sobota, 30 czerwca 2012

Imieniny pani domu

  "Ustawiczne kłopoty i zajęcia pana Benedykta z jednej strony, a z drugiej słabe zdrowie pani Emilii i sposób życia, jaki wiodła ona od lat już wielu, nie dozwalałyby na utrzymywanie szerokich stosunków towarzyskich. Oboje też, choć dla przyczyn różnych, nie pragnęli ich wcale. On unikał wydatków i przeszkód w gospodarskich pracach, ona lękała się ruchu, gwaru i wszelkiej fatygi. Jednak zupełnie wyosobnionymi spośród ludzi być nie mogli. Dawne stosunki sprowadzały im niekiedy odwiedziny krewnych i sąsiadów; raz w roku, na imieniny pani domu przypadające w ostatnim dniu czerwca, zjeżdżała się do Korczyna znaczna ilość gości. Był to już zwyczaj przyjęty od tak dawna, że zmienić go było niepodobna bez uchybienia najprostszej przyzwoitości i narażenia się na niechęć wielu osób."

                           Eliza Orzeszkowa "Nad Niemnem" tom I, roz.IV

"Nad Niemnem" - wiadomo, lektura szkolna, z grubsza wiadomo co chodzi - nawet dla tych, którzy nie czytali. A może tylko obejrzeli film. Nie będę jednak streszczać, bo to tak znana klasyka polska, że po prostu nie wypada...

Książka, która jest lekturą szkolną najczęściej ma doczepioną etykietę nudnego przymusu. Sam fakt znalezienia się na liście powoduje jakby obniżenie jej wartości - taka szkolna przekora.

Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, namawiać itd - ja sama bardzo lubię czytać tę powieść i wracam do niej co jakiś czas. I nawet te osławione nudne "opisy przyrody" mnie tak bardzo nie nudzą. Lubię przenieść się w te nadniemeńskie klimaty... i to wcale nie jak do cepeliowskiego skansenu - z samymi dobrymi i pięknymi stronami nostalgicznych powrotów na Kresy.  Dostrzegam problemy społeczne i polityczne, które porusza pisarka.

Jednak "Nad Niemnem" to dla mnie przede wszystkim ludzie - ich przeżycia i związki uczuciowe.
Postaci bohaterów są nadal żywe, różnorodne ... można ich lubić, krytykować, mogą nas denerwować...
Tak jak niezmiennie denerwuje mnie najbardziej ze wszystkich pani Emilia.
Zaliczam ją grupki tych wkurzających czytelnika bohaterek, którą tworzą także Barbara Niechcicowa, Scarlett O`Hara, Róża-Cudzoziemka. Ma się ochotę mocno potrząsnąć taką paniusią, kiedy jej wypowiedzi i zachowanie stają się już zbyt denerwujące...

Wersja filmowa powieści (film i serial) podoba mi się... może dlatego, że nie jest zbyt udziwniona. Odbieram ją nie jako adaptację, ale jako ilustrację do książki. I tak jest dobrze...
A obsada aktorska to według mnie najmocniejsza strona filmu.

Mam wydanie z "Czytelnika", które (jak wszystkie tej oficyny)jest trochę znakiem swoich czasów - zbyt drobny druk, tekst wepchnięty w mały format stron, klejone kartki szybko rozsypujące się po lekturze.
To minus tej edycji. Lubię czytać książkę swobodnie, bez dodatkowego zmęczenia z powodu tropienia kolejnych zdań i wyrazów...

Ale te egzemplarze to pamiątka, po dziadkach, których już nie ma od wielu lat.
Każda książka z dedykacją jest jedynym, niepowtarzalnym tomem w domowej, rodzinnej bibliotece. Czasami odkrywam te dedykacje przypadkowo, nie pamiętam, że tam są. Dopiero sięgając po książkę trafiam na takie wpisy, zawsze związane z konkretnym dniem, okazją, spotkaniem.
Teraz, w obliczu nowych ślubnych zwyczajów, nie mogę odżałować, że w zaproszeniach na nasz ślub nie znalazła się prośba do naszych gości: Zamiast kwiatów mile widziane książki z dedykacją.

Cóż, to było tak dawno i zwyczaje były inne.

"Nad Niemnem" Eliza Orzeszkowa,  Czytelnik Warszawa 1973

piątek, 29 czerwca 2012

Było... minęło... (3) - Matura - wczoraj i dziś

Kiedy słucham o wynikach obecnych matur (o niskim poziomie zdających, o zawalonych egzaminach), w kontekście żenująco łatwych warunków i wymogów zaliczania, przypominam sobie zawsze książkę Elżbiety Jackiewiczowej "Wczorajsza młodość".

W niej pisarka kreuje obraz szkoły w dwudziestoleciu międzywojennym, wraca do uczniów i nauczycieli, do poziomu wymagań, do pozycji zawodu nauczyciela. I także do znaczenia samej matury.
Matury zdawanej ze wszystkich przedmiotów, zdawanej naprawdę... na poważnie jako "egzamin dojrzałości".

"Wczorajsza młodość" nie jest powieścią dla dzieci. To książka dla młodzieży i dla starszego czytelnika.
Porusza bowiem zupełnie dorosłe, czasami tragiczne problemy w  życiu szkoły (samobójstwo ucznia, wyrok skazujący w sfabrykowanym procesie o zabójstwo), w życiu prywatnym uczniów i nauczycieli. Mówi o dojrzewaniu młodych ludzi, o przyjaźniach, ale także o konfliktach światopoglądowych.

Z jednej strony powieść jest wartościowym źródłem wielu informacji o tym okresie naszej historii od strony codziennego życia, ale z drugiej strony jest mocno tendencyjna i upolityczniona.
Władza, urzędy, wojsko, księża, bogatsze sfery są przedstawione w negatywnym świetle - ten zły kapitalizm i sanacja. Autorka podkreśla biedę  i niesprawiedliwość społeczną, antysemityzm w stosunku do niektórych  kolegów i ich rodzin, różnice w traktowaniu uczniów w zależności od pochodzenia i statusu majątkowego rodziców. A dorośli już uczniowie Ewy z goryczą konfrontują jej młodzieńcze ideały z rzeczywistością: "fala" w wojsku, korporacje studenckie o faszystowskim rodowodzie, wpływ pochodzenia społecznego na zawieranie małżeństw itd.

Pewnym wyjaśnieniem jest tutaj moment powstania tej powieści - to rok 1955, jeszcze socrealizm i stalinowskie wymogi dla kultury i sztuki. Książka jest debiutem pisarki, która jak każdy pisarz chcący wtedy wydać swój utwór, musiała napisać ją w takiej właśnie konwencji.
Po zmianach ustrojowych w Polsce książki Jackiewiczowej nie były wznawiane, być może właśnie ze względów politycznych. A ciekawostką jest fakt, że była ona konsultantem do spraw pedagogicznych przy realizacji doskonałego (dziś kultowego) serialu "Wojna domowa".

Główną bohaterką powieści jest młoda polonistka - Ewa Witkowska, dla której zawód nauczyciela jest prawdziwym powołaniem. Ewa (już mężatka i matka) jest postacią prawie idealną, można tylko marzyć o nauczycielach z takim podejściem do uczniów, z takim zaangażowaniem zawodowym i społecznym. Jest to szczególnie widoczne na tle jej kolegów z pokoju nauczycielskiego (w większości to mężczyźni).
Poznajemy różne szkoły, różnych dyrektorów i nauczycieli... szkoła nie jest enklawą, w jej codzienność wdziera się polityka, konflikty społeczne i narodowościowe. Są smutne i tragiczne wydarzenia, nadmierna surowość i bezwzględność dorosłych, ale też są wesołe i radosne chwile... Typowe, niezależne od czasów, szkolne wybryki i wymówki...A w tle pojawiająca się w przyszłości jak czarna chmura II wojna światowa...

Na pewno opisane w powieści wydarzenia, galeria postaci, przeżycia i refleksje bohaterki, to w jakimś stopniu obserwacje i osobiste doświadczenia pisarki. Elżbieta Jackiewiczowa, po studiach w Warszawie i Wilnie (w latach dwudziestych), pracowała jako nauczycielka języka polskiego.
Dla mnie lektura tej książki jest szczególnie ciekawa z punktu widzenia zawodowego współczesnego nauczyciela.
Ot, taki przyczynek do historii edukacji...

Elżbieta Jackiewiczowa "Wczorajsza młodość", Nasza Księgarnia 1956, wydanie II.

* wpis do Klasyki młodego czytelnika

czwartek, 28 czerwca 2012

Było... minęło... (2) : "Godzina pąsowej róży" - strzeżcie się, dziewczęta

"Oto Anda. Kilka miesięcy temu skończyła czternaście lat. Spotykamy ją, kiedy razem z Teresą wraca ze szkoły. Teresa to koleżanka. Po drodze zatrzymują się przed wystawą."
Tak rozpoczyna się  historia lekkomyślnego igrania z czasem,  "Godzina pąsowej róży" - opowieść z 1960 roku. Powieść dla dziewcząt? raczej unikam takiego podziału, bo nigdy nie wiadomo, co zechcą przeczytać chłopcy.


Anda, w wyniku manipulowania wskazówkami starego rodzinnego zegara, w bardzo nieodpowiedniej chwili (jak się później okazuje), przenosi się w czasie. Całe zamieszanie spowodowane było chęcią pójścia na basen przyszłej gwiazdy pływackiej.  Tu trening, a tu  zaniedbania szkolne.
A wystarczy takie małe, malutkie oszustwo z cofnięciem wskazówek zegara i można by wyskoczyć na godzinkę z domu.
Niestety, jeszcze w grę weszło stłuczone szkło w rodzinnym portrecie i kropla krwi na starej róży...
I zaskoczona Anda  odnajduje się  nagle w innym otoczeniu, w innym ubraniu... jak się dowiaduje - w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Oprócz pięknej ciotki Eleonory, właścicieli tytułowej róży, Anda jest jedyną osobą świadomą tej zmiany w czasoprzestrzeni. Nowoczesność XX wieku znika w każdym wymiarze - nie ma elektryczności, samochodów (ani innych wynalazków ułatwiających życie), loty kosmiczne są wynalazkiem  wyobraźni niejakiego pana Verne`a, nie istnieją zmiany obyczajowe, o których wcześniej Anda nawet nie myślała. Są za to gorsety i niewygodne ubrania, powozy, kocie łby na ulicach, gazowe oświetlenie, brak łazienek, pensje dla panienek i tysiące sytuacji, w których "nie wypada".
Przeniesienie się bohaterki do minionego wieku daje doskonałą możliwość przybliżenia młodemu czytelnikowi wielu ciekawych momentów z codziennego życia: oświadczyny, przygotowania do ślubu, wypoczynek nad morzem,  a także poznania strojów, wyposażenia mieszkań, pensji dla dziewcząt...
Wraz z Andą  kilkakrotnie nagle odnajdujemy się w różnych miejscach i czasie, bo Anda nie poddaje się losowi, ale stara się powrócić do swojego XX wiek, co jakiś czas dopadając właściwego zegara.
Dzisiejszy czytelnik przeżywa właściwie podwójną podróż w czasie: książkową - wraz z bohaterką... i własną, bo współczesność Andy to czas lat 60-tych minionego już wieku.

Pamiętam pierwsze wrażenia z lektury, gdy miałam tyle samo lat, co Anda. Książka bardzo mi się podobała,  idealnie pasowała do tamtych czasów, w warstwie współczesnej była jak najbardziej współczesna.
Anda była jedną z nas, współczesną dziewczyną przeżywająca takie fantazyjne przygody.
A teraz uważam, że mimo upływu ponad pięćdziesięciu lat od czasu powstania, książka nie zestarzała się, nie jest archaiczna. Została napisana takim językiem, który wytrzymał próbę czasu. Nie ma w narracji lub w dialogach rażących przeżytków językowych. Elementy współczesności z lat 60-tych są  nakreślone ogólnie (można powiedzieć uniwersalnie), mamy je również w naszym życiu. Oczywiście w trakcie lektury natkniemy się słowa i zwroty, które już nie funkcjonują w języku codziennym: algebra (jako przedmiot w szkole), dziewiąta klasa, flakonik z atramentem, spodnie od krawca i inne.


W 1963 roku na podstawie książki powstał film (pod tym samym tytułem), który okazał się prawdziwym przebojem kinowym. Na pewno za sprawą odtwórczyni roli głównej - Andę zagrała ogromnie wtedy popularna Elżbieta Czyżewska. Z tego powodu filmowa Anda jest o kilka lat starsza. Natomiast nie wiem, dlaczego scenariusz zawiera kilka istotnych zmian w stosunku do książki. Ale to tak najczęściej bywa z adaptacjami.

Niestety nie mogę podać dokładnej daty wydania mojego egzemplarza. To książka należąca do moich ulubionych, czytana przez tyle lat w rodzinie, że kartki się rozsypują, a strona tytułowa nie wiadomo gdzie i kiedy zniknęła. Może też przeniosła się w czasie...
Na pewno była wydana po 1963 roku, na co wskazuje zdjęcie z filmu na okładce.

* Wpis do Klasyki młodego czytelnika

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Ukłon w stronę cienia...

"Ukłon w stronę cienia" to tytuł cyklu powieściowego, nazywanego różnie przez wydawców (wieloksiąg, saga). Saga najmniej mi pasuje w odniesieniu do tych powieści. Wszystkie łączy osoba bohaterki i jej życia, które w całości podporządkowane jest jednemu uczuciu do jednego mężczyzny. Wszystkie kolejne związki z mężczyznami nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko miłość do Waltera.

Pierwsza część to "Obrączka ze słomy".
Przeczytałam ją wiele lat temu (w innym wydaniu niż to, które obecnie posiadam). I tamten czas i okoliczności tej pierwszej lektury miały zasadnicze znaczenie na mój osobisty odbiór.

Jako nastolatka naczytałam się poruszających wojennych wspomnień, materiałów wydawanych  przez "Główną Komisję  Badania Zbrodni Hitlerowskich", reportaży w "Przekroju" z procesu norymberskiego - to wszystko wyciągałam z bogatej tematycznie biblioteki mojego dziadka.
I pod wpływem tych lektur już w liceum miałam silnie ugruntowaną nienawiść do Niemców jako do narodu  naszego odwiecznego wroga i okupanta.

"Obrączka ze słomy" to historia młodzieńczej miłości Polki i Niemca w czasie trwania II wojny światowej. Anna Maria pokochała niemieckiego żołnierza - Waltera wbrew wszystkim i wszystkiemu co ją otacza. To "zakazana miłość" czasu wojny, szczególnie trudna w rzeczywistości okupowanej Polski.
Miłość, której nie może zaakceptować rodzina i przyjaciele; miłość, która trzeba ukrywać przed otoczeniem.
Czytałam książkę tamten pierwszy raz, gdy byłam świeżo upieczoną mężatką, a mój mąż  znalazł się w szpitalu. Nic więc dziwnego, że przemówiła do mnie najbardziej opowieść o miłości, poczułam sympatię do bohaterów, odrzuciłam emocje z wcześniejszych historycznych lektur.

Po kilkunastu latach zobaczyłam w księgarni nowe wydanie "Obrączki...". Wtedy już nazwisko autorki nie było mi obce, bo znałam cykl "Niedoskonałości...".
Kupiłam ją , a na końcu książki niespodzianka... znalazłam zapowiedź dalszego ciągu tej  historii.
Bo Anna Maria, mimo upływu lat, cały czas szuka śladów swojego ukochanego. Nie wierzy, że Walter zginął na froncie wschodnim. Chodzi do kina tylko po to, żeby po raz kolejny obejrzeć kronikę filmową, pokazującą  niemieckich jeńców - może wypatrzy znajomą  twarz... Każdy dzwonek do drzwi to szalone bicie serca - może to On?
Mijają lata... Anna Maria ciągle szuka i ciągle czeka...

Całość tego cyklu powieściowego tworzą: "Obrączka ze słomy" , "Krzew tamaryszku", "Nie wierzę w powroty" i "Motyl z perłą".

Lektura wszystkich części wciąga, chociaż można by powiedzieć, że to typowo kobieca literatura. Ale nie jest to łzawe romansidło... Obok wątków uczuciowych znajdziemy tu bardzo bogatą warstwę opisową czasów i rzeczywistości. Towarzyszymy bohaterce w jej życiu na przestrzeni lat i w różnych miejscach na świecie (w Europie i w Stanach Zjednoczonych). Różni ludzie... różne środowiska, różne kraje... różne obyczaje...
Tylko uczucia jakby takie same, niezależne od wszystkiego...

A moja osobista ocena?
Uważam ten cykl powieściowy za najlepszą część w twórczości sędziwej już pisarki...

czwartek, 21 czerwca 2012

"Macierz"

Rok pierwszego wydania -1903.

Moje pierwsze spotkanie z tytułem, nie lektura samej książki, miało miejsce wiele lat temu. W siódmej lub ósmej klasie szkoły podstawowej, kiedy regularnie zostawałam po lekcjach i pomagałam w szkolnej bibliotece. Było nas kilka takich ochotniczek, z poświęceniem wypełniających karty czytelnicze i porządkujących książki na półkach. To właśnie w trakcie wielokrotnego ustawianie książek w porządku alfabetycznym według autorów, zapamiętałam ten tytuł.
Dlaczego ten szczególnie? Dzisiaj myślę, że chyba dlatego, bo go nie rozumiałam. Nie znałam znaczenia słowa "macierz", a że samo słowo mnie odstraszało, więc wtedy książki nie przeczytałam.

Wspominam okoliczności spotkania z książką, bo dzisiaj zastanawia mnie tamten dobór literatury na potrzeby szkolnej biblioteki. Jakże inne były kryteria wtedy i dziś...
"Macierz" to przecież powieść dla dorosłych, poruszająca tematykę nie dla dzieci. A jednak w tamtych czasach została do szkolnej biblioteki zakupiona. I chyba było to nawet to samo wydanie - z roku 1957, które kupiłam kilka lat temu w antykwariacie.

Ta książka, jak wszystkie utwory Rodziewiczówny, pokazuje prawdziwość życia codziennego i obyczaje sprzed stu lat. Bez osłonek ukazuje funkcjonowanie klasowego systemu społecznego, opartego na pochodzeniu i na pieniądzu.
Cenię Rodziewiczównę za rzetelność kronikarską, za opisanie i pokazanie nam w każdym wymiarze szczegółów minionego świata. Dzięki autorce możemy zobaczyć, jaki był los odrzuconych, wykluczonych, popełniających życiowe błędy. Nieuchronność kary za przewinienia, surowość moralnego osądu za występek, piętno pochodzenia z nieprawego łoża.
Dla dzisiejszego młodszego czytelnika tamten cały świat jest niezrozumiały... bo jak to? można było stracić jakikolwiek dochód, nie mieć pracy i domu, spać pod płotem, pić wodę z kałuży, umrzeć w błocie, a nikogo to nie obchodziło?
Biedny - to wtedy znaczyło "nikt", bezdomny bez rodziny -  to "uliczny śmieć".. - opiekuńcze państwo? system opieki socjalnej? -  nie wtedy... nie w czasie zaborów  i nie w czasie "panów".

"Macierz" jest opowieścią o miłości, o jej różnych rodzajach. Począwszy od szalonego uczucia młodziutkiej dziewczyny, poprzez pełną oddania miłość do mężczyzny, aż do tej najważniejszej - miłości matki do dziecka.

Główna bohaterka przez swoje bezkompromisowe zachowania traci szacunek otoczenia, miłość rodzicielską i spada na samo dno upodlenia. Zostając matką potrafi jednak instynktownie zadbać o swoje dziecko, świadomie wybrać i zaplanować dla niego drogę życiową.
Rodziewiczówna niezwykle odważnie jak na tamte czasy przedstawia w pozytywnym świetle samotne macierzyństwo z wyboru, nie z konieczności.

Ta książka jest napisana charakterystycznym dla Rodziewiczówny językiem, ale nie ma tu przydługich, nudnych zdań. Nie ma też dłużyzn w akcji, dramaturgia wydarzeń utrzymuje uwagę czytelnika do końca.

środa, 20 czerwca 2012

Najpierw film - potem książka

Taka bywa kolejność niektórych moich lektur - książek przeczytanych dopiero po obejrzeniu filmu.
Okoliczności z tym związane bywają różne:
- oglądam film wiedząc wcześniej o książce
- przy okazji filmu dowiaduję się o istnieniu książki
- sięgam po książkę napisaną na podstawie scenariusza filmowego.
W tym ostatnim przypadku poziom literacki bywa bardzo różny, najczęściej jednak nie są to utwory wysokiego lotu. To po prostu trochę ociosany i obrobiony surowy materiał scenariusza. Oczywiście mówię tu tylko o wersjach powieściowych, które sama czytałam.


