poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Pionierskie początki

Nie fascynują mnie Stany Zjednoczone - ani kultura, ani tym bardziej literatura amerykańska.
To nie moje klimaty, chociaż oczywiście trochę książek z tego kręgu przeczytałam.
Lubię opowieści, których akcja dzieje się w minionych wiekach.
Lubię także klasyczne westerny, które w dzieciństwie oglądałam w naszej telewizji. To nic, że zawsze z  dużym poślizgiem czasowym. W końcu jednak docierały do nas i poznałam sławne produkcji z klasyki gatunku.

Kiedy więc pewnego dnia znalazłam w księgarni  książkę z taką notką od wydawnictwa:
".. to piękna opowieść o losach młodziutkiej pielęgniarki, uczennicy słynnej Florence Nightingale, która decyduje się wyjechać z Anglii do prowincjonalnego miasteczka na Dzikim Zachodzie...", 
oczywiście kupiłam ją. Ten "Dziki Zachód" mnie zwiódł.

Jak to zwykle bywa przy zapowiedziach nie do końca Dziki Zachód jest głównym miejscem akcji.
Poznajemy bohaterkę i jej nową drogę życiową w Anglii, gdzie zdobywa swoiste doświadczenia zawodowe i osobiste.

"Lampa w mroku" (The Burning Lamp) - powieść napisana przez Frances Murray (1973, polskie wydanie 1986), przetłumaczona przez Ryszardę Grzybowską.
W przypadku tłumaczenia nie mogę się wypowiadać o języku oryginału, ale polski tekst powieści czytam z przyjemnością. To dowcipne tłumaczenie, chwilami z lekką domieszką sympatycznej ironii. Mimo dość poważnej tematyki (są tu również tragiczne wydarzenia), zagłębiamy się w sympatyczną i pozytywną atmosferę wydarzeń. Są także wesołe momenty, sympatyczne postaci, oczywiście nie może zabraknąć wątków miłosnych i romansowych.

Pewnego dnia do miss Nightingale zgłasza się Phemie - córka lekarza, która pragnie zostać pielęgniarką wykształconą i świadomą swojej misji.
"- Nie miałam ochoty zostać pokojówką ani krawcową, byłoby to zniewolenie mego umysłu, zniewolenie pozbawione celu."

Phemie uczy się w szkole, praktykuje w londyńskim szpitalu, gdzie ma do czynienia z lekarzami, wśród których jest wielu osłów. Praktyka uczy ją nie tylko zawodu, ale przede wszystkim współpracy z innymi, gdzie musi w milczeniu znosić ignorancję lekarzy-mężczyzn i dyskretnie poprawiać ich błędy. Ona sama byłaby świetnym lekarzem, ale niestety... urodziła się za wcześnie.
Wraz z personelem szpitala przeżywa epidemię zakaźnej gorączki, która zbiera tragiczne żniwo wśród mieszkańców Londynu.
Innym ciekawym doświadczeniem jest krótki epizod pielęgniarskiej domowej opieki nad rozkapryszoną bogatą damą.
A pewnego dnia podejmuje decyzję o wyjeździe do pracy w Stanach Zjednoczonych. Wraz z kilkoma koleżankami jedzie organizować wzorcową pracę pielęgniarek w szpitalu gdzieś w małym miasteczku na Dzikim Zachodzie.
Rzeczywistość okazuje się inna, ale Phemie się nigdy nie poddaje. Jak powiedziała jej najbliższa koleżanka Adela Wedmore: "Ty nie potrzebujesz ludzi. To ludzie potrzebują ciebie".
Życie w miasteczku, do którego przybyła rudowłosa, niepozorna osóbka, zmieniło się nieodwołalnie...

To barwna historia, do której wracam co jakiś czas. Lubię przenieść się w XIX-wieczne klimaty.
Powieść pokazuje nam trudne początki pielęgniarek wykształconych do zawodu, którym wcale nie jest łatwo zastąpić dotychczasowe osoby opiekujące się chorymi. Osoby przypadkowe, nie posiadające choćby minimum wiedzy o ludzkim ciele, o chorobach, o tym jak pomagać choremu.
"Trzeba wiedzieć, co zrobić i dlaczego."

środa, 1 sierpnia 2012

Było... minęło... (6) - "Moja droga Aleksandro"

Poznawałam Powstanie Warszawskie "z zewnątrz" - w szkole, poprzez filmy (pokazujące samą walkę), trochę w rodzinnych rozmowach. Nikt z naszej naszej najbliższej rodziny nie brał udziału w walkach, nie mieliśmy bliskich związków z Warszawą. To miasto jest dla mnie stolicą mojego kraju i bezpośrednio znam je na tyle, na ile można poznać w czasie krótkich wycieczek.
Pierwsze dwa źródła mojej wiedzy były w tamtych czasach tendencyjne, okrojone, zniekształcone, przekłamane, krzywdzące dla  ludzi. Dopiero z biegiem czasu, gdy sama poznawałam historię i losy Powstania, odczuwam ludzkie bohaterstwo i tragizm przeżyć.
Każdego roku - 1 sierpnia myślę o Powstańcach podejmujących walkę, o młodych Matkach właśnie rodzących dziecko, o młodych zakochanych tracących swoją Miłość, o chorych umierających z ręki okupanta, o bestialskiej śmierci zgotowanej  dziewczętom... aż trudno dalej myśleć...

