sobota, 28 lipca 2012

Noc z Kraszewskim

Dziś prawdziwa uczta duchowa dla zainteresowanych osobą i twórczością Józefa Ignacego Kraszewskiego z okazji 200-rocznicy urodzin
W telewizji polskiej na kanale TVP Historia blok tematyczny w całości poświęcony pisarzowi - początek o godzinie 20.00.



Filmy dokumentalne -
"Olbrzym",
"Uwikłany w historię",
"W cieniu historii: Pisarz, historyk... Szpieg?",
"Wielki zapomniany - rzecz o Józefie Ignacym Kraszewskim".

Felieton - "J.I.Kraszewski - kartki z ostatniej podróży"

Film fabularny - "Hrabina Cosel".

sobota, 21 lipca 2012

Andrzej Łapicki

Dzisiejsza wiadomość o odejściu aktora to także wiadomość o końcu pewnej epoki polskiego teatru i polskiego kina. W moim osobistym widzeniu był  od zawsze - znany aktor, typ amanta, w którym podkochiwały się rzesze nastolatek.
Nigdy nie widziałam Andrzeja Łapickiego na scenie, na żywo w teatrze.
Kto nie mieszkał w Warszawie, nie miał łatwej drogi do zdobycia biletów na spektakl. Była co prawda forma wyjazdów grupowych, ale raczej organizowana przez duże, przemysłowe zakłady pracy w celu ukulturniania klasy robotniczej. I tak jak większość społeczeństwa znałam aktora z ekranu kinowego i telewizyjnego.

Gdy zastanawiałam się nad treścią tego posta, skupiłam się nad rolami Andrzeja Łapickiego w adaptacjach filmowych naszej literatury. Sama byłam ciekawa, ile tych ról potrafię przywołać z pamięci, bez dłuższego namysłu.

Pierwsza, najbardziej ulubiona, która bez chwili wahania zawsze mi się przypomina to rola kapitana milicji w filmie "Lekarstwo na miłość" według powieści "Klin" Joanny Chmielewskiej.
Następne to:
Poeta  - "Wesele"
Trawiński - "Ziemia obiecana"
Starski - "Lalka"
Ketling - "Przygody pana Michała" (serial telewizyjny) według "Pana Wołodyjowskiego"
Tamten - "Zazdrość i medycyna" na podstawie powieści Michała Choromańskiego.

To filmy starsze, które szybko się wyświetliły w pamięci.
Ale tych ról było więcej, nie mam tak doskonałej pamięci, więc posłużyłam się ściągawką.
Są jeszcze:
"Pamiętnik pani Hanki" na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza
"Panny z Wilka" - ekranizacja opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza
"Urodziny młodego warszawiaka" - na podstawie powieści Jerzego Stefana Stawińskiego "Młodego warszawiaka zapiski z urodzin"
"Dziewczęta z Nowolipek" - według powieści Poli Gojawiczyńskiej
"Pan Tadeusz" - wersja filmowa poematu Adama Mickiewicza.

Oglądałam wszystkie wymienione filmy.
Dobrze, że jest taki wynalazek jak kino (od dawna uznaję wyższość kina nad teatrem).
Zapisane na taśmie aktorskie kreacje nie znikną, nie odchodzą tak jak ludzie...

wtorek, 10 lipca 2012

"Anielcia i życie"

  Anielcia Siemiątkowska - urzędniczka w biurze komitetu opieki społecznej, jest jeszcze na tyle młoda, że mocno przeżywa problemy swoich podopiecznych. Martwi się, czy dostaną obiecaną zapomogę, poświęca swój wolny czas na telefony w ich sprawie. Pełna zapału pisze entuzjastyczne referaty o działalności komitetu, przejmuje się także problemami  innych pracowników biura - w równym stopniu przeżywając redukcję w pracy, jak i choroby ich dzieci.
Anielcia  jest panną i mieszka w jednym pokoju z matką, bo drugi odnajmują lokatorom. I to właśnie matka wydaje się być pierwszą osobą, która swoim stosunkiem do córki podcina jej skrzydła.
Anielcię życie lekceważy... matka jest oschła i na dystans, ciągle gasi entuzjazm córki... znajomi nie traktują jej poważnie (ta naiwna Anielcia),  ona sama ciągle daje się wykorzystywać w pracy... nie ma szczęścia do mężczyzn.

Powieść "Anielcia i życie"  powstała w 1938 roku jako powieść radiowa. Ja przeczytałam ją  w czasie trwania PRL-u, ustroju wydawałoby się, że wiecznego.  Czas tamtej lektury miał zasadnicze znaczenie, bo problemy, które ta powieść porusza były wtedy dla mnie historią i już bezpowrotnie minioną przeszłością: bezrobocie, niepewność pracy, prywatna własność taka jak czytelnia (tak właśnie - prywatna wypożyczalnia książek!) i pensjonat dla całorocznych lokatorów..

I oto minęło kilkadziesiąt lat, a realia przedwojennej polskiej rzeczywistości nie wydają się nam już tak minione i przebrzmiałe. Treść dzisiejszej opowieści o życiu Anielci może wyglądać tak:

Nelly Siemiątkowska pracuje w pewnej korporacji, poświęcając się tej pracy bez reszty - jest ambitna i dyspozycyjna. Współpracownicy biura nie tworzą między sobą przyjaznych więzi, bo w każdej chwili każdy z nich może się stać ofiarą "wyścigu szczurów". Jedni awansują, inni tracą pracę - niepewność jutra towarzyszy im stale.
Nelly jest życiową singielką, ale mieszka w jednym mieszkaniu z matką, która nie dostrzega jej dorosłości. Kontroluje życie córki pod każdym względem, do tego stopnia, że każdy zakup, każda decyzja podlega jej ocenie i krytyce. Nelly na zaproszenia koleżanki jedzie w czasie swojego urlopu po sezonie do pensjonatu "Zacisze" w Falenicy. Tam również daje się zepchnąć na margines, nie przeżywa żadnej przygody z mężczyzną, nawet nie tańczy, bo musi akompaniować do tańca innym.
Życie Nelly zmienia się jednak, gdy awansuje w pracy i potrafi wywalczyć osobne mieszkanie dla siebie. Ma trochę przyjemnych chwil w czasie atrakcyjnych wyjazdów urlopowych, pojawiają się epizody z mężczyznami. Ale to wszystko jest nietrwałe i przychodzi dzień, gdy Nelly-Anielcia wraca do starych kątów... nawet nie zauważyła minionych lat...

Powieść ma wyraźny charakter materiału radiowego. Praktycznie składa się z dialogów i krótkich opisów, które są prawie jak didaskalia w tekście sztuki. Przez co mamy wrażenie lektury surowego, nieobrobionego tekstu.
Ten rodzaj opowieści sprawia, że odbieram ją jako przykurzoną, przesiąkniętą papierosowym dymem (matka Nelly pali chyba bez przerwy), duszną atmosferę życiowego niepowodzenia.

Helena Boguszewska "Anielcia i życie" , Czytelnik, Warszawa 1977, Wydanie IV

edycja 21.09.2014 
Wpis dodaję do wyzwania "Czytamy książki nieoczywiste" 

poniedziałek, 9 lipca 2012

Było... minęło...(5) - Dzieciństwo wielkich ludzi

W polskiej literaturze dla dzieci i młodzieży można znaleźć trochę utworów opisujących dzieciństwo lub młodzieńcze lata znanych Polaków. Oczywiście nie są to biografie naukowe - to literackie wizje autorów, ich osobiste wyobrażenia i fantazja  powiązana z życiorysem postaci-bohatera. Nazywane różnie: powieść biograficzna, beletryzowana biografia.
Mam tu na myśli powieści i opowiadania napisane przed laty. O obecnej sytuacji się nie wypowiadam - nie wiem, czy pojawiło się coś nowego.
W szkolnych czytankach poznawaliśmy przygody  Maniusi, czy Frycka i dzięki tej przystępnej formie później już nazwiska sławnych Polaków były nam znane, bliskie.

Wśród moich lektur z dzieciństwa jest ta książeczka, czytana wielokrotnie:
"Kolory" podtytuł "Chłopięce lata Józefa Chełmońskiego" Teodora Goździkiewicza.



To wydanie zaliczam do bardzo dobrych pod względem edytorskim. Twarda, lakierowana okładka zaprojektowana z rozmysłem, wyraźny druk z dużą czcionką, zszywane kartki i kilkanaście ilustracji (kolorowych i czarno-białych) z obrazami i szkicami Chełmońskiego.



"Kolory" tworzą obrazki malowane słowem przez pisarza. Napisane współczesnym językiem (znajdziemy tu także łowicką gwarę), są swego rodzaju ilustracją najsilniejszych inspiracji  z dzieciństwa malarza. Nie jest to zwarta akcja, ale kolejne odsłony w czasie i miejscu - jarmark w Łowiczu, przed karczmą, żniwa, pieczenie kartofli, tajne spotkania z powstańcami, oddziały Kozaków na ulicach... To, co chłopiec widział, przeżył i zapamiętał ...

Książka pokazuje szczęśliwe dzieciństwo małego Ziunka - miłość w rodzinie, patriotyczne wychowanie, domową edukację, później naukę w szkole.
Rodzice nie izolowali go od wiejskiego otoczenia, nie stał się "paniczem z dworku" (chociaż to nie był bogaty dom). Ziunek swobodnie spędzał czas z chłopskimi dziećmi,


stąd zapewne wypływa jego umiłowanie do natury i jedyna tematyka całej twórczości - polska wieś we wszystkich porach roku, w różnych odsłonach.



Młody czytelnik żegna chłopca w momencie, gdy krystalizują się jego plany na przyszłość - studia malarskie w Warszawie, w prywatnej pracowni Wojciecha Gersona.
Jednak nie pozostaje w niewiedzy "co dalej?". Zamieszczone na końcu książki Posłowie opisuje dalsze losy malarza, aż do jego śmierci.

Teodor Goździkiewicz "Kolory", Nasza księgarnia, Warszawa 1965, wydanie I

*wpis do Klasyki młodego czytelnika

edycja 21.09.2014

Wpis dodaję do wyzwania "Czytamy książki nieoczywiste!"

niedziela, 8 lipca 2012

"Złota mucha" - potrójnie ulubione klimaty

Bardzo lubię pisarstwo Joanny Chmielewskiej, kocham nasz Bałtyk - chciałabym tam mieszkać na stałe i móc chodzić brzegiem morza w każdą pogodę, fascynuje mnie bursztyn - nigdy nie mam dość oglądania wszelkich bursztynowych okazów (przerobionych i surowych, to nie ma znaczenia).

Dlatego  "Złota mucha" - powieść kryminalna Joanny Chmielewskiej z 1998 roku, to właśnie taka potrójna przyjemność dla mnie.

Mimo całej sympatii do pisarki, nie będę bezkrytycznie wychwalać tej książki. To kolejna pasująca do grupki przegadanych i zagmatwanych powieści Chmielewskiej, które trzeba przeczytać co najmniej dwa razy.
W przeciwnym wypadku czytelnik łatwo się zgubi, "kto, gdzie, z kim i dlaczego". Tym bardziej, że autorka funduje nam jedną retrospekcję po drugiej i trzeba jakoś oddzielić kolejne wspomnienia i skoki w czasie.

Ale ja zbyt lubię ten styl i język, żeby narzekać i krytykować nadmiernie.
Te książki są ze mną na przestrzeni tylu lat, że stały się częścią mojego myślenia, skojarzeń, poczucia humoru.
Po prostu lubię Chmielewską za całokształt i już...

Tytułowa złota mucha, zatopiona w bursztynie , wraz z innymi cennymi okazami jest powodem morderstw, oszustw, kradzieży, damsko-męskich komplikacji uczuciowych oraz wielu innych wydarzeń z udziałem międzynarodowego towarzystwa.