Dziś, pierwsza z półki, książka-serial "Daleko od szosy".
Autor: Henryk Czarnecki
Wydanie drugie poprawione, Łódź 1985 r.

Historia wcale nie łatwego "awansu społecznego" zdolnego chłopaka ze wsi. Leszek chce się uczyć - początkowo kieruje nim tylko chęć zdobycia zawodu i pragnienie wyrwania się z zapadłej dziury. Nie chce tkwić w ustalonych schematach, czyli ożenek z  Bronką i gospodarzenie na roli tak jak ojcowie i dziadowie. Nie chce grzebać się w ziemi, chce grzebać się  w samochodach.
Uczucie do studentki, dziewczyny z dużego miasta, zmienia jego ambicje. Szybko dostrzega swoje braki w wykształceniu i obyciu - wie, że nie pasuje do studenckiego środowiska swojej dziewczyny. Jednak nie ma zamiaru się poddawać - podejmuje walkę, którą jest zdobywanie wykształcenia. Nauka jednocześnie z pracą zawodową, brak perspektyw na mieszkanie dla młodego małżeństwa, szarzyzna codzienności - to była wtedy rzeczywistość wielu ludzi.

Cóż to był za serial!!!  Tak niezwykłej oglądalności i popularności nie miał w tamtym czasie żaden inny serial współczesny. Nie biorę tu pod uwagę Klossa i pancernych, bo to inna kategoria. Dziś ten serial byłby nazwany "kultowym" - tak jak kultowe stały się wtedy powiedzonka  Leszka "sie panie częstują" lub "na żądanie raz można".

"Daleko od szosy" (1976) to serial obyczajowy, który trafił do widzów dzięki swojej normalności, dzięki pokazaniu zwykłych ludzi bez propagandowego zadęcia. Mieliśmy dosyć tego ideologicznego bełkotu, tej nowomowy płynącej z telewizora.  Do dziś źle reaguję na te wszystkie plenum, zjazd, KC, kampania buraczana lub ziemniaczana, przejściowe kłopoty w zaopatrzeniu i brak sznurka do snopowiązałek, przyjacielska wizyta towarzyszy radzieckich itd.
Ten serial był dobry, pokazywał problemy dotyczące wielu ludzi i nie powinien być wrzucony do jednego worka z takimi sztandarowymi filmami gierkowskiej propagandy sukcesu, jak na przykład serial "Dyrektorzy" - tak propagandowym że aż mdliło.

Sukces serialu to na pewno zasługa aktorów - przede wszystkim Krzysztofa Stroińskiego, którego Leszek zdobył ogromną sympatię widzów. Jego bohater to ciepły, sympatyczny chłopak. Inteligentny, zaradny życiowo, z poczuciem humoru - chyba nawet nie ma większych wad.  A w rolach drugoplanowych i epizodycznych pojawia się wielu znanych aktorów.

Ten serial utrwalił także obraz Łodzi, którego już dzisiaj nie odnajdziemy. Nasza Pietryna, czyli ulica Piotrkowska - obecnie bardzo zmieniona, dworzec Łódź-Kaliska (całkowicie przebudowany), ulica Narutowicza z budynkiem uniwersyteckim, otoczenie technikum, stare autobusy przy Teatrze Wielkim itd.
Przykładów można podać więcej, bo duża część akcji miała miejsce właśnie w Łodzi.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

"Ślubny welon"

"... Chciałabym już być dorosła. Nosić suknie do kostek i ściskać się gorsetem. bo bym się wtedy nadawała już "pod nóż", jak powiedział mi kuzynek, ten od wsuwania ręki pod spódnicę. Nie wiem, co to znaczy "pod nóż", ale musi to być coś chyba przyjemnego. Spytałam go o to, ale się tylko roześmiał i obiecał, że w odpowiednim czasie pokaże mi ten nóż, a jak będę grzeczna, to pozwoli mi z niego skorzystać..." - to fragment pamiętnika dwunastoletniej Zuzi, znalezionego w rodzinnych szpargałach pewnego starego domu... 

"Ślubny welon" - wydanie I, Warszawa 1997 r. to powieść charakterystyczna dla twórczości Krystyny Nepomuckiej. Napisana w tym samym stylu, tym samym językiem, w tej samej konwencji jak większość utworów powstałych wcześniej.
Mamy tu kobiece motywy, czyli poszukiwanie miłości... postaci używają tych samych powiedzonek, które spotykamy w innych powieściach... są jak zwykle duchy i dziwne zdarzenia... jest czarny humor... obnażona aż do przesady i obrzydliwości fizjologia...,  a współczesność okraszona wspomnieniami z dawnych lat.

Akcja rozgrywa się współcześnie (w radio męski głos zawodzi, że do tanga trzeba dwojga) -  głównie w Zakopanem, jednak zakopiańska atmosfera jest prawie nieodczuwalna. Dom i ogród są jak wyspa na oceanie, skupiają uwagę na sobie...

Bohaterka, młoda pani architekt, urodzona i wychowana poza Polską, otrzymuje w spadku stare rodzinne domostwo. Odnawiając dom porządkuje wraz z jego wyposażeniem swoją wiedzę o rodzinie - o kobietach, o ich tragediach, radościach, miłościach i tęsknotach. Egi odnawia i urządza dom, chciałaby także zrobić to samo ze swoim życiem, ze swoimi uczuciami.

Książka ma ciekawą fabułę, galerię różnorodnych postaci, nostalgiczny nastrój wspomnień (choć nie obejdzie się bez zaskakujących epizodów), dużo humoru. Jednak  jest pewne, dla mnie podstawowe "ale"..., które psuje mi odbiór.

Egi ma 26 lat, a myśli i mówi jak kobieta po pięćdziesiątce. Jest sztuczna, wręcz nieprawdziwa w swoich gładkich, nazbyt literackich wypowiedziach. Zarówno w dialogach, jak i w narracji zgrzyta mi ten swoisty myślowo-językowy skansen (o czym już wspomniałam we wcześniejszym poście). Nie doszukiwałam się specjalnie tego typu niedociągnięć, to wrażenie pojawiło się samo. Zaczynając lekturę po raz pierwszy w roku powstania i wydania książki (1997), nie przyszłoby mi do głowy liczyć, ile autorka ma lat. I od tego uzależniać ocenę. Jednak  dość szybko takie myśli same się pojawiły. To jest moje indywidualne odczucie, ale mocno zaawansowana w wieku pisarka nie stworzyła prawdziwie młodzieńczej postaci.
Wolę te bohaterki Nepomuckiej, które żyją w czasie wojennym i w latach bezpośrednio po II wojnie światowej. To są rówieśnice pisarki, koleżanki z jej pokolenia, z takimi samymi doświadczeniami i osobowościami.

niedziela, 17 czerwca 2012

"Czy znasz Prusa?"

Nawet krótki spacer po książkowych blogach wystarczy, żeby natknąć się na kolejne wyzwania czytelnicze. To ciekawe pomysły, każdy na swój sposób urozmaica nasze indywidualne czytanie.
Na blogu "Notatnik kulturalny" znalazłam zaproszenie do czytelniczego wyzwania (oj, nie lubię tego określenia!) "Czy znasz Prusa?" - oczywiście naszego pisarza, Bolesława Prusa, a nie tubylca z dawnych Prus.
Podoba mi się ten pomysł, bo zawsze stawiam literaturę polską na pierwszym miejscu.
A dodatkowo także dlatego, że "Lalka" to jedna z pozycji na mojej liście ulubionych.
Po prostu lubię Prusa Bolesława...

Szczegóły tutaj: "Czy znasz Prusa?"

sobota, 16 czerwca 2012

Czas pisania - czas czytania

Dwa różne czasy:  powstawania i odbioru są  dla mnie ważne w odniesieniu do każdej książki, do każdego utworu.  Rozpoczynając lekturę zawsze staram się umiejscowić jej powstanie w czasie i okolicznościach historycznych, a w niektórych przypadkach i politycznych. To ma dla mnie znaczenie - czy autor pisał "na świeżo", czy od opisywanych realiów i wydarzeń dzieli go już jakiś przedział czasowy. Ma dla mnie również znaczenie wiek pisarza w momencie powstawania utworu. Niestety, zdarzają się niektórym autorom/autorkom  takie wiekowe wpadki, gdy młoda bohaterka i narratorka powieści mówi językiem mocno zaawansowanej  w latach pisarki. To bardzo zgrzyta i powoduje, że dobra pod innymi względami powieść,  bardzo traci przez taki (jak ja to nazywam) skansen językowo-myślowy.
Szczególnie to jest odczuwalne, gdy mamy do czynienia z utworem dobrze nam znanego pisarza. Od razu wyczuwamy taki fałsz i sztuczność.
Tak się zdarzyło w przypadku kilku powieści dwóch  autorek, których twórczość znam od dawna - Joanny Chmielewskiej i Krystyny  Nepomuckiej.
O tych konkretnych powieściach napiszę przy innych okazjach, a dziś sięgnęłam po książkę, którą inaczej odczytuję teraz niż przy pierwszej lekturze.

"Florida story" -  1992,  wydanie II Warszawa 2000.



Zaskoczeniem jest dla mnie słowo wstępne "Od autora", o którym nie pamiętałam i które teraz ma dla mnie inne znaczenie.
Dlaczego autorka - Krystyna Nepomucka tak się asekuruje przed ewentualnymi kłopotami, że umieszcza  to żenujące tłumaczenie i wyjaśnienie? To aż do niej niepodobne... czyżby sama przestraszyła się własnej odwagi w bezkompromisowym  odbrązowieniu "zasłużonych dla Solidarności"?

Czas akcji jest wyraźnie określony, nie musimy się tutaj niczego domyślać
" Biały dom Franki krył się w rozłożystych, niskich jeszcze wachlarzowatych palmowcach,  w krzewach rodzących olbrzymie żółte grapefruity. Stała także ogromna choinka z drucianego szkieletu i nieprawdopodobną liczbą łańcuchów z migocących jaskrawo żaróweczek. Długa zielona tablica oparta o potężny pień strzelistej sosny amerykańskiej o igliwiu zielonym i soczystym przypominającym wielkością i kształtem szczurze ogony, życzyła w polskim języku "Wesołych Świąt" i "Do siego Roku 1989".

Bohaterka - pisarka Irmina, znajduje się na Florydzie wśród Polaków,  dla których sen o Ameryce spełnia się rzeczywistością ciężkiej pracy fizycznej. Nie ma znaczenia ich wykształcenie i dorobek naukowy w Kraju - tam są tylko tanią siłą roboczą. Prawie białym niewolnictwem w przypadkach tych najmniej wykształconych i nie znających języka angielskiego.
Dla czytelnika wychowanego w socjalistycznej Polsce motywacje emigrantów są jasne i nie wymagają tłumaczenia: chęć polepszenia warunków bytowych rodzinie, pragnienie posiadania własnego mieszkania (na które się czekało po kilkanaście lat), problemy zawodowe z powodów politycznych. A na czele ten magiczny przelicznik dolara na złotówki.
Jadą więc do Ameryki  (za wszelką cenę), nie znając zupełnie tamtych realiów i tamtych ludzi. Ta upragniona Ameryka jest kolorową mozaiką, bogactwem konsumpcjonizmu tak innym od szarości i zgrzebności realnego socjalizmu, z którego przyjechali. Polscy emigranci przeżywają bolesne zderzenie własnych wyobrażeń z prawdziwą Ameryką.
Dziś mamy u siebie własną wersję drapieżnego kapitalizmu i zalew supermarketowej tandety. Ale wtedy, ponad 20 lat temu, nawet nam się nie śniło, że to "szczęście" też będziemy  mieli u siebie.

Ci z bohaterów  książki, którzy pozostali w Stanach już na stałe, stają się jakimiś dziwolągami. Nie pasują do żadnego z dwóch światów - odbili się od Polski, a w Ameryce nigdy nie będą u siebie. Przejmują amerykański  sposób myślenia i działania, a przede wszystkim kult dolara, ale co trochę odzywa się w nich łkanie słowiańskiej duszy i tęsknota za wszystkim co polskie.
W każdej sytuacji, gdy trzeba naiwnego nowicjusza postawić do pionu, najlepsze jest stwierdzenie " tu jest Ameryka!".
Jedni i drudzy nie są sobą, bardziej są jak przybysze z innej planety, którzy myśleli, że  na gruncie amerykańskim odnajdą realia i wartości z ich polskiego świata w atmosferze Wolności i z "prawdziwymi pieniędzmi".

Dodatkowo gorzki jest tutaj obraz wzajemnych stosunków i zależności między Polakami. Ktoś tam przyśle zaproszenie, czasem pomoże znaleźć pracę. Ale to niewiele...  Nie ma tu prawdziwej, ludzkiej solidarności przez małe "s" i mówi się otwarcie o tym, że tutaj jeden drugiemu nie pomoże, bo niech każdy nowy przejdzie przez to samo piekło, przez które my przeszliśmy.

Czytając  "Florida story" nie miałam wtedy i nie mam dziś  współczucia dla tych naiwnych "biedaków", którym złoty amerykański sen się nie spełnił. Ja też żyłam w tamtych czasach PRL-u, klepiąc inteligencką biedę i nigdy nie zostawiłabym maleńkiego dziecka na wiele miesięcy, żeby w poniżający sposób zarobić trochę pieniędzy. To dla mnie były i są nieporównywalne wartości. Jedynym wyjątkiem byłaby pomoc finansowa w leczeniu, w ratowaniu życia... ale to oczywiście zupełnie inna sprawa.

piątek, 8 czerwca 2012

Oryginał - świat niedostępny

Zawsze zazdrościłam ludziom znającym tak dobrze obcy język, by móc w nim się porozumiewać i swobodnie czytać. Mnie się to nie udało, z różnych przyczyn. I czytając książki przetłumaczone z innych języków muszę polegać na słowach tłumacza. Zaufać tłumaczowi, że jego wersja jest jak najbardziej zbliżona do oryginału.
Jednak rzeczywistość okazuje się niedoskonała. Ostatnio coraz częściej trafiam na opinie, dotyczące różnych książek, o zmianach dokonywanych przez tłumaczy. Przede wszystkim dotyczy to imion bohaterów, ale zdarzają się również samowolne skróty treści utworów.
Niestety, nie mam innego wyjścia... jeśli chcę przeczytać książkę, muszę przeczytać jej polską wersję.

Między innymi tak bezpardonowo obchodzą się tłumaczki i tłumacze utworów mojej ulubionej kanadyjskiej pisarki - Lucy Maud Montgomery. Mam do nich o to wielki żal, kiedy dowiaduję się, że moi bliscy bohaterowie,  z którymi zżyłam się już dawno, tak naprawdę noszą zupełnie inne imiona.
Imię to rzecz ważna - identyfikuje osobę, kojarzy nam kogoś konkretnego.

Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku "Błękitnego Zamku", którego bohaterka, znana nam jako Joanna, w oryginale nosi imię Valancy.

"Błękitny Zamek" - tytuł oryginału angielskiego "The Blue Castle"
Wydanie, które posiadam  ma adnotację: Tekst opracowano na podstawie przekładu z 1926 roku Karola Borawskiego.

Historia Joanny Stirling to jedna z książek dla dorosłych, napisanych przez L.M.Montgomery.
Akcja umieszczona jest w latach dwudziestych XX wieku, a więc już w zupełnie innej epoce, niż większość tych najbardziej znanych powieści autorki.

