niedziela, 8 lipca 2012

"Złota mucha" - potrójnie ulubione klimaty

Bardzo lubię pisarstwo Joanny Chmielewskiej, kocham nasz Bałtyk - chciałabym tam mieszkać na stałe i móc chodzić brzegiem morza w każdą pogodę, fascynuje mnie bursztyn - nigdy nie mam dość oglądania wszelkich bursztynowych okazów (przerobionych i surowych, to nie ma znaczenia).

Dlatego  "Złota mucha" - powieść kryminalna Joanny Chmielewskiej z 1998 roku, to właśnie taka potrójna przyjemność dla mnie.

Mimo całej sympatii do pisarki, nie będę bezkrytycznie wychwalać tej książki. To kolejna pasująca do grupki przegadanych i zagmatwanych powieści Chmielewskiej, które trzeba przeczytać co najmniej dwa razy.
W przeciwnym wypadku czytelnik łatwo się zgubi, "kto, gdzie, z kim i dlaczego". Tym bardziej, że autorka funduje nam jedną retrospekcję po drugiej i trzeba jakoś oddzielić kolejne wspomnienia i skoki w czasie.

Ale ja zbyt lubię ten styl i język, żeby narzekać i krytykować nadmiernie.
Te książki są ze mną na przestrzeni tylu lat, że stały się częścią mojego myślenia, skojarzeń, poczucia humoru.
Po prostu lubię Chmielewską za całokształt i już...

Tytułowa złota mucha, zatopiona w bursztynie , wraz z innymi cennymi okazami jest powodem morderstw, oszustw, kradzieży, damsko-męskich komplikacji uczuciowych oraz wielu innych wydarzeń z udziałem międzynarodowego towarzystwa.

A nad tym wszystkim dominuje ogromna miłość pisarki do bursztynu, dzięki której my sami zdobywamy od podstaw doświadczenia w zbieractwie, płukaniu, szlifowaniu. Prawie dostaliśmy do ręki podręcznik samouka-bursztyniarza i zaopatrzeni w odpowiedni sprzęt i strój możemy stanąć na plaży po tym "jak morze ruszy".

Emocje towarzyszące poszukiwaniom bursztynu są w powieści prawie takie  jak gorączka złota w Klondike. Właściwie nie ma tylko publicznej strzelaniny na plaży - wszelkie inne występki są...

Powracam do "Złotej muchy" niezależnie od pory roku - dla mnie każda jest dobra, żeby znaleźć się w nadmorskich klimatach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz