czwartek, 27 września 2012

Jak u Czechowa

"Jak u Czechowa" to używane kiedyś określenie pewnego rodzaju nastroju, klimatu, sytuacji...
Było znaczeniem samym w sobie, nie potrzebowało dodatkowych wyjaśnień - wiadomo było o co chodzi.
W ostatniej premierze Teatru Telewizji niestety tego zabrakło, chociaż to właśnie był sam Czechow.
"Trzy siostry" - w nowej, jak wcześniej zapowiadano, unowocześnionej wersji. Jak dla mnie ten zabieg właśnie "położył" sztukę.
Nie podobało mi się, miałam wrażenie, że oglądam kolejny mydlany serial. Niby aktorzy się starali, ale te ich starania nie pasowały do atmosfery teatralnej. Oni sami nie pasowali do tego tekstu. Chociaż większość z nich lubię, to jednak nie mogę się zachwycać słabościami.
Niezbyt fortunna obsada ról - powiedzmy sobie szczerze, nie da się uciec od naleciałości reklamowych (bałam się, że w pewnej chwili jeden z aktorów zacznie pstrykać dezodorantem)
Niektórzy młodzi aktorzy nie do końca poradzili sobie z zadaniem. Fatalna chwilami serialowa niechlujna wymowa (gdzie te czasy, gdy aktorzy po prostu umieli "podawać tekst").
Nijaka scenografia - równie dobrze pasująca do każdego innego przedsięwzięcia.
W efekcie obejrzałam (z trudem dotrwałam do końca) realizację, która nie pozostawi po sobie śladu w mojej pamięci...

niedziela, 16 września 2012

Miejsce Tomka w moim czytelniczym życiorysie

Chodzi rzecz jasna o Tomka Wilmowskiego, bohatera dziecięcych lektur mojego pokolenia.
Jako, że jestem również dzieckiem epoki radia, więc to urządzenie towarzyszy mi zawsze przy pracach kuchennych - łączymy przyjemne z pożytecznym (co działa w obie strony). Wybieram różne stacje, to zależy od nastroju i mojego wewnętrznego zapotrzebowania. Często są to programy informacyjne, ale także muzyczne (kiedy nie mam ochoty na słuchanie gadających głów).
Dzisiaj, w radiowej Jedynce, trafiłam na rozmowę ze współautorem ostatniej książki sygnowanej nazwiskiem Alfreda Szklarskiego. Usłyszałam kilka nowych dla mnie informacji, między innymi o planach pisarza dotyczących losów Tomka mających zakończyć cały cykl. Były to koncepcje związane oczywiście z walką Polaków o niepodległość - jedna to udział syna Tomka w Powstaniu Warszawskim, inna dotyczyła udziału samego Tomka w Legionach.

Pisząc teraz o postaci literackiej, tak popularnej kiedyś wśród młodych czytelników, nie mam żadnego problemu z przypomnieniem sobie fabuły każdej książki. Czytałam je wielokrotnie, mam u siebie wszystkie części i nie ukrywam, że jeszcze co jakiś czas wracam do tej lektury.

Lubiłam i lubię ten cykl - nie oceniam, która część lepsza, która gorsza.
Inaczej odbierałam książki czytając jako dziecko, inaczej po latach.
Czytając po raz pierwszy opuszczałam prawie wszystkie przypisy (było ich dla mnie zbyt dużo i jakoś mnie nie ciekawiły), bo zżerała mnie ciekawość "co dalej". W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać zbytni idealizm postaci i najbardziej polubiłam bosmana Nowickiego. Sam główny bohater - Tomek, który w każdej następnej części stawał się coraz bardziej pozytywny i wszechstronnie uzdolniony, chwilami aż denerwował jako sztuczna postać bez wad.
Najczęściej zarzuca się  książkom o przygodach Tomka nadmierny dydaktyzm i moralizatorstwo, sztuczność i jednostronność bohaterów. Zgadzam się z tymi opiniami, ale jednocześnie mam do tego cyklu wielki sentyment.
To były książki naszego pokolenia - lekcje polskości i patriotyzmu... okno na świat z elementem przygody.

Książka, o której wspominam na początku, to ostatnia wydana część cyklu "Tomek w grobowcach faraonów". Ukazała się po śmierci autora i tylko częściowo jest przez niego napisana.
Współautorem jest Adam Zelga, który dokończył powieść rozpoczętą przez Szklarskiego.
Jak sam tytuł wskazuje akcja powieści rozgrywa się w Egipcie, wśród piramid, grobowców, tajemnic i zagadek.


Alfred Szklarski "Tomek w grobowcach faraonów", MUZA SA, Wydanie II, Warszawa 1994

czwartek, 13 września 2012

Było... minęło...(7) - Egzotyka w szarzyźnie socjalizmu i nierealny już socjalizm w czasie kapitalizmu

  "(...) W pogodne wczesne popołudnie światło w tropikach jest tak przenikliwe, że wydobywa z morza mnóstwo kolorów, przejaskrawia je, nasyca nadmiernym blaskiem. Zaraz za otoczką śnieżnej piany, okalającej statek, smuży się drobnymi falami jasna, niemal perłowa szarość, potem gęstnieje, ciemnieje, aż przechodzi w śniade migotliwe srebro, w błękitna stal, jasny błękit, intensywny błękit, turkus, nefryt, zieleń malachitu. I całe ogromne morze od burt po horyzont błyszczy do bólu w oczach, mieni się, płonie jak od utajonego w głębi białego ognia. (...)"     Spotkajmy się w Bangkoku" - Anna Glińska

W tej książce, wydanej blisko 40 lat temu, prawie wszystko wtedy było i teraz jest egzotyką.

Było ...
Sama podróż w tak niezwykłych warunkach w czasach realnego socjalizmu, niedostępna dla większości zwykłych obywateli. Zwiedzanie (choć krótkotrwałe) portowych miast znanych tylko z lekcji geografii.
Wielobarwny świat kapitalistycznego Zachodu z jego obfitymi dobrami konsumpcyjnymi. Bajkowość Dalekiego Wschodu...

Jest...
Dla młodego czytelnika lub czytelniczki, egzotyką są dzisiaj realia tamtych czasów.
Obowiązujący ustrój i wszystko, co z niego wynikało. Cały system własności państwowej (statek i zatrudnieni na nim ludzie). Inny poziom rozwoju światowej techniki , szczególnie środki łączności.

Siedemnastoletnia Tunka płynie na polskim statku "Farys"  w swój pierwszy w życiu dalekomorski rejs.
Nie jest w szkole, chociaż to klasa maturalna i rok szkolny trwa. Decyzją dorosłych ten rejs będzie dla niej najlepszym lekarstwem po stracie ukochanej siostry bliźniaczki. Tunka nie może  odzyskać spokoju po śmierci Zazy, zadręczając się wątpliwościami, czy to przypadek przez przedawkowanie, czy świadomy wybór samobójstwa.
Czytając książkę wtedy, w tamtym czasie, czytałam o egzotycznej dla mnie narkomanii. Wydawało mi się, że to problem sztuczny, marginalny. Podobnie jak przemyt narkotyków. Co prawda szeptało się w na ucho w szkole, że jacyś tam "wąchają klej". Ale większość z nas nigdy się z tymi jakimiś nie zetknęło. Tutaj w powieści narkotyki są jednoznacznie związane z hippisami, którzy w Polsce nigdy nie byli zjawiskiem masowym.

Jako nastolatka skupiłam się przede wszystkim na postaci głównej bohaterki i  jej przeżyciach.
W swej bajkowej podróży Tunka odnajduje pierwszą miłość i zapowiedź prawdziwej przyjaźni.
Bo ta opowieść właściwie jest bajką, mocno polukrowaną w dodatku.
Mimo tragedii, która dotknęła Tunkę, dalsze wydarzenia to jedno pasmo dobroci - takie kolorowe zdjęcia jak z luksusowego wtedy Polaroida.. Wszystko, co spotyka dziewczynę w czasie rejsu jest dobre, życzliwe, miłe, wesołe, zabawne, interesujące, fascynujące.
Teraz dostrzegam tę jednostronność, bo wtedy pochłonęłam książkę jak to się mówi jednym tchem.
Jest napisana żywym językiem, nie brakuje tu dowcipu i żartu, a warstwa opisowa (zarówno życia na statku, jak i oglądanych portów) naprawdę przykuwa uwagę.
Teraz nie jesteśmy w stanie obejrzeć wszystkich dostępnych filmów na wielu kanałach dzięki telewizji satelitarnej i możemy w kilka chwil odnaleźć w internecie zdjęcia i filmiki o każdym miejscu na świecie.
Wtedy pozostawały książki z marnymi ilustracjami (po długotrwałym czasie wydawniczym), czasopisma "Poznaj świat", "Kontynenty" i czarno-biała telewizja z ubożuchną ofertą.

I jeszcze kilka słów o autorce.
Mam kilka książek Anny Glińskiej, ale długo zupełnie nic o pisarce nie wiedziałam. Dopiero w czasach internetowych poszukałam...  i co znalazłam?
Anna Glińska to pseudonim literacki Natalii Gałczyńskiej, żony naszego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Anna Glińska "Spotkajmy się w Bangkoku", Wydanie I, Wydawnictwo Morskie, Gdańska 1973

wpis do Klasyki młodego czytelnika