co czytałam jako ostatnie. Oczywiście nie liczę tu dorobku Joanny Chmielewskiej (to inna kategoria). Jakoś nie zainteresowały mnie kobiece i nie-kobiece powieści ostatnich dwudziestu lat na tyle, żeby po nie sięgnąć. Tak więc zupełnie nie jestem zorientowana kto jest modny, na topie, doceniony itp. Niektóre nazwiska znam, słyszałam, ale nie kojarzę z tytułami.


"Dom nad rozlewiskiem" - męczący w czytaniu język smsów - zdania tak krótkie, że aż denerwujące. Nie wiem, jaki miało to dać efekt. Czy miało świadczyć o poziomie inteleku mas korporacyjnych, czy chodziło o kupienie czytelnika tym chwytem.
Ja uznaję, że było pójściem na łatwiznę ze strony autorki, schlebianie prostym gustom czytelnika. I nikt mnie nie przekona do dominacji dwu-, trzy-wyrazowych zdań w powieści.

Niestety moje obawy związane z wcześniejszym oglądaniem serialu potwierdziły się.
Nie mogłam odciąć się całkowicie od serialowych porównań, szczególnie od obrazu aktorów grających poszczególne postaci. To mi przeszkadzało tak bardzo, że czytałam powierzchownie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do końca grubego tomiska.
Lubię powieści obszerne - im więcej kartek, tym lepiej. Tu jednak ta zasada nie sprawdziła się. Znając filmowy bieg wydarzeń czytałam głównie po to, żeby się przekonać "będzie tak samo, czy nie?". Może dlatego nie dostrzegłam głębi przeżyć bohaterki - nie mogłam pozbyć się wizerunku zbyt młodej do tej roli odtwórczyni. Podobnie jak nie pasuje mi Małgorzata Braunek do roli matki.
Do kompletu schodów jeszcze w tym wydaniu jak dla mnie zbyt mały druk.

Druga i trzecia część już zupełnie inna niż serialowa fabuła, więc z tego względu czytało mi się ciut łatwiej.
Ale tylko z tego powodu.

 "Powroty nad rozlewiskiem"  to chronologicznie zapis wydarzeń z czasów wcześniejszych. Jak dla mnie najlepsza i najciekawiej napisana część.

Rodzaj kalejdoskopu, czy też szufladki z pamiątkami. Chociaż miałam wrażenie, że chwilami zbyt sztucznie z tej szufladki wyciąganymi - taka wyliczanka nazw towarowych (jeden przykład - woda kolońska "Prastara").
Niewątpliwie były to dla mnie miłe chwile przypomnienia tamtych la 60- i 70-tych, tamtej rzeczywistości i codzienności. Nie do końca przez nas  (tzn. mnie i mojego męża) zapomnianej, bo wiele z tych przedmiotów (większych i mniejszych) mamy nadal w wyposażeniu mieszkania. A niektóre nawet używamy.
Przez porównania z własną młodością w tamtych czasach najłatwiej o nieobiektywnie dobre oceny.



Trzecia część - taka trochę w stylu ckliwego serialu z oklaskami w tle.
Bardziej przypominająca opowiadanka-produkcyjniaki z kolorowej prasy, z cyklu "Historie miłosne naszych czytelniczek - Przeżyłaś coś niezwykłego, opisz i przyślij do nas".
Teraz, po miesiącu od przeczytania, trudno mi napisać coś więcej.
Wrażenia już uleciały z pamięci.

A przed rozpoczęciem czytania zapoznałam się z entuzjastycznymi opiniami na okładkach książek.
Szkoda, że moje są inne...



poniedziałek, 1 października 2012

Niespodziewana lektura

Dzisiaj zadzwonił do moich drzwi listonosz. Niestety, mój listonosz nie dzwoni dwa razy, ale dużo więcej, mocniej, głośniej. Dzwoni "jak na pożar" i zawsze wtedy mam uczucie, że zejdę na zawał. Jest w tym dzwonieniu jakaś niecierpliwość  z podtekstem "niech ktoś otworzy, bo mi się śpieszy". Nic z takich miłych pocieszających słów listonosza, które wspominała Maria Jasnorzewska-Pawlikowska "ja to bym do Pani napisał".
Trudno, takie mamy czasy.

Listonosz (doręczyciel bardziej) przyniósł oczekiwaną paczuszkę z nieoczekiwaną wygraną w tej dyskusji.
Bardzo rzadko los (w tym przypadku kot) wskazuje na mnie, niezależnie od rodzaju losowania. Widocznie w myśl starego powiedzonka "kto nie ma szczęścia w grze, ten ..."

 Wiedząc o tym, że dotrze do mnie ta książka, unikam teraz  recenzji o niej i nie słucham fragmentów czytanych właśnie w radio. Chcę mieć czysty umysł przed lekturą, bo wiem  już od dawna, że wcześniejsze opinie lub realizacje filmowe powieści bardzo źle wpływają na mój odbiór. Nie potrafię się uwolnić od takich sugestii i tracę całą przyjemność z lektury.