Bohaterka to stara panna - dwudziestodziewięcioletnia (!), która w dniu urodzin dowiaduje się o swojej chorobie i perspektywie najwyżej jeszcze jednego roku życia. Dotąd zahukana, nieśmiała, uważana za brzydką i niezbyt rozgarniętą, nagle pod wpływem wstrząsu (jakim jest taka wiadomość), postanawia zacząć żyć inaczej. Nie tak, jak dotąd musiała - pod presją rodziny i zgodnie z ich zasadami. Zapragnęła oderwania się od przymusu narzuconych obowiązków, od stereotypów myślenia, od niemiłych więzów rodzinnych... koniec z tym. Teraz zacznie robić to, na co ma ochotę i mówić szczerze to, co myśli.
Dotychczas jedyną jej krainą wolności był ów tytułowy Błękitny Zamek, do którego przenosiła się w myślach i  w którym żyła inaczej. Teraz chce szukać tej krainy w realnym życiu.

Książka jest przyjemną i wciągającą lekturą. Sama w sobie jest takim Błękitnym Zamkiem, w którym odnajdujemy dawno miniony świat.
Zawsze, gdy wracam do tej książki, zadaję sobie pytanie: ile dorosłych osób ma swój Błękitny Zamek?
Taką małą tajemnicę, bo przecież dorosłym nie wypada "sobie wyobrażać"!

W 1988 roku w Teatrze Wielkim w Łodzi odbyła się premiera musicalu  "Błękitny Zamek" , stworzonego na motywach tej powieści. Oczywiście to dość swobodna interpretacja fabuły.
Choreografię opracowała Krystyna Mazurówna.

środa, 6 czerwca 2012

"Florencja, córka Diabła"


"Florencja..." - powieść z 1993 roku, to chyba najbardziej końsko-wyścigowa powieść Joanny Chmielewskiej.
Jak wiadomo, pisarka jest wielką miłośniczką koni oraz wyścigowego dreszczyku emocji. I te motywy pojawiają się bardzo często w jej utworach.
Wydarzenia z poszczególnych akcji są okazją do wyjaśniania zasad gry na wyścigach - dodajmy, że  w bardzo emocjonalny sposób. Jak zwykle pisarka nie może odmówić sobie krytyki funkcjonowania tego całego interesu na naszym rodzimym gruncie.

"(...) Wiem. A skąd wiesz, że wiem.
- Bo znalazły się takie osoby, które twierdzą, że była przy tym wariatka, pisarka, co tu wszystkich szkaluje. Znasz jakąś drugą siebie? (...)"
Dowiadujemy się też przy okazji co nieco o samych koniach.

Główną bohaterką tej książki jest tytułowa Florencja, klacz o niezwykłej osobowości, którą czytelnik musi pokochać, tak jak ją pokochały od pierwszego wejrzenia  inne "ludzkie" postaci powieści. Florencja i jej przygody jest tu najważniejsza.

Klasyczne wątki kryminalne - tutaj to napady, strzelaniny, morderstwa, wymuszenia, różne mafie .., schodzą na drugi plan i są mniej istotne od troski o tę uzdolnioną klacz i jej dobre samopoczucie.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Królewska rocznica

Trwające obecnie obchody jubileuszu królowej Anglii Elżbiety II obserwuję jedynie poprzez krótkie materiały w programach informacyjnych telewizji. I to mi wystarcza (chociaż może ze względu na imię powinnam wykrzesać więcej entuzjazmu) - nigdy nie byłam w Anglii, znam trochę historię, czytałam trochę literatury.
Mam też  trochę pretensji do Anglików za naszą polską historię.
Na pewno rocznicowe wydarzenia inaczej odbierają  Polacy mieszkający na Wyspach, bo to się dzieje wokół nich bezpośrednio.

W jednym z materiałów znalazła się wypowiedź dwóch starszych panów o tym, że jako chłopcy oglądali koronację młodej królowej.
Te słowa natychmiast przypomniały mi fragment powieści "Saga rodu Forsyte`ów".
Dotyczył pogrzebu królowej Wiktorii, więc nie pasuje do współczesnej, radosnej w swej wymowie rocznicy.
Jednak sens wspomnień jest podobny - panowanie królowej przez tak wiele lat zawiera w sobie historyczne zmiany w Królestwie i na świecie. Tak samo, choć w innym wymiarze za czasów Wiktorii, jak i Elżbiety II.

"... James spędził cały ranek wyglądając z okna sypialni. Ostatni obchód publiczny, który dane mu było widzieć - ostatnia  z tylu oglądanych uroczystości!... Swithin i on widzieli ją podczas koronacji - smukła dziewczyna, młodsza od Imogeny!... Razem z Jolyonem widzieli, jak brała ślub z tym Niemcem... Wydawało mu się, że wcale nie tak dawno on i Swithin stali w tłumie przed Westminster Abbey podczas jej koronacji, a potem Swithin zabrał go do Cremorne - hulaka był zawsze z tego Swithina! Nie, wcale nie ma wrażenia, że to się działo dawniej niż ów obchód jubileuszowy, kiedy to z Rogerem do spółki wynajęli balkon na Piccadilly. Jolyon, Swithin, Roger - wszyscy już nie żyją, a on w sierpniu skończy dziewięćdziesiąt lat!..."
                              Księga II "W matni", część trzecia, roz.X "Przeminął wiek"