A nad tym wszystkim dominuje ogromna miłość pisarki do bursztynu, dzięki której my sami zdobywamy od podstaw doświadczenia w zbieractwie, płukaniu, szlifowaniu. Prawie dostaliśmy do ręki podręcznik samouka-bursztyniarza i zaopatrzeni w odpowiedni sprzęt i strój możemy stanąć na plaży po tym "jak morze ruszy".

Emocje towarzyszące poszukiwaniom bursztynu są w powieści prawie takie  jak gorączka złota w Klondike. Właściwie nie ma tylko publicznej strzelaniny na plaży - wszelkie inne występki są...

Powracam do "Złotej muchy" niezależnie od pory roku - dla mnie każda jest dobra, żeby znaleźć się w nadmorskich klimatach.

sobota, 7 lipca 2012

Letnie czytanie na wyjeździe

Letnia pogoda - lekka lektura...
Upał, duchota, termometr zwariował, wilgotność powietrza jak w amazońskiej dżungli... to aktualna pogoda w Polsce. Dla mnie to nie czas na trudne lektury, nie mam ochoty na czytanie poważnych dzieł, czy mrocznych opowieści ciężkiego kalibru. I nawet pisać o takich książkach nie za bardzo się chce.
Wiem, że w tym roku nigdzie nie wyjadę (lepiej nie myśleć o przyczynach). Ale będę podróżować we wspomnieniach, w powrotach do znanych wakacyjno-urlopowych książek i mam nadzieję, że w nowych lekturach również.

Przypominam sobie nasze dawne wyjazdy, zawsze nad moje ukochane morze. Te najdawniejsze to wczasy, czyli turnusy zorganizowane. Trwające dwa tygodnie i najczęściej przy dość marnej pogodzie. Jakoś tak kiedyś nie było upałów na Bałtykiem. Mój Tata wtedy twierdził, że jeśli chociaż trzy dni były słoneczne, to i tak mamy sukces.
Z tych wyjazdów, zamiast pamiątek "znad morza" często przywoziliśmy książki. Istniało wtedy coś takiego jak "rozdzielnik" - świetnie opisuje to zjawisko nieoceniona Stefania Grodzieńska "We wspomnieniach chałturzystki". Mówiąc w skrócie: według ogólnokrajowej listy przydzielano dany towar wszystkim "po równo", czyli sklep w małym Iksinowie i sklep w dużym mieście dostawał taką samą ilość towaru. W dużym mieście atrakcyjny pod różnymi względami towar znikał błyskawicznie, a w Iksinowie sobie spokojnie leżał w sklepiku. Tak było oczywiście również z książkami, na które polowaliśmy w różnych miejscach. Pamiętam dokładnie zakupy w księgarni we Władysławowie - w nowoczesnym pawilonie leżało na wystawie nowiutkie wydanie "Potopu" ze zdjęciami z filmu. Oczywiście zakupione...
Kiedy po kilkunastu latach przejeżdżaliśmy znowu przez Władysławowo z trudem znaleźliśmy pawilonik... już nie księgarni... chyba jakiegoś szmateksu.

Jednak naszym głównym zwyczajem wczasowym było wypożyczanie książek w miejscowej bibliotece (najczęściej funkcjonującą pod nazwą Gminnej). Zaraz po przyjeździe szukaliśmy biblioteki, zapisywaliśmy się, wpłacaliśmy kaucję pieniężną i zaczynało się buszowanie na półkach... bo w takiej biblioteczce również bywały atrakcyjne książki, trudne do zdobycia w naszej własnej.
Ja sama, ulegając wakacyjnym klimatom, wypożyczałam do czytania książki lekkie, łatwe i przyjemne - najczęściej nasze polskie kryminały. Zawsze jednak sprawdzałam każdą wybraną książkę, czy posiada wszystkie strony, a szczególnie zakończenie.
Wiadomo, jakie to wkurzające, kiedy nie dowiemy się kto zabił...

Nie mam u siebie zbyt wielu takich książek, po prostu szkoda mi było pieniędzy na ich kupowanie. Kilka jednak się znajdzie, między innymi ta (kupiona w antykwariacie) - "Orchidee z ulicy Szkarłatnej" Heleny Sekuły. 