Powojenna literatura i film pokazywały Powstanie Warszawskie głównie jako walkę zbrojną. Natomiast życie codzienne jako fabuła prawie nie istniało.


"Moja droga Aleksandro" (1983) - krótka powieść Krystyny Siesickiej, to historia osadzona w przedpowstaniowej rzeczywistości okupowanej Warszawy, z odniesieniami do czasów powojennych.
Nie ma w tej opowieści opisów bezpośredniej walki z bronią w rękach. Są sprawy codzienne i międzyludzkie sprawy ponadczasowe... relacje matka-córka, wnuczka-babcia... dziewczęce dorastanie w tak okrutnym czasie.
Dojrzewanie czasu wojny... czy jest inne niż w czasie pokoju? Wydaje się, że nie... W każdym czasie piętnastoletnia córka przeżywa okres buntu.
Luiza chce by matka dostrzegła w niej człowieka. W domu nie podejmuje sama żadnych prac, a na pytanie babci odpowiada:
"- W domu nie, bo w domu mi się każe. Poleca."

Po trzydziestu pięciu latach Luiza powraca myślami do tamtych wydarzeń czytając listy babci Maryśki do mamy Aleksandry. Widzi siebie nastoletnią w czasie, gdy jej córka ma tyle samo lat.

Luiza, Aleksandra, Maryśka, Zuzanna - złączone  w różnych rodzinnych rolach.

Książka otrzymała Harcerska Nagrodę Literacką 1984 rok, a w  wydaniu z 1986 autorka, Krystyna Siesicka tak napisała do młodego czytelnika:
" (...) Krajobrazy z młodości, ciągle jeszcze żyjące w mojej pamięci, dla Was stanowią już tylko ilustrację historii, a to w pewnym sensie spotkanie pokoleń, prawda? Tym cenniejsze dla mnie, że właśnie pokoleniowe przeplatanki, nieporozumienia i zrozumienia stanowią temat tej książki. Zmienia się czas, nasze przeplatanki zostają. Tym razem przywozi je do Was okupacyjny warszawski tramwaj numer dwadzieścia pięć.".

Teraz, po kolejnej lekturze wydaje mi się, że to jedna z tych bardzo polskich, naszych książek. W której pewne sprawy są oczywiste, nie wymagają wyjaśnień i może nie do końca byłyby zrozumiałe w tłumaczeniu na inny język.
Listy z oflagu, przesłuchania w alei Szucha, konspiracyjna prasa rozprowadzana w sklepiku z pasmanterią, ukrywanie człowieka o semickich rysach.
To było wojenna rzeczywistość nastoletniej Luizy.

"(...) Wszystko co się działo było moją codziennością. Cioteczna babcia zmarła na Pawiaku, stryjeczny brat w Oświęcimu, przyjaciel Andrzeja powieszony na Lesznie, ojciec Karoliny rozstrzelany na Nowym Świecie. Moje harcerstwo: przysposobienie sanitarne do walk w mieście, suchary dla więźniów pakowane w patronacie. Płachty z napisem Bekanntmachung, uliczne łapanki. Obcy mężczyzna u starego Kwietnia, nie musiałam go znać, żeby się o niego i o Kwietnia obawiać. Widziałam to i czułam, ale przecież jednocześnie z całym biologicznym rozmachem, niepohamowana gliniastym chlebem panoszyła się we mnie młodość, którą się cieszyłam. Nogi smuklały, biust jędrniał, czułam na sobie ciekawe spojrzenie chłopców, sama ciekawa. Miałam przyjaciółki, książki, plany. I to było piękne, więc wszystko zostało we mnie pomieszane, nie czarno-białe jak dla babci, mamy, Andrzeja. Moja młodość miała także i inne kolory. Oni śmiechem, żartami, miłością usiłowali coś przetrwać, jakoś się ocalić, ja w śmiechu nie musiałam szukać ratunku - był we mnie dziewczyński i prosty. Karoliny rocznik dwudziesty nazwano rocznikiem Kolumbów. Jak nazwać mój?
Ty, mama, mówi czasami Zuzanna, jesteś zupełnie nie do życia. Może dlatego nie jestem, że nie ma nazwy dla mojego rocznika, który z dzieciństwa wszedł prosto do piekła i tam szukał dla siebie uczuć i spraw zwyczajnych? (...)

Krystyna Siesicka "Moja droga Aleksandro", Nasza Księgarnia, Warszawa 1986, wydanie II