Klasyczny kryminał z czasów PRL-u, z wątkiem morderstwa, przemytu i podejrzanych interesów w środowisku badylarzy.  Nielegalny rynek dolarowy, "skoki" drobnych złodziejaszków na "Delikatesy", działanie paserów, społeczny margines.

Początkiem całej serii wypadków jest napad na cudzoziemca, któremu skradziono między innymi sporą ilość pudełek holenderskiego kakao...

Sympatyczni milicjanci są skuteczni w działaniu, wątek uczuciowy młodego oficera przeplata się z pracą operacyjną, świat przestępczy jest niesympatyczny (niezależnie od szczebla) i zasługuje na karę, chociaż w niektórych przypadkach na reedukację.

W porównaniu ze stopniem okrucieństwa dzisiejszych kryminałów (szczególnie filmowych), tamte historie wydają się miłymi opowieściami, a przestępcy łagodnymi barankami.

Helena Sekuła "Orchidee z ulicy Szkarłatnej", Czytelnik, Warszawa 1971, wydanie I.

piątek, 6 lipca 2012

Kolejna likwidacja kulturowa

Wśród dzisiejszych wiadomości : Likwidacja Ossolineum. Koniec najstarszego polskiego wydawnictwa

Zakład Narodowy im. Ossolińskich powstał we Lwowie, w 1817 roku, jako dar fundacji Józefa Maksymiliana Ossolińskiego dla narodu.
Co niedługo zostanie narodowi?

Po przeczytaniu tego tekstu spojrzałam na swoje półki. Mamy w naszych rodzinnych zbiorach kilkanaście tomików z tego wydawnictwa. Każda z nich to bardzo wartościowa pozycja , z fachowym opracowaniem literackim.

Mój ulubiony tomik...

czwartek, 5 lipca 2012

Było...minęło...(4) - "Oko proroka" Władysław Łoziński

  "Oko Proroka czyli Hanusz Bystry i jego przygody"  to powieść, która ukazała się po raz pierwszy w 1899 roku, nakładem Macierzy Polskiej we Lwowie. Jak czytamy w Posłowiu: "to utwór z założenia napisany dla młodzieży i masowego czytelnika".

Opowiada o przygodach piętnastoletniego Hanusza Bystrego w czasie jego wyprawy "do Turek" w poszukiwaniu zaginionego ojca.
Marek Bystry, zmuszony do dalekiej i niebezpiecznej wyprawy potrzebą zdobycia pieniędzy, nie wraca w oznaczonym terminie do domu.
W tym czasie Hanusz  (za sprawą Kozaka Semena) zostaje powiernikiem tajemnicy, związanej z Okiem Proroka, jak się później okaże, niezwykle cennym diamentem.

W wyniku splotu wydarzeń Hanusz musi nagle dorosnąć, podejmuje się zadania, które przerosłoby niejednego dorosłego mężczyznę.
W opowieści mamy zdrady, ucieczki, zabójstwa, pogonie oraz oczywiście główny motyw - pełna niebezpieczeństw podróż..
Wraz z kolejnymi przygodami Hanusza  poznajemy życie ludzi na południowo-wschodnich krańcach XVII-wiecznej Rzeczypospolitej - wieś, miasto, środowiska kupców, zagrożenie porwaniem w jasyr i turecką niewolą.

Hanusz nie jest jedynym młodym bohaterem wśród dorosłych.  Drugim, ważnym dla całej opowieści jest Kozak Semen Bedryszko (który również szuka ojca w niewoli). Pojawia się mendyczek Urbanek (biedny żak szkolny), kulawy Matysek (plebański sługa, co go rybałtem we wsi zwano), oczywiście jest i dziewczyna - dobra Marianeczka.

Narratorem jest sam Hanusz, który opowiada o swoich przygodach. Książkę czyta się łatwo, bo mimo stylizacji na archaiczną polszczyznę, jest to język prosty i zrozumiały. Cały czas mamy wrażenie, że czytamy opowieść chłopca, a tymczasem okazuje się, że to opowiadanie starego już człowieka. Książka nie ma dłużyzn i nudnych fragmentów, akcja trzyma czytelnika w napięciu, choć trzeba przyznać, że nie jest to utwór najwyższych lotów.

Dla ułatwienia lektury, na końcu książki umieszczono  przypisy, w których można znaleźć wyjaśnienie niektórych słów, terminów, informacje o osobach.

Książka została wydana przez Wydawnictwo Łódzkie w 1986 roku,  w serii "Przygoda z historią".  Była to seria przeznaczona dla młodego czytelnika - cykl powieści związanych tematycznie z historią Polski.

Niestety, jest to szczególnie niedobre wydanie pod względem edytorskim.
Klejone kartki bardzo szybko się rozsypały, papier wykorzystany do druku jest tak cienki, że przebija tekst z drugiej strony. A sam druk ma różny stopień nasycenia farby drukarskiej - miejscami litery są blade, słabiej widoczne. To naprawdę knot drukarski, ale dość częsty w latach osiemdziesiątych -  najbardziej przed samym rokiem 1989.

Powieść stała się również materiałem dla filmu i serialu.

Władysław Łoziński "Oko proroka, czyli Hanusz Bystry i jego przygody", Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1986 r., wydanie drugie..

* wpis do Klasyki Młodego Czytelnika

środa, 4 lipca 2012

Wszechobecna poprawność polityczna

Walka o poprawność polityczną zatacza coraz szersze kręgi i wciska się już chyba do wszystkich dziedzin naszego życia. Czasami stając się śmiesznym i przerysowanym działaniem "w imię czegoś". Bardzo nie lubię przesady - pod żadną postacią i drażnią mnie niektóre wypowiedzi godne lepszej sprawy. Szczególnie prezentowane publicznie, a co gorsza - narzucane innym.

W ciągu ostatnich dni kolejny raz słyszę i czytam krytyczne uwagi pod adresem naszego Sienkiewicza. Tego samego, co to "ku pokrzepieniu serc...". Ale teraz (jak się okazuje) to nie jest pokrzepienie, ale przemycanie treści ideologicznych i wychowywanie polskich dzieci na kolonizatorów
Przy okazji rozmowy przed meczem Polska-Grecja, dowiedziałam się w pewnej telewizji, że przecież Sienkiewicz propagował marihuanę - pamiętacie wywód pana Zagłoby o oleum?  A w ogóle cała "Trylogia" jest rasistowska.

Później trafiłam na ten artykuł z tezą: "W pustyni i w puszczy" nie dla dzieci, w którym autor ma pretensje do Sienkiewicza, że wychowuje nas na kolonizatorów. Prawie ma traumę z tego powodu.
"Henryk Sienkiewicz uwiódł mnie swoją Afryką. "W pustyni i w puszczy" stało się jedną z moich najważniejszych dziecięcych lektur. Do dziś mam o to pretensję do polskiej oświaty."

Takich kwiatków na pewno jest więcej, ale szkoda czasu na ich szukanie. Te wspomniane wyżej akurat same się trafiły, wywołując temat.
Nie można zaprzeczyć, że sienkiewiczowski Kali stał się pewnym symbolem naiwnego Murzyna z czasów kolonizacji, że wszedł do naszego języka jako synonim sposobu mówienia i myślenia, który  wykorzystujemy nadal. Ale dopisywanie Sienkiewiczowi aż takich intencji, to według mnie gruba przesada.
Jeśli tak szkodliwy jest nasz pisarz w tej jednej, jedynej książeczce, to trzeba młodemu czytelnikowi (który w ogóle chce jeszcze czytać książki), koniecznie zabronić lektury kolonizatorskiej literatury angielskiej. Tamta to dopiero jest niewłaściwa.. czysta kolonizacja na przestrzeni wieków.

I może w ogóle zrobić listę polityczną pisarzy i ich utworów, wprowadzić nową cenzurę, oczywiście już teraz pod innym kątem niż to było w minionym ustroju. Jeśli ktoś nie potrafi oderwać się od politycznego subiektywizmu  w ocenie literatury, to wszelka dyskusja jest niemożliwa i  jak mówiono kiedyś "Święty Boże nie pomoże".